Wpisy z tagiem: dla młodzieży
środa, 08 lutego 2012
Bromba i filozofia, Maciej Wojtyszko
Wydawnictwo Jacek Santorski & Co, 2004 Liczba stron: 127 Bromba to postać znana starszym osobom. Nie stoi jednak nic na przeszkodzie aby i dzieci mogły zapoznać się z Brombą, Kajetanem Chrumpsem, Kotem Makawitym, Malwinką, Fikanderem, bibliotekarzem Pućkiem i innymi sympatycznymi postaciami książek Wojtyszki. Ten tom kierowany jest do dzieci starszych, co najmniej z późniejszych lat podstawówki. Rozmowy o filozofii niosą ze sobą taki poziom abstrakcji, że młodsze zupełnie nie wiedziałyby o co chodzi. Przemiłe stworki spotykają się aby omawiać podrzucane im przez Brombę zagadnienia z dziedziny filozofii. Zastanawiają się czym jest czas, czym jest wolność i jakie są zasady korzystania z wolności, czym jest myśl, co znaczy 'ja' i jakie powinny być warunki prowadzenia dysput filozoficznych. Książka podzielona jest na rozdziały, w których oprócz wspomnianych rozmów mamy wgląd w codzienne życie przyjaciół Bromby i jej samej. Każdy rozdział zgrabnie podsumowuje kilka punktów spisanych przez bibliotekarza Pućka. Książka jest ilustrowana i wydana bardzo starannie. Dlaczego o tym wspominam? Mamy na półce stare (bardzo stare) wydanie książki o Brombie, które swoją jakością i formatem nawet do pięt nie sięga wydaniu współczesnemu. "Bromba i filozofia" może być dobrym prezentem dla dziecka ciekawego świata. Jest też świetnym przerywnikiem dla mamy dziecka, szczególnie lubiącej takie kąski:
Moja ocena: 4,5/6
wtorek, 07 lutego 2012
Nie jestem seryjnym mordercą, Dan Wells
Znak, 2012 Liczba stron: 254 Nie bardzo wiedziałam czego spodziewać się po książce. Doczytałam gdzieś, że przeznaczona jest dla młodzieży i wcale nie chciało mi się w to wierzyć po przeczytaniu pierwszego rozdziału. Informacja o Dexterze podana na okładce nic mi nie mówi, bo ja nie wiem kim jest Dexter. Po prostu podeszłam do lektury bez żadnych oczekiwań i uprzedzeń, co często ma swoje dobre strony. Bohaterem książki jest piętnastoletni John Cleaver. U chłopaka zdiagnozowano socjopatię, która w połączeniu z obsesyjnym zainteresowaniem seryjnymi mordercami daje dość wybuchową mieszankę. John jest inteligentnym chłopakiem i doskonale zna swoje słabości. Aby nie dopuścić do głosu ciemnej strony swojej osobowości, narzucił sobie wewnętrzną dyscyplinę. Cóż z tego, skoro okoliczności splatają się przeciw niemu. Należy wspomnieć, że matka i ciotka Johna prowadzą zakład pogrzebowy. Na dolnym piętrze domu przygotowują zwłoki do pochówku, co wiąże się z ich balsamowaniem, zszywaniem, składaniem, w zależności od tego jak gwałtowna była śmierć. John od dziecka pomaga w większości tych czynności. Obcowanie ze zwłokami jest dla niego wentylem bezpieczeństwa. Kiedy w okolicy pojawia się seryjny morderca John czuje się jakby wygrał na loterii. Ogarnia go niezwykłe podniecenie, które musi skrywać w kontaktach z matką oraz terapeutą. Dzięki temu, że John ma dostęp do okaleczonych zwłok ofiar mordercy, może lepiej poznać jego metody działania. Pomoże mu to również namierzyć osobę, która sieje postrach w całym mieście. Przez pierwszych kilka rozdziałów książka wyglądała na kryminał z pogłębioną analizą psychologiczną głównego bohatera. Potem zmieniła się w horror, ponieważ z biegiem akcji pojawił się wątek fantastyczny. Gdybym od razu wiedziała, że nastąpi taki zwrot akcji, pewnie nieprędko sięgnęłabym po książkę. I choć przez moment poczułam się rozczarowana, to i tak nie wypuściłam książki z rąk dopóki nie poznałam finału historii. Polubiłam Johna, co może wydawać się niezwykłe biorąc pod uwagę jego zainteresowania i psychopatyczne skłonności. To chłopak z problemami, z którymi musi zmagać się z wszystkie znane sobie sposoby. Jego relacje z matką są niezwykle skomplikowane, siostra mieszka oddzielnie, a ciotka stanowi bufor bezpieczeństwa. Ciekawa jestem jak powiedzie mu się w przyszłości, o czym wkrótce się przekonam czytając drugą część "Pan Potwór." Zachęcam do lektury, ale ze względu na drastyczne opisy i krew płynącą szerokim strumieniem przez większą część książki, raczej nie podsuwałabym jej młodszej młodzieży.
Moja ocena: 4.5/6
poniedziałek, 10 października 2011
Theodore Boone. Młody prawnik, John Grisham
Amber, 2010 Liczba stron: 240 Bardzo dawno temu często sięgałam po powieści Grishama. Podobały mi się opisywane przez niego sądowe potyczki i sensacyjne wątki. Przestałam czytać książki jego autorstwa kiedy trafiłam na jakiegoś gniota, którego nie mogłam strawić. Po upływie wielu lat minęła mi uraza do tego autora. W ubiegłym roku zaintrygowała mnie wręcz zapowiedź książki Grishama skierowanej do młodzieży. Kiedy nadarzyła się okazja przeczytania tej powieści postanowiłam z niej skorzystać. Ja i mój syn. Theo Boone ma trzynaście lat i jest jedynym synem pary prawników. Jego mama zajmuje się rozwodami, ojciec specjalizuje się w nieruchomościach. Wspólnie prowadzą kancelarię, w której swój malutki gabinet ma także Theo. Chłopak fascynuje się prawem, zna mnóstwo przepisów i potrafi się nimi posługiwać. Za sprawą swoich rodziców zna sędziów i innych pracowników sądu. Spędza tam sporo czasu. Bardzo fascynuje go proces o morderstwo, w którym na ławie oskarżonych zasiada mąż ofiary. To jedna z największych spraw w ostatnich latach i Theo bardzo by chciał móc śledzić cały proces od początku do końca. Niestety, musi chodzić do szkoły. Myśli o toczącym się procesie pochłaniają jednak większość jego czasu, na przerwach sprawdza postępy w sieci. Niestety, wszystko wskazuje na to, że oskarżony nie zostanie skazany, ponieważ oskarżenie opiera się tylko na poszlakach. Do młodego Boona zgłasza się jednak osoba, która może wywrócić do góry nogami dotychczasowe ustalenia. Jest jednak pewien problem... To Grisham jakiego znamy z "Raportu pelikana" i z "Firmy". Konkretny, skoncentrowany na głównym wątku, ciekawy. Książka podobała się i dwunastolatkowi, i jego znacznie starszej mamie. Nie ma w niej opisów nieodpowiednich dla młodego człowieka, ale ciekawie przedstawiony proces w sprawie o morderstwo. Postać Theo jest jak najbardziej do przyjęcia, chociaż w końcowych scenach było go trochę za dużo jak na mój gust - to był już czas żeby sprawę przejęli jego rodzice. W każdym razie bardzo mi się podobało, odprężyłam się i zrelaksowałam przy tej powieści. Teraz czekam na kolejną część, która chyba niebawem się ma ukazać.
Moja ocena: 5/6
środa, 14 września 2011
Dostaliśmy po dziecku, Ewa Grętkiewicz
Stentor, 2007 Liczba stron: 144 Kiedy mam mało czasu i głowę zajętą tysiącem różnych spraw, staram się nie rezygnować z czytania, które jest dla mnie najlepszym ujściem złej energii, stresu i pomaga mi się szybko zregenerować do stanu względnej używalności. Sięgam wówczas po książki łatwe, przyjemne, nie za długie i niezbyt obciążające. Idealnie nadają się te z półki wiekowej mojego syna. Albert i Julka stają przed wielkim wyzwaniem. Ich rodzice wyjeżdżają na na tygodniowe szkolenie zawodowe, a ciotka, która ma ich zastąpić ląduje w szpitalu. Oni dostają zatem po dziecku. Nie żadnym obcym, oczywiście - muszą zająć się swoimi młodszymi braćmi, którzy nie należą do najgrzeczniejszych przedszkolaków. Interpretacja pozytywna: Nastolatkowie dostają w kość przez ten tydzień, ale poznają też wartość pracy swojej i innych. Doceniają codzienny trud rodziców. I choć nie wszystko im wychodzi tak, jakby chcieli, stają się bohaterami wśród najbliższych przyjaciół oraz rodziny. Interpretacja złośliwa: Mama, przebywająca w domu od czasu urodzenia młodszych synów, postanawia wrócić do pracy, stąd też wyjazd na szkolenie. Według fabuły podyktowane jest to względami ekonomicznymi. Według mnie, kobieta ma dość rozpuszczonych, hałaśliwych i bezmyślnych przedszkolaków i postanawia elegancko ewakuować się na pół dnia i rozdzielić przykre domowe obowiązki na pozostałych członków rodziny. Skąd te dwie interpretacje? Nie mogłam się oprzeć złośliwości, bo młodsi bracia Alberta i Julki zupełnie mnie nie śmieszyli ani nie wzbudzili mojej sympatii. Pomyślałam sobie więc, że jest od kogo uciekać. Te małe potworki zostały jednak przez kogoś wychowane (zaniedbane). Obudził się we mnie pedagog i moralizator, a książka zamiast mnie wyciszyć, spowodowała lawinę denerwujących myśli, zupełnie nieadekwatnych do rodzaju powieści.
Moja ocena: 4/6
środa, 31 sierpnia 2011
Charlotte Sometimes, Penelope Farmer
Red Fox Classics, 2002 Liczba stron: 199 Książka swoją premierę miała jeszcze przed moim urodzeniem. Ukazała się na rynku brytyjskim w 1969 roku jako trzecia część przygód sióstr Emmy i Charlotty. Stała się jednak najbardziej znana i najczęściej wznawiana. Popularności między innymi przysporzył jej fakt, iż stała się inspiracją dla Roberta Smitha, lidera The Cure. Echa książki widoczne są w (co najmniej) trzech piosenkach The Cure, w tym jednej pod tym samym tytułem co książka. Ja oczywiście sięgnęłam po nią po to, by dowiedzieć się dlaczego powieść wywarła tak wielkie wrażenie na R.S. Charlotte zostaje wysłana do szkoły z internatem. Nie ma tam jeszcze żadnej koleżanki, więc czuje się trochę wyobcowana. Pierwszej nocy układa się do łóżka na wybranym przez siebie łóżku przy oknie i zapada w sen. Następnego dnia budzi się w tym samym łóżku, jednak nie ma obok niej pozostałych zakwaterowanych w pokoju koleżanek. Zamiast nich w jedynym stojącym łóżku śpi młodsza od niej dziewczynka. Emily, tak ma na imię, nazywa Charlottę imieniem Clare i twierdzi, że jest jej siostrą. Okazuje się, że Charlotte przeniosła się w czasie o około 40 lat wstecz. Stara się jak najlepiej odgrywać swoją rolę i unikać konfrontacji z innymi dziewczynkami i surowymi nauczycielkami, ale z nikim nie dzieli się swoim strachem. Po dniu spędzonym w przeszłości, nocą znowu przenosi się do współczesności. Charlotte i Clare co drugi dzień spędzają w nie swoich czasach i mimo tego, że nigdy się nie widziały, zaczyna łączyć je mocna więź. Autorka portretuje czasy pierwszej wojny światowej, które odciskają się silnie na życiu dziewcząt w szkole. Większość z nich bezpośrednio poznała czym jest wojna, ponieważ ich ojcowie wyruszyli walczyć we Francji. Penelope Framer wskazuje też na różnice między tym, co jest dozwolone pod koniec lat pięćdziesiątych, a tym, co mogły robić dziewczynki w odległych czasach początku wieku. Ogromne wrażenie zrobił na mnie rozdział, w którym autorka opisuje jak miasto świętowało zakończenie wojny - mimo radości i entuzjazmu, przebrzmiewa w nim groza, ponieważ wypełniony jest hipnotyzującymi obrazami, od których kręci się w głowie. Miałam możliwość porównania tego wydarzenia z relacją Virginii Woolf, która odniosła się do niego w swoich dziennikach. Opowieść jest rewelacyjna! Choć autorka posługuje się subtelnym językiem, to gra na uczuciach i emocjach tak, jak jej się podoba. Bez dłużyzn, bez przynudzania, bez moralizatorstwa i niekończących się opisów, tworzy historię jaką każda dziewczynka i wielu chłopców chciałoby usłyszeć. Gdy otwierałam książkę przenosiłam się z Charlotte w miejsca, które oglądała, bo tak dla niej, jak i dla mnie wszystko było nowe. Życie życiem innej dziewczynki i przeżywanie jej radości i smutków, obserwowanie czasów nie tak odległych, ale bardziej surowych i smutnych, stało się pewnego rodzaju inicjacją dla Charlotte. Czytający, czy słuchający tej opowieści kilkuletni R.S. pozostał pod jej wrażeniem i raz po raz odtwarzał maszerujących doboszy w strojach z epoki pierwszej wojny, czy też smutek Charlotte, która pod koniec książki odkrywa całą prawdę o Clare i jej młodszej siostrze. Polecam gorąco ze świadomością, że uda się ją przeczytać tylko nielicznym. Szkoda, straszna szkoda...
Moja ocena: 6/6
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Magiczne drzewo. Tajemnica mostu, Andrzej Maleszka
Znak, 2010 Liczba stron: 272 Po przeczytaniu pierwszej części pt: "Magiczne krzesło" stałam się miłośniczką pisarstwa Andrzeja Maleszki. Ogromnie się ucieszyłam kiedy znalazłam w bibliotece drugą część (mam nadzieję, że nie ostatnią) cyklu Magiczne drzewo. Zastanawiam się jednak czy książka podobałaby mi się tak samo gdybym miała lat 10-14? Moje dziecko przeczytało, powiedziało 'Fajne" i tyle. Ja natomiast ślinię się z zachwytu. W "Tajemnicy mostu" mamy tę samą rodzinę Rossów, w skład której wchodzą rodzice i troje dzieci oraz ciotka przemieniona w dziewczynkę jeszcze w poprzedniej części. Mama rodzeństwa wyprowadzona z równowagi nieodpowiedzialnym wykorzystywaniem krzesła do głupich czarów, rozkazuje krzesłu nie wykonywać żadnych życzeń wypowiadanych przez członków rodziny. Kuki wpada na pomysł żeby czarować przy pomocy sąsiadki z dołu - rudowłosej Malwiny. Wszystko idzie dobrze dopóki Malwina, zakochana bez wzajemności w Filipie, nie wypowie zgubnego w skutkach zaklęcia, od którego nie ma odwrotu. Wszystkie wysiłki rodzeństwa i ich przyjaciółki koncentrują się na tym, by pomóc Filipowi otrząsnąć się z lekkomyślnie rzuconego czaru. Los zawiedzie ich aż do Wenecji... Dlaczego tak uwielbiam książki cyklu Magiczne drzewo? Bo są magiczne! Całkowicie mnie absorbują i zabierają w fantastyczną podróż po świecie. Brak w nich moralizatorstwa, za to mnóstwo niczym nie krępowanej fantazji - loty balonem, roboty, czary, magia i dużo zabawy. Poza tym dzieciaki Kuki, Filip, Tośka i Wika są świetne i mało wkurzające. No i tempo! Akcja pędzi, na każdej stronie coś się dzieje, a dzięki magicznym właściwościom krzesła dziać się może dosłownie wszystko, co autor sobie wymarzył. Uwielbiam ten rozmach i tyle.
Moja ocena: 6/6
czwartek, 14 lipca 2011
Pałac Północy, Carlos Ruiz Zafon
Muza SA, 2011 Liczba stron: 287 Kalkuta, Indie, lata trzydzieste ubiegłego wieku. W sierocińcu trwa jedno z ostatnich spotkań tajnego stowarzyszenia, w skład którego wchodzi siedmioro dzieci - teraz już szesnastolatków. Ich tajną bazą spotkań jest ruina przylegająca do posesji sierocińca, którą mocno na wyrost zwą Pałacem Północy. Niedługo przyjdzie im się pożegnać, ponieważ w instytucji państwowej mogą przebywać tylko do szesnastego roku życia. Zanim jednak rozstaną się na zawsze, wydarzy się coś, czego nie zapomną do końca życia. O Bena, przywódcę grupy, upomną się złe moce, które pośrednio skazały go na szesnaście lat w sierocińcu. Ponadto okaże się, że Ben ma siostrę bliźniaczkę oraz babcię, która dla bezpieczeństwo dzieci musiała je rozdzielić w niemowlęctwie. Nikt nie chce grupie powiedzieć z jakiej przyczyny życie rodzeństwa jest zagrożone i co wspólnego ze sprawą ma postać przedstawiająca się jako Jawahal. To trzecia powieść Zafona, która przeczytałam, druga dla młodzieży. I ponownie lektura okazała się być przyjemna, choć najprzyjemniejsza w częściach poświęconych poszukiwaniom prawdy - odkrywanie przerażających miejsc w okolicy, wizyty w muzeum i wertowanie starych dokumentów - to coś, co mnie przyciąga do książek. Najmniej odpowiadał mi ostatni rozdział - starcie ze złym duchem, z którego trudno było wyjść żywym, a które po prostu mnie nudziło. Bo i ten zły wcale taki zły nie był, bo jakby był, to szast prast i koniec pieśni... To powieść familijna, spodoba się mamie i dziecku. Nie wystraszy mamy, ale może zasmucić dziecko. Zafon gra na podobnym schemacie jak w "Księciu Mgły" - przyjaciele wspierają się na dobre i na złe i są przy sobie w niebezpieczeństwie. I przyznam, że nie drażni mnie to jakoś szczególnie, bo warto, by młodzież znała siłę przyjaźni oraz związaną z tym odpowiedzialność za drugiego człowieka.
Moja ocena: 4/6
piątek, 03 czerwca 2011
Dzikie stwory, Dave Eggers
Zyski i S-ka, 2010 Liczba stron: 270 Mam duży problem z podsumowaniem tej książki, mam nawet wątpliwości czy powinnam pozwolić na to, żeby czytał ją mój syn. "Dzikie stwory" jest bowiem książką bardzo niejednoznaczną. Powstała później niż film pod tytułem "Gdzie mieszkają dzikie stwory", ponadto była wzorowana na komiksie Sendaka (ani filmu, ani komiksu nie znam). Powieść zaczyna się wciągająco, ale rozwinięcie historii jest dość ... dzikie. Max jest ośmiolatkiem. Nie do końca ogarnia rzeczywistość. I choć wydaje się, że trzyma się z boku i zajmuje własnymi sprawami, przeżywa rozstanie rodziców, martwi się wciąż zatroskaną i zapracowaną matką, jej nowym partnerem oraz siostrą, która wraz z rozpoczęciem nauki w szkole średniej stała się niedostępna i zarozumiała. Max lubi płatać figle, ale ma trudności z opanowaniem swoich emocji i oceną sytuacji. Nie rozróżnia dobra od zła, nie umie przewidzieć konsekwencji swoich zachowań. Po jednej z awantur domowych, którą sprowokował swoim nieopanowaniem, ucieka w kierunku lasu, tak jak stoi, czyli w przebraniu wilka. Po długiej podróży łodzią dociera do wyspy zamieszkałej przez prawdziwe dzikie stwory. Są to ogromne stworzenia, które w Maxie chcą widzieć króla, przewodnika, kogoś kto wprowadzi do ich życia trochę ładu, bezpieczeństwa i spokoju. Pobyt na wyspie oraz psoty, przygody i wyzwania jakie Max stawia przed stworzeniami zajmują większą część książki. Stworzenia, podobnie jak Max nie znają umiaru w niczym. Gdy niszczą coś, to niszczą to w stu procentach, gdy budują starają się wykonać wszystko jak najszybciej, jak najpotężniej. Wszystko traktują dosłownie, nie znają przenośni i metafor ani także reguł rządzących światem ludzi. Jednakże oczekiwania chłopca wobec stworów oraz stworów wobec Maxa w dużym stopniu się rozmijają. Liczyłam na to, że po wielu porażkach związanych ze swoistym ADHD, Max wreszcie wyciągnie jakieś wnioski ze swoich zachowań. Może nawet zobaczy czasem jakiś ciąg przyczynowo-skutkowy. Jednak on przez cały pobyt na wyspie przekonany jest o własnej nieomylności i raz po raz pakuje się w tarapaty, narażając pozostałe zwierzęta na niebezpieczeństwo, skłócając je ze sobą, wprowadzając zamęt w ich egzystencję. Dlatego też nie sądzę by lektura tej książki była odpowiednia dla dzieci. Zbyt dużo w niej wyimaginowanego świata, w którym praktycznie nie ma konsekwencji złego postępowania, za mało natomiast jest prawdy o prawdziwym życiu, w którym ponosi się skutki nieodpowiedzialnych zachowań. No i poza tym cały ten Max strasznie mnie irytował swoją dziecięcą głupotą... ale to już tak na marginesie.
Moja ocena: 3,5/6
sobota, 07 maja 2011
Las Zębów i Rąk, Carrie Ryan
Papierowy Księżyc, 2011 Liczba stron: 345 Zaintrygował mnie przedziwny tytuł... Co to za las? Skąd w nim zęby i ręce? O czym właściwie jest ta książka? Czy będzie to kolejna wersja dawno przebrzmiałych paranormalnych historii o wampirach, aniołach i wielkiej miłości w tle? Wystarczył jeden dzień abym poznała tajemnice lasu oraz Mary, mieszkanki osady ukrytej w jej wnętrzu. I przyznam, że dawno nie byłam tak pozytywnie zaskoczona żadną książką. "Las Zębów i Rąk" jest najlepszą z powieści kierowanych do młodzieży jaką przeczytałam w ostatnich latach. Akcja dzieje się kiedyś w przyszłości. Na świecie prawie nie ma ludzi, a ci nieliczni muszą zadowalać się życiem w odciętej od reszty świata enklawie, ogrodzonej wysokim ogrodzeniem, za którym mieszkają Nieuświęceni. Ci, byli kiedyś ludźmi, ale na skutek infekcji przemienili się w żywe trupy, których jedynym celem jest zarażenie kolejnych ludzi. Przemiana w zombie, od momentu ugryzienia, do chwili zmiany w nieczułą bestię, trwa nie dłużej niż 2-3 dni. Niestety nie ma żadnego antidotum. Mary jest nastolatką, wierzy w to, że za wysokim płotem i za lasem istnieje inny świat. Jej głowę wypełniają marzenia o oceanie, który zna z opowieści przekazanych jej przez matkę. Jednak nie ma możliwości sprawdzenia co kryje się za lasem, ponieważ wypełniony on jest Nieuświęconymi, którzy dzień i noc stoją przy siatce, próbując sforsować barierę oddzielającą ich od ludzi. Po utracie matki, dziewczyna trafia pod kuratelę Sióstr, które sprawują władzę w osadzie. Ich prawo jest jedynym znanym mieszkańcom i nie ma od niego odwołania ani odstępstw. Najważniejszą zasadą współżycia w tej grupie jest poświęcenie, a nie miłość. Od pokoleń osada żyje według reguł narzuconych przez Siostrzeństwo. W momencie, gdy Nieuświęceni przedzierają się do osady, pustosząc ją całkowicie, nieliczni uratowani muszą nauczyć się dokonywać autonomicznych wyborów. Mary oraz kilkoro jej przyjaciół, w tym przyszły mąż, jego brat i uratowane dziecko uciekają ścieżką, na którą dotychczas nie mieli wstępu... To mroczna książka, z pogranicza horroru, fantasy i sensacji. Trzyma w napięciu jak mało co. Ale pod warstwą emocji związanych z ucieczką, skrywanymi przez Siostrzeństwo tajemnicami i sercowymi rozterkami bohaterów, kryje się prawdziwa siła książki. Polega ona na doskonałej umiejętności opowiadania historii, stopniowaniu emocji, wytworzeniu bliskiej relacji między czytelnikiem a bohaterką powieści. Rewelacyjnie przedstawione są postacie, każda z nich żyje na kartach książki, czuje i myśli. Świat po zagładzie, wykreowany przez autorkę, jest miejscem ponurym, ale fascynującym poprzez swoją inność. Powieść niesie też za sobą więcej niż jedno przesłanie. Najważniejszym z nich jest to, że warto mieć marzenia i pragnienia. Warto dążyć do ich realizacji. Warto być sobą, bez względu na okoliczności. To wyjątkowa książka, którą polecam wszystkim, może nawet bardziej dorosłym niż młodzieży. Jestem pod ogromnym wrażeniem i czekam na kolejne dwa tomy powieści. Nie przegapcie jej!
Moja ocena: 6/6
czwartek, 05 maja 2011
Z ciemnością jej do twarzy, Kelly Keaton
Znak Emotikon, 2011 Liczba stron: 264 Siedemnastoletnia Ari próbuje dowiedzieć się czegoś o swoich biologicznych rodzicach. Przy wsparciu rodziny zastępczej, wyrusza samodzielnie na kilkudniową wyprawę w swoją przeszłość. W szpitalu psychiatrycznym dowiaduje się, że jej matka od dawna nie żyje, ale materiały, jakie tam otrzymuje poddają jej kolejne pomysły na dalsze poszukiwania śladów nieznanej rodziny. W pudełku z przedmiotami matki znajduje także list, w którym matka ostrzega ją przed niezidentyfikowanym niebezpieczeństwem i klątwą, która ciąży nad jej rodziną. Kierowana impulsem, Ari postanawia dostać się do Nowego Orleanu, miasta, gdzie się urodziła, obecnie zniszczonego przez szalejące huragany. Zanim jednak tam dotrze, ledwie uchodzi z życiem zaatakowana przez nieznanego sprawcę. Nowy Orlean, będący teraz własnością prywatną konsorcjum, w skład którego wchodzi dziewięć zamożnych starych rodów, jest miejscem niebezpiecznym. Miasto okryte jest złą sławą ze względu na ludzi tam zamieszkałych, obdarzonych różnymi magicznymi talentami oraz pogłoski o dziwnych wydarzeniach, które mają tam miejsce. Ari, wspierana przez nowo poznanych nastolatków, w tym zabójczo przystojnego i obdarzonego wieloma talentami Sebastiana, próbuje znaleźć informacje o klątwie oraz swoim ojcu. Wkrótce jednak okazuje się, że jej przybycie do miasta wprowadza wiele zamieszania, poszukiwana jest przez właścicieli Nowego Orleanu, jak i kogoś, kto próbuje ją zamordować nasyłając na nią obco brzmiących i wyglądających morderców. Powieść Kelly Keaton to rollercoaster emocji i zdarzeń. Klątwy, wampiry, półbogowie, boginie greckie, mitologiczne stwory i oswojone aligatory przewijają się w powieści wypełniając jej karty intrygami, opisami walk i czarami. A wszystko to w rytmie karnawałowej zabawy i parady Mardi Gras odbywającej się każdego roku w mieście. Przez wiele stron nie wiadomo kto jest w powieści dobrym a kto złym bohaterem. Nie brak w książce także wątku romantycznego, bo dwoje głównych bohaterów mocno ma się "ku sobie". Choć przeczytałam książkę błyskawicznie, to nie jestem jej wielką fanką. Chyba przede wszystkim ze względu na postać Ari, do której nie zapałałam sympatią - dziewczyna moim zdaniem jest niezrównoważona, popada w skrajne emocje, działa impulsywnie, i jak większość nastolatek uważa się za "dziwaka" - w zasadzie przede wszystkim z powodu swojego wyglądu. Ponadto połączenie postaci mitologicznych z wampirami i innego rodzaju freakami działa według mnie na niekorzyść. W tej powieści jest wszystkiego za dużo - stary opuszczony dom, cmentarz nad ranem, ceremonie voodoo, kazamaty w podziemiach, hipnotyczne wizje, magiczne sztuczki, sztuki walki i wiele innych motywów, które wszystkie autorka wrzuciła do jednej opowieści, w dowolny sposób je łącząc i mieszając. Na plus książce można przypisać ogromną energię, szybkie tempo zdarzeń, częste zwroty akcji, które zapewne przypadną do gustu młodszemu czytelnikowi.
Moja ocena: 3,5/6 |
Zakładki:
Wszystkie zamieszczone na blogu teksty i fotografie są chronione prawem autorskim - wykorzystywanie ich w całości lub we fragmencie bez mojej zgody jest zabronione.
2012
Czytam, bo lubię on Facebook Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
Wyzwania
Tagi
![]() Wypromuj również swoją stronę | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||