Wpisy z tagiem: o książkach
piątek, 20 kwietnia 2012
Listy do młodego pisarza, Mario Vargas Llosa
Znak, 2010 Liczba stron: 121 Książka noblisty, którą ostatnio wydano, nie jest powieścią. To zbiór esejów w formie listów, w których autor opowiada adeptowi pisarstwa w jaki sposób konstruować powieść. Książka powstała na potrzeby nienazwanego wydawnictwa, które zaproponowało Llosie udział w projekcie wydawniczym, podczas którego uznani fachowcy w danej dziedzinie mieli opisać swoją pracę. Książek z tego cyklu nie wydano i projekt upadł. Llosa pozostał z przygotowanymi materiałami, które prezentuje w tej książce. Autor bierze pod lupę poszczególne etapy powstawania powieści i omawia decyzje, które powinien podjąć pisarz zanim przystąpi do pisania i w trakcie tworzenia książki. Pokazuje różnice wynikające dla czytelnika i twórcy związane z dobraniem narratora, poziomu realności fabuły, czy czasu, który jest najbardziej umowny. Do zilustrowania kolejnych punktów Llosa wybrał powieści znane na całym świecie i kilka takich, o których słyszałam po raz pierwszy. Nie cytuje ich w obszernych fragmentach (jak robił to Umberto Eco w "Wyznaniach młodego pisarza"), ale pokrótce streszcza akcję i wskazuje na wykorzystany przez autora chwyt stylistyczny. Niestety, opowiada treść do końca i w ten sposób poznałam zakończenie dwóch książek, które czekają u mnie na przeczytanie. Listy zatytułowane są jak rozdziały w typowej książce - od razu możemy się zorientować jaka kwestia będzie omawiana. Całość napisana jest dość technicznym językiem i raczej trudna w odbiorze - szczególnie dla kogoś kto nie ma ambicji pisania powieści. Może być jednak bardzo przydatna tym, którzy marzą o pisaniu. Warto bowiem przed rozpoczęciem pracy nad powieścią poświęcić trochę czasu na zastanowienie się nad swoim stylem i celem, do którego się zmierza. Tym bardziej, że porad udziela nie byle pierwszy lepszy pisarzyna, tylko autor o ugruntowanej pozycji, lubiany przez szerokie grono odbiorców i uhonorowany najwyższymi nagrodami literackimi przez krytyków.
Moja ocena: 4/6 Tego pisarza:
niedziela, 15 kwietnia 2012
Wyznania młodego pisarza, Umberto Eco
Świat Książki, 2011 Liczba stron: 238 Kto jest tytułowym młodym pisarzem? Oczywiście sam Umberto Eco, który pierwszą swoją powieść "Imię róży"napisał, gdy dobijał do pięćdziesiątki. Od tamtej pory spod jego pióra wyszło jeszcze pięć powieści. Oprócz pisania tzw. kreatywnego, Eco jest eseistą, znawcą średniowiecza oraz bibliofilem - napisał wiele książek popularnonaukowych obejmujących tę tematykę. W "Wyznaniach młodego pisarza" Eco próbuje zmierzyć się z definicją pisania kreatywnego. Każdy bowiem się zgodzi, że powieściopisarz i poeta to pisarze kreatywni. Co jednak z filozofem? Nie pisze on ku uciesze innych, ale czy możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że nie jest on w żaden sposób kreatywny? Nie jest przecież odtwórczy i to, co ma zamiar napisać musiał najpierw wymyślić i poddać analizie. Czy autor ma wpływ na możliwe interpretacje swojego dzieła? Czy powinien po wydaniu książki narzucać (np. w wywiadach) swoją interpretację? Czy zdarza się, że czuje się urażony tym, jak krytycy i czytelnicy interpretują jego powieść? Eco opowiada, powołując się na przykłady ze swoich powieści, jak daleko czasami posuwają się krytycy w szukaniu nawiązań i do jakich bzdur dochodzą. Generalnie odbywa się to na zasadzie - dajcie mi człowieka a znajdzie się na niego paragraf. Bardzo interesujący okazał się rozdział, w którym autor zastanawia się nad zjawiskiem odczuwania głębokiego współczucia w stosunku do postaci, wobec których z całą pewnością wiemy, że są fikcyjne.
Wiem, że jest mnóstwo czytelników, którzy szukają tego typu wzruszeń w literaturze, nakładają swoje doświadczenia na fabułę książki, która staje się w pewien sposób wentylem bezpieczeństwa i ujściem nagromadzonych emocji. Czytając powieść poznajemy bohatera, utożsamiamy się z nim, przeżywamy jego smutki i radości. Znamy go znacznie lepiej niż autentyczne ofiary wypadków, o których piszą media. Stąd też o wiele mocniej przeżywamy nieszczęścia Anny Kareniny niż wypadek ze skutkiem śmiertelnym, o którym informuje nas prasa i telewizja. Najmniej ciekawym rozdziałem okazał się być ostatni, w którym Eco pisze o wykorzystywaniu "list." Nie mających końca wyliczeń stosowanych jako zabieg fabularny przez wielu autorów, w tym samego Eco. W tym rozdziale znajduje się wiele długich cytatów z Joyce'a, Rabelais'a a nawet Wisławy Szymborskiej. Nie traktujcie tej książki jako przewodnika czy poradnika dla początkujących pisarzy, a odkryjecie w niej dużo ciekawej treści. Chwilami Eco pisze trudnym językiem i wznosi się na wyżyny abstrakcji, generalnie jednak wydaje mi się, że warto poświęcić tej książce odrobinę swojego czasu.
Moja ocena: 4/6
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Jeśli zimową nocą podróżny, Italo Calvino
PIW, 1989 Liczba stron: 290 Cóż za przedziwna książka! Jestem pewna, że żaden miłośnik literatury nie przejdzie obok niej obojętnie. Nieczęsto przecież zdarza się czytać książki o nas samych - Czytelnikach i Czytelniczkach. Ci z powieści Italo Calvino podejmują próbę odnalezienia dalszej części książki o tytule tożsamym z tytułem powieści, którą my trzymamy w rękach. "Jeśli zimową nocą podróżny" został wadliwie wydrukowany. Po zachęcającym wstępie książka się urywa, pozostałe strony zawierają zupełnie inną historię. Zirytowany Czytelnik zabiera swój wadliwy egzemplarz do księgarni z zamiarem wymiany go na tom bez wad. Nie jest jedyną osobą reklamującą książkę. Pomiędzy regałami przechadza się również Czytelniczka. Nawiązanie znajomości z Czytelniczką okazuje się zupełnie proste - przecież mają tyle wspólnych tematów. Okazuje się, że dziewczyna jest bardziej tajemnicza niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Czytelnik dzięki niej wyruszy na poszukiwanie powieści, która doczekała się tak wielu apokryfów, że nie wiadomo który z czytanych przez niego fragmentów jest oryginałem, a który tylko naśladownictwem stylu znanego pisarza. Pomiędzy kolejnymi odsłonami perypetii czytelnika zamieszczone są początki dziesięciu powieści, które ten zaczyna czytać. Niestety, każda z nich urywa się w kulminacyjnym momencie pozostawiając w Czytelniku niepokój i niedosyt.Powieść ma kompozycję szkatułkową i składa się z odrębnych opowiadań. Każda z opowieści jest ważna, bo każda składa się na całościowy obraz, którym jest pochwała czytania, odkrywania wątków, chodzenie po labiryncie wyobrażonym i spisanym dla nas przez powieściopisarzy. Czytelniczka i Czytelnik uosabiają cała grupę społeczną, do której i my należymy. Italo Calvino podkreśla to od samego początku i zwraca się bezpośrednio do czytającego, posługując się drugą osobą liczby pojedynczej. W miarę postępującej akcji Czytelnicy spotykają na swojej drodze inne osoby związane z książkami - księgarza, profesora literatury, sławnego pisarza, tłumacza, który jest jednocześnie fałszerzem. Akcja przenosi się do innych państw i nabiera cech thrillera. Wszystko to jest grą autora z czytelnikiem. Czytelnik swoją obecnością współtworzy dzieło, nadaje mu sensu i znaczenia. Porwała mnie ta powieść, gładko weszłam w zaproponowany przez pisarza świat, nie zawsze, co prawda, rozumiejąc swoją w nim rolę starałam się przemierzać go z ufnością. Dotarłam niepostrzeżenie do końca książki i poznałam jej happy end. Polecam!
Moja ocena: 5/6
czwartek, 01 marca 2012
Czarne mleko, Elif Safak
Wydawnictwo Literackie, 2011 Liczba stron: 358 "Powieściopisarka jest i musi być egoistką. Macierzyństwo natomiast polega na dawaniu."Elif Safak napisała powieść autobiograficzną, w której opisuje swoją drogę i przemianę - od zdecydowanej przeciwniczki małżeństwa oraz macierzyństwa do całkowitego przeciwieństwa, czyli żony i matki. To, co pisze, to zachwycająca podróż w głąb jej duszy oraz erudycyjna opowieść o losach znanych pisarek. Jak autorka poradziła sobie z tezą postawioną na wstępie? Podtytuł książki "O pisaniu, macierzyństwie i wewnętrznym haremie" daje pewne pojęcie o treści tej książki. Jak widać pisanie postawione jest na pierwszym miejscu, bo Safak jest pisarką od wielu lat i przez cały tan czas najlepiej określającym ją słowem było słowo "pisarka." Nie kobieta. Autorka odkrywa nie tylko pewne elementy swojego warsztatu pisarskiego, ale także pokazuje swój 'wewnętrzny harem.' Prowadzące ją przez życie poglądy, cechy charakteru, które ukształtowały ją w taki, a nie inny sposób. Zanim została matką, Elif była ambitną perfekcjonistką i intelektualistką, która pogardzała instynktem macierzyńskim i odżegnywała się od wszystkiego, co związane z dziećmi. Dopiero ciąża uwolniła w niej kobiecość i matczyną miękkość. Nie oznacza to, że w jednym momencie przestała być oczytana, elokwentna i inteligentna. Świadczy o tym to, jak opowiada o pisarkach i poetkach, których życie zostało zdeterminowane przez macierzyństwo bądź też świadomy wybór nieposiadania dzieci. Safak rozprawia m.in. o Zeldzie Fitzgerald, Virginii Woolf, Jane Austen czy Doris Lessing. Sięga po przykład George Sand i George Eliot - kobiet, które przybrały męskie imiona, aby zaistnieć w świecie sztuki. Autorka szczerze pisze o depresji poporodowej i nieudanych próbach samodzielnego poradzenia sobie z fatalnym samopoczuciem i samooceną. Opowiada o miłości, która zdołała z niej wydobyć kobiecość. Rozpacza nad utraconą w po porodzie umiejętnością skupienia się na pisaniu i czytaniu. Według mnie tej książce jest stuprocentową kobietą. Porwała mnie swoim pisarstwem. Nie znudziła żadnym akapitem. Przedstawiła swoją historię w sposób trochę przewrotny, ale arcyciekawy. Sądzę, że to książka dla kobiet, które zmierzyły lub zamierzają zmierzyć się z macierzyństwem i wszystkimi konsekwencjami wynikającymi z posiadania dziecka. Dla tych, które muszą przewartościować swój świat i postawić się w nowej roli. Spodoba się też tym, którzy cenią dobre pisarstwo i książki o literaturze, pisaniu i literackich inspiracjach. PS Od książki odstraszała mnie okładka z zakwefionymi kobietami. Okazało się, że jej wygląd nie ma żadnego przełożenia na treść - uff. Nie lubię czytać powieści o losach kobiet z krajów wschodu, bo, z całym szacunkiem, zazwyczaj są na jedno kopyto. Moja ocena: 5/6
niedziela, 04 września 2011
Lektury obowiązkowe, Tadeusz Nyczek
Znak, 2005 Liczba stron: 207 Kiedy sama już nie wiem po którą sięgnąć książkę, zazwyczaj mój wybór pada na książkę o książkach. Po zachwytach "Lekturami nadobowiązkowymi" Wisławy Szymborskiej, przyszła kolej na "Lektury obowiązkowe" Tadeusza Nyczka. Sięgnęłam po nie bez oporów, ponieważ zostały mi polecone przez Agnes z Dowolnika, który często bywa dla mnie inspiracją do szukania kolejnych lektur. Nyczek i Szymborska przez pewien czas byli sąsiadami. Ona zajmowała przestrzeń u góry, on na dole. Przestrzeń ta znajdowała się w dodatku do Gazety Wyborczej, a wymienieni autorzy publikowali tam swoje spostrzeżenia na temat przeczytanych książek. Tadeusz Nyczek wydał je potem w tym tomie, Wisława Szymborska wydała swoje lektury nadobowiązkowe w czterech tomach, ponieważ felietony o książkach zaczęła pisać znacznie wcześniej. Nyczek podzielił swoje felietony na kilka części powiązanych chyba tematycznie. Piszę 'chyba', ponieważ nie ogarniam do końca celu tego podziału. Felietony bez tego czytałoby się równie dobrze, a może nawet lepiej, bo chronologicznie. Co autor uważa za lektury obowiązkowe dla współczesnego czytelnika? Oprócz klasyki - Mickiewicza, Szekspira, Sofoklesa, pojawiają się autorzy bardziej bliscy naszym czasom i sercom: Kapuściński, Kafka, Hemingway, Faulkner, Camus, Lec, Herbert czy Mrożek. Z wniosków: muszę sobie koniecznie zapamiętać żeby sięgnąć wreszcie po Myśliwskiego, Lowry'ego, Capka i Hrabala. Utwory tych pisarzy wydają się być moimi lekturami obowiązkowymi. Nie mam potrzeby czytania większości wymienionych przez Nyczka książek, ale czytanie o nich było bardzo ciekawe. W przeciwieństwie do felietonów noblistki, tutaj rzeczywiście mowa jest o książkach istotnych. Co prawda bardziej odpowiada mi styl felietonów Szymborskiej, ale i podczas czytania tej pozycji dobrze spędziłam czas. POLECAM!
Moja ocena: 4,5/6
wtorek, 12 lipca 2011
Lektury nadobowiązkowe (1973r.), Wisława Szymborska
Wydawnictwo Literackie, 1973 Liczba stron: 273 "Kiedyś na spotkaniu autorskim zapytano mnie, czemu zamiast pisać o literaturze pięknej zajmuję się omawianiem książek popularno-naukowych i przeróżnych przewodników. Odpowiedziałam wtedy, że publikacje tego typu nie kończą się nigdy ani dobrze ani źle i to jest to, co najbardziej mi się w nich podoba." I oto cała tajemnica nieprawdopodobnie zróżnicowanego doboru lektur Wisławy Szymborskiej. Drugą przyczyną, o której wspomina w treści felietonów, jest jej ciągła chęć poszerzania swojej wiedzy. Głód informacji każe jej sięgać po książki tak dalekie od siebie tematycznie jak - "Pismo chińskie", "Wypadki w domu" i "Terrarium". Autorka potrafi celnie wytknąć autorom i redaktorom błędy i niedopatrzenia. Przede wszystkim mało ma szacunku dla tematycznych antologii, które albo pomijają ważne dzieła, albo cytują je w skrócie i najczęściej stawiają grafomańskie wierszyki tuż obok Mickiewicza czy Słowackiego. Ponownie sporo wśród lektur Szymborskiej literatury dotyczącej starożytności - nowych przekładów dzieł greckich i rzymskich, a także biografii i autobiografii oraz dzienników osób związanych ze sztuką - aktorów, muzyków, malarzy. We wstępie do tego zbioru felietonów znalazłam fragment, który idealnie odnosi się do tematycznego misz-maszu panującego także na moim blogu: "Ciekawość kazała mi zawsze sięgać po książki najprzeróżniejsze: prócz tych, które jak długo poszukiwany skarb zdobywa się w księgarni, także i po takie, które przypadkiem wpadają w rękę. Mój smak czytelniczy nigdy nie wysublimował się do tego stopnia, żebym po lekturze dzieła o trwałej wartości nie mogła już powrócić do czytania książkowej drobnicy. Przeciwnie nawet, huśtam się z upodobaniem, to wzlatuję z zapartym tchem , to znów spadam z wielką emocją, a kto huśtawkę lubi , ten dużo (choć na pewno nie wszystko) moim felietonom wybaczy." Nie ma tu czego wybaczać, można tylko zachwycać się przenikliwością języka, poczuciem humoru i wspaniałymi dygresjami odsłaniającymi światopogląd poetki. Jestem tak zachłanna na te felietony, że nie mogę się opanować i czytam dotąd, aż dobijam do tylnej okładki. Nauczona doświadczeniem z dwoma poprzednio przeczytanymi tomami "Lektur nadobowiązkowych" chciałam tym razem dawkować sobie radość czytania. Ale gdzie tam, poległam... Zachowałam się jak rasowy -holik i wciągnęłam treść szybciej niż bym chciała. Szczęśliwie udało mi się wynotować kilka cytatów, którymi w swoim czasie się z wami podzielę.
Moja ocena: 6/6
niedziela, 05 czerwca 2011
Książka w rękach robotnika
Robotnik z plakatu pewnie czyta jeden z kilkudziesięciu tomów dzieł zebranych Lenina, które w owych czasach były najbardziej reprezentacyjnymi książkami w całej bibliotece... I obowiązkowo "Trybunę Ludu", jedyny słuszny dziennik wychodzący w całym kraju. Wskaźniki nakładów gazet i książek podane w dolnej części plakatu wyglądają imponująco i mają silną tendencję zwyżkową. Ciekawa jestem ile to wszystko miało wspólnego z ówczesną rzeczywistością. Ktoś z was może pamięta? Jak wam się podoba ta propaganda sukcesu? Ja jestem zauroczona tym plakatem od momentu, gdy go dostrzegłam na wystawie poświęconej PRL-owi.
środa, 18 maja 2011
Lektury nadobowiązkowe. Część druga, Wisława Szymborska
Wydawnictwo Literackie, 1981 Liczba stron: 238 Oczywiście zaczęłam swoją przygodę z felietonami literackimi Wisławy Szymborskiej od złej strony. Pierwszy przeczytany przeze mnie tom ukazał się jako ostatni. Teraz cofam się w przeszłość, czytając pozostałe wydane w formie książkowej felietony o książkach. Część druga "Lektur nadobowiązkowych" ponownie trafia idealnie w moje poczucie humoru i zainteresowania. Budzi się też we mnie zazdrośnik - chciałabym tak zajmująco pisać o książkach. Nawet o tych mniej udanych. Dziwi wybór lektur noblistki - od biografii i dzienników, poprzez książki historyczne, antologie poezji antycznej, po poradniki dotyczące pielęgnowania urody, bukieciarstwa i myślistwa oraz pozycje o świecie roślin i zwierząt. Przyznam, że ja nie sięgnęłabym po większość z tych książek... Musimy jednak wziąć poprawkę na czasy, w których ukazywały się te felietony. Lata siedemdziesiąte to okres, w którym wydawano niewiele książek, te które się ukazały musiały przejść przez cenzurę, a ich nakład rzadko był wystarczający do zaspokojenia popytu społeczeństwa spragnionego słowa pisanego. Zachwyca forma wypowiedzi oraz umiejętność puentowania, szczególnie książek, które Szymborskiej z różnych powodów nie przypadły do gustu. Autorka bowiem unika książek napisanych skomplikowanym językiem, których treść nie uzasadnia doboru słownictwa jakby prosto ze słownika wyrazów obcych. Ponadto autorka zwraca uwagę na jakość przekładu z języka obcego, co szczególnie ważne jest w tłumaczeniach poezji. Tym razem również przeczytałam wszystko od deski do deski rozkoszując się słowem, piękną polszczyzną, prostotą i klarownością, dowcipem i lekkością, z jaką Szymborska pisze o książkach. W przypadku tych felietonów, ich tematyka, czyli książka, o której jest mowa, staje się mniej ważna, na pierwszy plan wysuwa się przyjemność obcowania ze składnymi, ciepłymi zdaniami i niezłośliwym humorem poetki. Przede mną ostatni (czyli pierwszy) tom "Lektur nadobowiązkowych", na który niezmiernie się cieszę.
Moja ocena: 6/6
wtorek, 29 marca 2011
Nowe lektury nadobowiązkowe, Wisława Szymborska
Wydawnictwo Literackie, 2002 Liczba stron: 150 Ilekroć wchodzę do mieszkania, w którym nigdy wcześniej nie byłam, ukradkiem albo otwarcie zerkam na półki z książkami. Nawyk ten wykształciłam w sobie już we wczesnym dzieciństwie, kiedy to podczas spotkań, w których brali udział moi rodzice, najlepszą dla mnie i dla nich opcją, było zostawienie mnie w pokoju z regałami. Takie działanie miało zalety i dla mnie, ponieważ czas upływał mi szybko na wertowaniu kolejnych tomów, i dla nich, ponieważ nie marudziłam, że się nudzę. W dobie internetu i blogów literackich bardzo łatwo jest podejrzeć to, co czytają inni, zapoznać się z wrażeniami z lektury, a nawet podyskutować o książce. Ja ponadto nie przepuszczam okazji na to, by poczytać o książkach w formie drukowanej. Stąd też nie mogłam ominąć wzrokiem "Nowych lektur nadobowiązkowych" Wisławy Szymborskiej. Felietony w niej zawarte drukowane były w latach od 1997 do 2002 roku na łamach Gazety Wyborczej. Zerknięcie na półkę Noblistki to nie lada przeżycie, pewnie niejeden z nas byłby w tym momencie bardzo onieśmielony. Poetka odkrywa śmiało przed czytelnikami zawartość swoich półek i treść lektur. I nie są to zazwyczaj takie książki, jakich ja bym się spodziewała. Przyznam, że przez lekturą oceniałam autorkę stereotypowo i dość niesprawiedliwie. Bo czy mogłabym się domyślić, że Wisława Szymborska przeczytała "Wzory wypracowań" albo poradnik jak leczyć choroby przy zastosowaniu minerałów i kamieni szlachetnych? "Lektury nadobowiązkowe" pełne są takich niespodzianek. Ponadto, w zakres zainteresowań poetki wchodzą biografie ludzi kina i innych artystów, książki historyczne, etnograficzne, naukowe, choć głównie takie, które skierowane są odbiorcy nie będącego naukowcem. Najbardziej zaskoczył mnie brak felietonów dotyczących literatury beletrystycznej, powieści oraz poezji. Raczej nie pokuszę się o czytanie większości książek omówionych przez autorkę felietonów, ale od czytania o tych książkach nie mogłam się oderwać. Szymborska pisze z lekkością i swadą, a każdy z jej felietonów staje się dla czytelnika tym najlepszym i najciekawszym. Nie umiałabym wybrać kilku artykułów, które najbardziej zapadły mi w pamięć, ponieważ każdy ma w sobie iskrę - pomysł, i fajerwerki - wykonanie. Na pewno w najbliższym czasie przeszukam biblioteki pod kątem wcześniejszych publikacji "Lektur nadobowiązkowych".
niedziela, 27 marca 2011
Ludwig, David Albahari
WAB, 2010 Liczba stron: 183 David Albahari dotychczas był dla mnie nieznanym autorem. Książka jednak wpadła mi w oko już na etapie zapowiedzi, ponieważ dotyczy pisarzy oraz książek. Lekturę zaczęłam wieczorem i odkładając książkę przed snem, po przeczytaniu około pięćdziesięciu stron, podjęłam postanowienie nie wracania już do niej. Nie wciągnęła mnie, brak światła na stronie i monotonny monolog pełnego pretensji podstarzałego pisarza znużyły mnie. Rano jednak zapomniałam o postanowieniu, bo w okolicach łóżka miałam tylko tę książkę. Gdy już po nią sięgnęłam doczytałam pozostałe sto trzydzieści kilka stron, łapiąc lepszy kontakt z narratorem oraz rozumiejąc więcej niż wieczorem. Książka jest monologiem, bez podziału na akapity, w którym pisarz, nazywany jedną literą S, opowiada o swoim życiu poprzez pryzmat przyjaźni z Ludwigiem. Obaj panowie są pisarzami, Ludwig jest młodszy, ale w chwili poznania S to on opublikował więcej książek. S w swoim uwielbieniu dla Ludwiga staje się nie tylko jego sekretarzem, redaktorem, ale także zajmuje się sprzątaniem i zakupami, przez wiele lat zaniedbując swoją żonę i przedkładając przyjaźń z Ludwigiem ponad małżeństwo. To dobrowolne podporządkowanie się Ludwigowi i występowanie w roli podrzędnej do niego, obu panom pasuje przez długie lata. To, co S nazywa przyjaźnią, dla Ludwiga znaczy co innego. S inspiruje go, poprawia jego opowiadania i artykuły, a także zdradza mu pomysł na nowatorską powieść. Tak często i dokładnie omawia swoją koncepcję powieści, że Ludwig bez skrupułów wykorzystuje idee S i w tajemnicy przed nim pisze i publikuje dzieło, które przysparza mu sławy nie tylko w Belgradzie, ale także na świecie. S nie jest w stanie udowodnić kradzieży, ale oddala się od swojego mentora i popada w prawdziwą obsesję na punkcie książki i Ludwiga. "(...) a więc gdy ja to wszystko robiłem, on w wolnych chwilach przez cały czas starannie zapisywał to, co mówiłem, i z wolna, bez żadnego pośpiechu, nadał wszystkiemu kształt książki, dokładnie takiej, jaką sobie wyobraziłem. Kiedy ją ujrzałem straciłem przytomność. Ludwig trzymał w rękach mój sen, sen, który zmienił w jawę, należącą wyłącznie do niego." Narrator często odwołuje się do specyfiki miasta, w którym dzieje się akcja powieści. Belgrad jest miastem pozornie dużym i z ambicjami, ale w pojęciu bohatera książki jest miastem prowincjonalnym. S mnoży przykłady na prowincjonalność Belgradu, opisując stosunek jego mieszkańców do odmienności seksualnych czy skandali obyczajowych. W pewnym sensie miastu przypisuje winę za swój upadek. Albahari stawia przed czytelnikiem problem natury etycznej. Do kogo bardziej przynależy dzieło, czy do tego, kto wpadł na pomysł, a zabrakło mu werwy a może i talentu na przekucie idei w książkę? Czy może do tego, kto wykorzystał pomysł i uwagi pomysłodawcy i na ich podstawie stworzył książkę, pomysły scalając swoim talentem i poświęcając jej czas? Ja nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Tym bardziej, że nie polubiłam żadnego z bohaterów książki: S sprzedał swoją duszę Ludwigowi za chwile uwagi, jakie tamten mu poświęcał, Ludwig natomiast bez skrupułów wykorzystywał S traktując go jak swoją własność. W rezultacie jednak zadowolona jestem z lektury, bo nie pozostawiła mnie ona w obojętności, tylko zmusiła do myślenia.
Moja ocena: 4/6 |
Zakładki:
Wszystkie zamieszczone na blogu teksty i fotografie są chronione prawem autorskim - wykorzystywanie ich w całości lub we fragmencie bez mojej zgody jest zabronione.
2012
Czytam, bo lubię on Facebook Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
Wyzwania
Tagi
![]() Wypromuj również swoją stronę | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||