Wpisy z tagiem: biograficzna

sobota, 11 lutego 2012
Autobiografia na czterech łapach, Dorota Sumińska

Wydawnictwo Literackie, 2008

Liczba stron: 352

Zacznę od tego, że spodziewałam się czegoś innego po tej książce. Teraz nawet nie wiem dlaczego miałam takie oczekiwania, ale myślałam, że będę czytała głównie o zwierzętach w życiu autorki. Okazało się, że rzeczywistość jest o niebo ciekawsza, bo zwierzęta, owszem występują, ale główny punkt ciężkości położony jest na autobiografii Doroty Sumińskiej i jej rodziny.

Autorka sięga do historii swojej rodziny aż do czasów końca XIX wieku i zaczyna od przedstawienia swoich pradziadków, którzy nie tylko posiadali ułańską fantazję, ale byli również miłośnikami zwierząt. Jeden z nich wielbił konie, drugi za największego przyjaciela miał psa. Miłość do zwierząt niewątpliwie została przekazana w genach rodzicom pani Doroty i skumulowała się w niej samej.

Z książki wynika, że autorka nie miała za bardzo szczęścia do ludzi - jej małżeństwa zakończyły się fiaskiem, córka nie jest dla niej oparciem. Ojciec przez wiele lat nie miał z nią kontaktu, dopiero później odnaleźli się i połączyła ich wspólna pasja do zwierząt. Zwierzęta - psy, koty, kozy, świnki, wiewiórki, jeże były i są dla niej oparciem, bo w przeciwieństwie do ludzi obdarzają niewarunkową miłością i zaufaniem. Autorka nie obwinia swoich partnerów, nie szuka na kartach książki również winy w sobie, pozostawia dla siebie tę część prawdy, co uważam za bardzo słuszne posunięcie. "Plotka" mogę poczytać w sieci, a w książce nie szukam taniej sensacji.

Cała książka jest bogato ilustrowana fotografiami ze zbiorów autorki. Znajdziemy na nich i ludzi i zwierzęta. Krótkie rozdziały wprowadzają porządek, dlatego też historię rodu Sumińskich czyta się wyśmienicie. Czyta się tak dobrze, że trudno książkę odłożyć przed końcem. Ja nie umiałam. W międzyczasie kilkakrotnie wybuchałam gromkim śmiechem, od czasu do czasu czytałam fragmenty na głos, bo miałam ogromną potrzebę podzielenia się co smakowitszymi opisami (głównie o zachowaniu zwierząt). Nie wnikając zupełnie w rzetelność przedstawionych faktów z prywatnego życia autorki (trudno nie być subiektywnym pisząc o sobie), uważam, że książka jest perfekcyjna i zachwycająca i zazdroszczę autorce umiejętności zwięzłego wysławiania się i poczucia humoru. Brawo!

 

Inne książki autorki:

ZWIERZ W ŁÓŻKU

WIERZĘ W JEŻE

 

Moja ocena: 6/6

czwartek, 09 lutego 2012
Kraina szeptów, Gerald Durrell

Prószyński i S-ka, 2002

Liczba stron: 147

Gdyby zapytać mnie którego pisarza obdarzam największą sympatią, byłby to Gerald Durrell. Należy wspomnieć, że Durrell pisze o zwierzętach, a jego twórczość opiera się na faktach z jego biografii. Zakładam oczywiście, że autor tylko kreuje się na takiego równego faceta w swoich książkach, jednak ta teza wydaje mi się mało prawdopodobna, bo bufon i sztywniak nie napisałby takich ciepłych powieści. Przeczytałam ich sporo, z czego większość jeszcze przed założeniem bloga, dlatego nie znajdziecie tu recenzji moich ukochanych książek o dzieciństwie Durrella na wyspie Korfu. "Krainy szeptów" dotychczas nie znałam, albo czytałam ją tak dawno, że zupełnie nie pamiętałam jej treści.

W tej powieści Durrell wyprawia się do Argentyny po zwierzęta do swojego prywatnego zoo na wyspie Jersey. Inspirację do podróży czerpie z wrażeń Karola Darwina spisanych w jego dziennikach. Kraj zadziwia go najpierw absurdalną biurokracją. Potem bogactwem fauny i flory oraz serdecznością mieszkańców.

Durrell dociera w wiele miejsc. Spisuje wrażenia z obserwacji kolonii pingwinów, fok, lwów morskich. Obserwuje i filmuje zachowania tych zwierząt w naturze. Poświęca im dużo czasu i pisze o nich z zachwytem. Przeżywa różne perypetie z tymczasowym przechowywaniem zwierząt przed wywiezieniem ich do Anglii. Niektóre z nich zrywają się z łańcuchów (tapir), chorują (świnka), wymagają ciągłej opieki, pożywienia, odpowiednich klatek.

Równie dużo miejsca autor poświęca ludziom, którzy są serdeczni, otwarci, bezinteresowni. Nie pomija milczeniem także i takich (będących w mniejszości), którzy są okrutni dla zwierząt i źle się nimi zajmują. Mimo tak przykrych doświadczeń, książka Durrella emanuje serdecznością i wiarą w człowieka. Zawiera dużo informacji o zwierzętach, ich zwyczajach i osobistych perypetiach związanych z opieką nad nimi.

Taka książka rozchmurzy najbardziej ponury dzień. Zachęcam Was do zapoznania się z prozą młodszego z braci Durrellów.

Moja ocena: 5/6

sobota, 17 grudnia 2011
Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospoltej, Sławomir Koper

Bellona, 2011

Liczba stron: 411

Kto czytał poprzedni wpis, wie jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie ta książka. "Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej" to nie tylko skrócona biografia wybranych, wybitnych kobiet żyjących w tamtej epoce, ale także obraz mentalności i zachowań ludzi. Autor skupia się głównie na literatkach: Zofii Nałkowskiej, Marii Dąbrowskiej, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Irenie Krzywickiej (znanej przede wszystkim ze skandali obyczajowych oraz odważnych tematów poruszanych w felietonach) oraz Marii Morskiej - autorce felietonów związanej ze Skamandrytami. Oprócz wyżej wymienionych kobiet pozostałe rozdziały poświęcone są: Jadwidze Beck - żonie Ministra Spraw Zagranicznych, Katarzynie Kobro - rzeźbiarce i artystce znanej również z tego, że była żoną Strzemińskiego.

Niech Was nie zwiedzie użyty przeze mnie zwrot "skrócona biografia." Nie znajdziecie tu suchych faktów, dat i sztywnych komunałów. Wręcz przeciwnie - w każdym rozdziale błyszczy cała plejada rozmaitych postaci, wszak elity artystyczne doskonale się znały. O losach kobiet opowiada się w książce przez pryzmat ich powiązań z innymi, dokonań artystycznych oraz skandali, w które się angażowały. Mamy niewierne żony i takich mężów, aprobowane przez współmałżonka romanse i dłuższe związki, relacje homoseksualne, śmiałe jak na owe czasy wypowiedzi w mediach, problemy sercowe, materialne, rodzinne. Miłość i śmierć. Radość i łzy. Wzloty i upadki.

Autor opisuje losy wszystkich pań od dzieciństwa aż do śmierci. Pokazuje jak funkcjonowały w zupełnie innej - powojennej epoce. Cytuje wiele opinii im współczesnych, prezentuje bogatą bibliografię opartą na dziennikach, wspomnieniach oraz wywiadach. (Dokładnie przestudiowałam bibliografię do tej książki czerpiąc z niej wiele inspiracji).

Książka napisana jest bardzo przystępnym językiem. Czyta się ją lepiej niż niejedną powieść. Mnie ujęła jeszcze jedna rzecz. Autor w kilku miejscach podkreśla, że obecnie łatwo i szybko oceniamy innych, sami żyjąc w o wiele bezpieczniejszych i bardziej sprzyjających czasach niż ci, którzy przeżyli wojnę i zostali skonfrontowani ze reżimem stalinowskim. Nie wiemy jak sami zachowalibyśmy się w sytuacji wyboru - możliwość publikacji (a co za tym idzie zarobków) za poparcie czy lojalność w stosunku do systemu. Sławomir Koper nikogo nie ocenia, przedstawia fakty starając się, aby pochodziły z kilku źródeł.

Kiedy spojrzycie na notkę poniżej zobaczycie jak bardzo zainspirowała mnie ta książka. Wam tę lekturę również polecam!

 

Moja ocena: 6/6

wtorek, 08 listopada 2011
Oskarżona Wiera Gran, Agata Tuszyńska

Wydawnictwo Literackie, 2010

Liczba stron: 453

Przeczytałam książkę o Wierze Gran i nie potrafię o niej napisać. Nie potrafię, ponieważ wszystko w tej książce jest względne. Na pewno wiadomo tylko, że Wiera Gran była Żydówką, dość znaną przedwojenną śpiewaczką, która w czasie okupacji kontynuowała występy w warszawskim getcie. I tyle. Wszystko pozostałe to domysły, półprawdy, insynuacje, zmyślenia. Brak dowodów prawdy.

Wiera Gran została zniszczona - to pewne. Czy jednak była bez winy? Jest to możliwe, tak samo jak możliwe jest, że w pogłoskach tliło się ziarenko prawdy. Tuż po zakończeniu wojny oskarżono ją o to, że zadawała się z gestapowcami, pracowała dla nich i denuncjowała pozostających poza gettem Żydów. Sama Gran zgłosiła się do sądu, aby raz na zawsze wyjaśnić tę sprawę i zakończyć oszczerstwa rzucane jej w twarz. Dwa sądy uznały ją za niewinną. Plotka jednak przetrwała - gdziekolwiek pojawiła się Wiera, tam pojawiała się informacja o jej niechlubnej wojennej przeszłości. Ciągła walka z wiatrakami, udowadnianie innym swojej uczciwości, odcisnęły na niej straszne piętno. Jako staruszka Wiera Gran zmagała się z manią prześladowczą.

Agata Tuszyńska podeszła do tematu bardzo rzetelnie - każdą informację starała się sprawdzić u źródeł. Szukała osób, które znały Gran w czasie wojny, szukała dokumentów i... nie znalazła niczego. Tyle samo osób na procesie zaręczało za uczciwość śpiewaczki, ile oskarżało ją o zdradę. Nie znalazł się żaden dokument potwierdzający współpracę z Niemcami, nie znalazł się i taki, w którym byłaby mowa o zaangażowaniu Gran w prowadzenie sierocińca w getcie.

Po przeczytaniu około dwustu stron, chciałam odłożyć książkę, bo cały czas nic się nie wyjaśniało. Nie odłożyłam jej, ponieważ zrozumiałam, że nic się nie wyjaśni, bo ta książka nie ma na celu wskazywania winy czy niewinności Wiery Gran. Książka ma pokazać ludzi w sytuacji zagrożenia. Ma pokazać Wierę taką, jaką chciała być - kokietkę, a zarazem mocno stąpającą po ziemi kobietę, którą zniszczyli swoi, czyli Żydzi.

Autorka biografii zadaje sobie oraz czytelnikowi wiele istotnych pytań - Czy mamy prawo osądzać tych, którzy przeżyli wojnę, my, którzy o wojnie dowiedzieliśmy się z książek i filmów? Jak ja/ty/wy zachowalibyśmy się w sytuacji realnego zagrożenia życia? Czy pragnienie przeżycia może być tak silne, że poświęcamy innych, aby ratować siebie? Czy bulwersujący jest fakt, że w getcie działała kawiarnia artystyczna, w której bawiono się, jedzono i pito, podczas gdy na ulicach umierali ludzie? Czy człowiek znajduje w sztuce i pięknie wentyl bezpieczeństwa, który pozwala mu na chwilę zapomnieć o strachu i kruchości życia? Dlaczego Szpilman próbował zniszczyć Wierę po wojnie? Co stało się między nimi podczas wielu miesięcy wspólnych występów w kawiarni? Czy Szpilman rzeczywiście był kryształowo uczciwym człowiekiem, jakiego znamy z "Pianisty", czy może i on splamił się krwią innych?

Książka nie udziela odpowiedzi na te pytania. Ona je zadaje. Odpowiedzi szukajmy w sobie.

Oprócz biografii Wiery Gran, jej wojennych i powojennych losów poza ojczyzną, Tuszyńska przedstawia proces umierania. To jeden z najbardziej poruszających opisów odchodzenia, z jakim się spotkałam. Autorka podtrzymuje kontakty w Wierą Gran przez kilka lat, jest świadkiem powolnego gaśnięcia gwiazdy. Kontrast między tym kim chciała być Wiera Gran, a tym jak odeszła jest szokujący i niezwykle smutny.

Warto przeczytać!

 

Moja ocena: 4/6

sobota, 05 listopada 2011
Opowieść o Darwinie, Irving Stone

Muza SA, 2011

Liczba stron: 720

Czytanie takiej wielkiej księgi nie jest łatwe z wielu względów. Po pierwsze, przytłacza jej ciężar, zatem odpada długi relaks z książką w łóżku (chyba, że ktoś lubi wykonywać ćwiczenia na bicepsy). Po drugie, oczy przyzwyczajone do czytania książek wydanych w mniejszym formacie (takim, który pozwala na objęcie wzrokiem całej linii), zaczynają buntować się po kilku akapitach. Po trzecie, objętość książki oraz ilość materiału w niej zawarta sprawiają, że czytanie trwa długo. Osoba, która tak, jak ja, lubi co drugi dzień trzymać w ręku książkę o innej tematyce, może wreszcie znudzić się czytaniem wciąż tej samej pozycji. Znalazłam na to sposób: Darwina dawkowałam sobie w ślimaczym tempie, a w międzyczasie czytałam inne powieści.

Teraz, gdy po około miesiącu dobiegłam do ostatniej strony, czuję lekki smutek: związałam się z bohaterami książki, rodzina Darwinów oraz przyjaciele Karola są mi niemal tak dobrze znani jak moi bliscy. Początki czytania jednak nie zapowiadały takiego stanu rzeczy. Irving Stone napisał książkę, w której nie pomija żadnego szczegółu. Opisuje wystrój wnętrz, wygląd posiadłości, podaje dużo faktów związanych z czynnościami nie wnoszącymi nic do książki (kogo Karol odwiedził, kto przyjechał na kolację do jego domu rodzinnego The Mount, itp). Zanim młody naturalista wyruszył w podróż dookoła świata statkiem Beagle, młody (a co!) czytelnik zaczął artykułować pogróżki pod adresem książki, które sprowadzały się do tego, że jeśli Darwin nie wyruszy w podróż natychmiast, to książka ląduje w kącie. Szczęśliwie Karol wypłynął z portu zanim skończyła się moja cierpliwość. Zakładałam bowiem, że podróż okaże się najciekawszym etapem życia Darwina oraz najbardziej fascynującym fragmentem książki. Znalazłam w tej biografii coś, co podobało mi się jeszcze bardziej niż opis pięcioletniej podróży, ale ona właśnie była momentem przełomowym i zadecydowała o tym, że książki nie porzuciłam po przydługim wstępie.

Za co najbardziej cenię biografię Darwina? Autor zdołał zawrzeć w książce psychologiczny portret człowieka wychowanego w poszanowaniu religii, mającego przyjąć święcenia po ukończeniu nauki w Cambridge, który pod wpływem poczynionych obserwacji przyrodniczych, decyduje się rzucić wzywanie całemu współczesnemu establishmentowi związanemu z nauką i kulturą. To fascynujące jak wielką drogę musiał przejść Darwin, aby odrzucić doktrynę kościoła i przekonanie, że Bóg stworzył wszystkie istoty w ich ostatecznej formie, a także zakwestionować stwierdzenie, że nie może być nic doskonalszego poza ideą boską. Rewolucja jakiej dokonał wydając książkę "O powstawaniu gatunków" pociągnęła za sobą z jednej strony ostrą krytykę konserwatywnych i głęboko religijnych przyrodników-strażników moralności, z drugiej strony podziw naukowców z całego świata. Po tej publikacji Darwina dzielił już tylko krok od rzucenia rękawicy kościołowi i światu - po kilku latach wydał rozprawę opisującą ewolucję człowieka.

Karol Darwin przedstawiony jest jako człowiek szarpany niepewnością i lękiem przed reakcją czytelników na swoje teorie. Jego żona wspierała go w codziennych trudach i obdarzała miłością, chociaż nie podzielała jego poglądów. W przypadku bezpośredniego ataku na Darwina stawała zawsze w jego obronie. I choć przyrodnik odchorował niejedną ostrą krytykę, to zawsze niezłomnie bronił swoich przekonań. Ten człowiek obdarzony był nie tylko  niezwykłym umysłem, ale również silnym charakterem, którego nie złamały ani obelgi krytyków, ani nawet stanowcze odrzucenie jego teorii przez osoby, które podziwiał i z którymi się przyjaźnił.

Po zamknięciu książki dopadły mnie rozmaite refleksje związane z lekturą. I dobrze, bo książka, nawet jeśli jest obszerną biografią, powinna prowokować do myślenia. Irving Stone wykonał kawał dobrej roboty gromadząc materiały na tę książkę oraz kompilując je w zapis życia, doświadczeń, osiągnięć naukowych Darwina. Jednocześnie udało mu się nie stracić z pola widzenia ludzkiego oblicza naukowca, który był dobrym mężem i ojcem, który do śmierci utrzymywał ciepłe stosunki ze swoim rodzeństwem, którego dom otwarty był dla naukowców i krewnych. Pokazał go jako człowieka skrupulatnego w swoich zapiskach dotyczących zdrowia (w końcu nie wiadomo czy Darwin był hipochondrykiem, czy rzeczywiście cierpiał na jakieś schorzenia gastrologiczne). Położył spory nacisk na oszczędność naukowca, który żył znacznie poniżej poziomu życia, na jaki było go stać. W końcu sprawił, że czytelnik, który nie ma żadnego zacięcia do nauk przyrodniczych, widzi w Darwinie kamień milowy myślenia wolnego od nakazów religii oraz fajnego, ciepłego człowieka.

 

Moja ocena: 5/6

środa, 26 października 2011
Jan Nowicki. Droga do domu, Rafał Wojasiński

Nowy Świat, 2009

Liczba stron: 120

Podczas Czytelniska mój mąż wyszperał "Drogę do domu", książkę o Janie Nowickim. Chciałam ją przejrzeć i od razu cała mi się przeczytała. Tekstu w niej niewiele, bo oprócz niego w książce znajduje się sporo czarno-białych fotografii. Spodziewałam się biografii, a dostałam impresje na temat przemijania.

Jan Nowicki nie odsłania swojej przeszłości. Mówi raczej o innych, o tych nieznanych bohaterach codzienności, swoich kolegach i przyjaciołach z dzieciństwa, sąsiadach, znajomych. Dużo mówi o tych, których już nie ma, a którzy mieszkają w jego sercu. Dużo mówi o swoim przemijaniu. Dlatego książka jest bardzo melancholijna, nastrojowa, miejscami liryczna.

Nie poznałam dzięki niej Nowickiego, zobaczyłam tylko inne - poważniejsze oblicze tego aktora, który ostatnio występował w denerwującej reklamie. Nie zdołałam go ani polubić ani znielubić. Nie zainteresowałam się na tyle, by zechcieć obejrzeć jakiś film z tym aktorem. I dlatego jestem trochę zawiedziona. Nie lubię książek - hołdów ku czci jakiejś osoby. A tę tak właśnie odebrałam.

 

Moja ocena: 3/6

środa, 05 października 2011
Misja Wallenberga, Alex Kershaw

Znak, 2011

Liczba stron: 304

Raoul Wallenberg jest postacią niezbyt znaną Polakom. Nic w tym dziwnego, swoją działalność dyplomatyczną prowadził na terenie Węgier. Dobrze jednak, że o człowieku, który ocalił tysiące istnień ludzkich zaczęto mówić głośno. Jego historia jest fascynująca i bardzo smutna.

W 1944 roku na Węgry przybywa Adolf Eichmann - nazista odpowiedzialny za eksterminację Żydów. Chociaż Węgry są państwem sprzymierzonym z Niemcami nie omijają ich czystki. Machina zagłady działa szybko i skutecznie, wysiedlane są całe miasta i wsie, a pociągi towarowe wiozą pojmanych Żydów niemal wprost do pieców krematoryjnych Auschwitz. Alianci pragną pomóc jakoś węgierskim Żydom. Wpadają na pomysł, by na miejsce wysłać dyplomatę z państwa neutralnego - Szwecji. Wallenberg przybywa do Budapesztu i niemal natychmiast z pełnym zapałem i poświęceniem wymyśla skuteczne sposoby na wyrwanie jak największej liczby osób z rąk Eichmanna.

Rozdaje Żydom paszporty dyplomatyczne, umieszcza ich w zakupionych specjalnie w tym celu domach zwanych domami bezpiecznymi, pojawia się na dworcu przed odjazdami pociągów do Auschwitz czy obozów pracy pod Wiedniem, zakłada sierocińce, daje miejsca pracy. Targuje się o każdego człowieka, ratuje tylu, ilu może. Jest bezkompromisowy i choć nie należy do osób odważnych uskrzydla go świadomość wagi swoich działań - walczy przecież o ludzkie życie.

Po wycofaniu się Niemców z Węgier i przejęciu władzy w kraju przez wojska węgierskie kończy się dobra passa Wallenberga. Węgrzy okazali się być antysemitami, barbarzyńcami i mordercami. Nie liczą się już żadne względy dyplomatyczne, Żydzi padają ofiarą na wpół dzikich oddziałów wojska. W książce znajdziemy więcej takich paradoksów i niesprawiedliwych zakrętów losu i historii. Misja Wallenberga dobiega końca wraz z przybyciem do Budapesztu wojsk sowieckich - on sam zostaje aresztowany i wywieziony do Moskwy.

Najciekawszym zabiegiem literackim ze strony autora jest pomysł przedstawienia historii kilku żydowskich rodzin - w czasie wojny oraz ich losów po wojnie. Równocześnie pokazuje jak potoczyło się życie Eichmanna oraz samego Wallenberga i jego rodziny walczącej o jakikolwiek kontakt z uwięzionym dyplomatą. Historia, która skrzyżowała drogi tych ludzi nie była dla nich zbyt łaskawa i sprawiedliwa. Ani prześladowcy, ani prześladowani nie odnieśli zwycięstwa w tej wojnie. Wszyscy przegrali.

POD TYM LINKIEM można zajrzeć do książki.

Moja ocena: 5/6

środa, 21 września 2011
Chwile wolności. Dziennik 1914-1941, Virginia Woolf (cz.1)

Wydawnictwo Literackie, 2007

Liczba stron: 710

Lubię opowiadania i powieści Virginii Woolf za jej wnikliwe charakterystyki postaci oraz nowatorskie podejście do tworzenia fabuły. Moja wiedza o jej twórczości i życiu jest skromna. Moja ciekawość - ogromna. Zanim jednak sięgnęłam po kolejną powieść, postanowiłam lepiej poznać samą pisarkę. Jej dzienniki są kopalnią wiedzy o Virginii Woolf, jej gronie znajomych oraz czasach, w których żyli. Skrócona wersja "Dzienników" którą czytałam ma ponad 700 stron. Nie dałam rady ogarnąć całego tomu i muszę go oddać do biblioteki. Dziennik czyta się bowiem zupełnie inaczej niż powieść i potrzeba mi więcej czasu na przyswojenie informacji. Aby śledzić czyjeś życie muszę mieć dużo czasu, spokoju, skupienia. Najchętniej czytałabym kolejny rok raz na miesiąc.

Doczytałam do końca 1923 roku i postanowiłam za jakiś czas ponownie przynieść książkę do domu. Te dziewięć lat z życia pisarki przypada na czas pierwszej wojny światowej i lata zaraz po niej. Podobały mi się opisy niewielkiego wpływu działań wojennych na życie w Anglii, alarmów przeciwlotniczych oraz wielkiej ulicznej fety z okazji zakończenia wojny. Z nieregularnych zapisków wyłania się obraz samej pisarki - osoby o surowych osądach, ale wrażliwym sercu. Virginia Woolf była pilną obserwatorką, inteligentną i zajmującą rozmówczynią, melancholijną i w pewnym sensie uległą żoną swojego męża.

Jej czas zajmuje praca w domowej drukarni - Hogarth Press, w której wraz z mężem i wciąż zmieniającymi się pracownikami zajmuje się składem, drukiem, oprawą książek. Mimo tego, że wydawnictwo jest jej dumą i oczkiem w głowie, nie raz odciąga ją od pisania. Ponadto Virginia recenzuje książki dla magazynu "Times Literary Supplement", co czasem stawia ją w niezręcznej sytuacji w stosunku do znajomych literatów, którzy oczekują z jej strony dobrego słowa na łamach gazety.

Virginia pisze:

"Jestem rozdarta przez wątpliwości: czy wolę dostawać cudze książki, czy też bez przeszkód pisać własne."

Natomiast zastanawiając się nad recenzją o "Ulissesie" Joyce'a pisze tak:

"Mnie to się wydaje książką niezbyt wyrafinowaną i w nie dość dobrym tonie: książka robotnika samouka, a wszyscy wiemy jak bardzo są oni kłopotliwi, samolubni, uporczywi, surowi, uderzający i w końcu mdlący. Kiedy ma się gotowane mięso, to po co jeść surowe."

Wszystkie zajęcia w wydawnictwie i przy recenzjach, plus częste wizyty znajomych, liczne towarzyskie zobowiązania jej męża, który po wojnie angażuje się w politykę, odrywają ją od pisania. Jeśli dodać do tego częste choroby pisarki, o których wspomina tylko w sposób lakoniczny i liczne wątpliwości związane z procesem twórczym widzimy, że każda z powieści rodzi się w bólach. Ponure nastroje oddają takie słowa:

"Myślę, że gdybym była malarką to nie potrzebowałabym nic poza pędzlem zanurzonym w jakiejś burej farbie, żeby oddać nastrój tych jedenastu dni rozsmarowałabym ją równo po całym płótnie."

W ciągu tych lat Virginia Woolf wydała "Pokój Jakuba" oraz "Noc i dzień". W 1923 roku pracowała nad powieścią "Godziny", która jak wiemy ostatecznie nazywała się będzie "Pani Dalloway". Wydanie każdej z powieści to wielkie przeżycie: jak przyjmą ją znajomi? co o niej napiszą w gazetach? czy w ogóle znajdzie się jakaś recenzja nowo wydanej książki? czy zainteresują się nią wydawnictwa amerykańskie? I choć sama autorka stara się zbytnio nie ekscytować, to niepokój przebija z jej zapisków.

Na razie rozstaję się z "Dziennikami" (żałuję, że nie są moje), ale jestem pewna, że za jakiś czas spotkam się z Virginią Woolf w roku 1924.

Wcześniej czytałam:

DAMA W LUSTRZE

POKÓJ JAKUBA

MIĘDZY AKTAMI

O CHOROWANIU

FLUSH

sobota, 17 września 2011
Jak zostałem pisarzem. Próba autobiografii intelektualnej, Andrzej Stasiuk

Czarne, 1998

Liczba stron: 126

"W komunizmie czas, podobnie jak pieniądze, miał wartość nieco umowną. Jedno i drugie się po prostu przepuszczało."

Swoją biografię autor rozpoczyna od lat młodzieńczych, które przypadały na końcówkę lat siedemdziesiątych i początek osiemdziesiątych. W krótkich zdaniach i prostych słowach opisuje niechęć do szkoły, autorytetów oraz barwne podróże bez celu. Wszystko to w oparach alkoholu i dymu papierosów i skrętów. Pokazuje również Warszawę z tamtych lat - sklepy Pewexu, cinkciarzy, podrzędne bary i place budowy. Potem akcja przenosi się do wojska oraz do więzienia, do którego autor trafił za dezercję. Znudziło mu się bycie w wojsku podobnie jak chodzenie do szkoły, czy do pracy. Opisy pobytu w obu tych instytucjach to moim zdaniem najlepsze fragmenty książki.

"Czerpałem wzorce z kiepskiej literatury, ponieważ wzorce z tej lepszej były niezwykle skomplikowane i kompletnie nie nadawały się do realizacji w tak zwanym codziennym życiu."

Druga część książki to lata po stanie wojennym, czas działalności opozycyjnej podejmowanej jakby mimochodem, imprez czasem trwających przez kilka dni, dopóki nie skończyły się pieniądze. To również czas szukania własnej drogi w życiu - powrót do szkoły, najpierw w postaci ucznia, a potem sprzątacza. To czas poznawania osób, które wywarły duży wpływ na autora.

"Nigdy nie podziwiałem pisarzy. Zawsze chciałem być taki jak Iggy Pop, a nigdy nie chciałem być taki jak na przykład Ignacy Kraszewski albo Władysław Reymont. Gdzieś w moim życiu musiała zajść jakaś pomyłka. Wciąż jest we mnie rozdarcie."

Muzyka i literatura obecne są przez cały czas. Stasiuk kradnie lub pożycza książki. Czyta dużo, prowadzi długie rozmowy z kolegami. Ich tematem jest sztuka i życie. Zaczyna pisać o swoich doświadczeniach z więzienia, ale maszynopis przepada zanim trafi do druku, co teraz autor uważa za łut szczęścia. Dobrze czuje się w szpitalu dla nerwowo chorych, gdzie pracuje jako sanitariusz i zastanawia się nad swoim zdrowiem psychicznym. Wariackie papiery ma od dawna, podobnie jak większość jego znajomych. Prze pewien czas gra w zespole. Bez powodzenia.

"Pisać może każdy. Większość to robi, tylko nie pokazuje."

Dobrze, że Stasiuk odnalazł wreszcie swoje powołanie. I że pokazuje...

 

Moja ocena: 4,5/6

niedziela, 28 sierpnia 2011
Niepokorne. Kobiety, które zmieniały świat, Cristina de Stefano

Wydawnictwo Literackie, 2010

Liczba stron: 229

Niezwykle trudno mi napisać coś sensownego o tej książce jako, że rodzi ona we mnie bardzo ambiwalentne uczucia. Z jednej strony czytałam ją z dużym zaciekawieniem, pochłaniając kolejne noty biograficzne w szalonym tempie i odczytując na głos niektóre fragmenty. Bezpretensjonalny i klarowny styl pisania Cristiny De Stefano miał ogromny wpływ na tempo mojego czytania i na podtrzymywanie zainteresowania książką. Z drugiej strony zżymałam się na wątpliwą moralność wielu z opisywanych kobiet, które swoich "osiągnięć" dokonywały przetaczając się z jednego łóżka do drugiego.

De Stefano pisze o kobietach, które zmieniały świat. Z tym, że brakuje dopisku, iż są to Amerykanki i że wszystkie z nich były aktywne w pierwszej połowie XX wieku. No i te ich zmiany w głównej mierze polegały na rozluźnianiu obyczajów, a dopiero potem na sukcesach w sferze artystycznej lub naukowej. Wcześniej znałam pobieżnie tylko kilka z nich, a lektura otworzyła mi oczy na trochę szerszy kontekst. Poetki, dekoratorki wnętrz, dziennikarki, pisarki, fotografki, modelki, aktorki, malarki - prawie wszystkie skandalistki. Wśród nich i taka, która niczego nie dokonała na arenie artystycznej i jak sama się przechwalała, nie przepracowała ani jednego dnia w życiu... Jej wkładem w zmianę świata był wygląd i dobre znajomości.

I z powodu właśnie takich pań nieobdarzonych niczym poza urodą lub takich, które samym talentem do niczego nie doszły, a wywindowały ich odpowiednie koneksje, najczęściej zdobywane przez łóżko, książka wydała mi się smutna. Potwierdza tylko to, o czym doskonale wiemy z obserwacji świata wokół nas - sam talent rzadko się obroni.

Z pozytywów - nabrałam ochoty, by bliżej zapoznać się z biografiami niektórych sportretowanych w książce pań. Najbardziej zainteresowały mnie fotografki oraz niektóre pisarki i poetki. Nazwiska odnotowałam i poszukam ich biografii i dzieł, by zaspokoić swoją ciekawość.

 

Moja ocena: 4/6

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
Zakładki:
Spis moli
Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
Wyzwania
Czytam, bo lubię

Wypromuj również swoją stronę