Wpisy z tagiem: historyczna

czwartek, 12 kwietnia 2012
Żony polarników, Kari Herbert

Carta Blanca, 2011

Liczba stron: 356

Wydaną wcześniej książką "Córka polarnika" Kari Herbert zabiera nas w podróż sentymentalną na Grenlandię do krainy, w której spędziła dzieciństwo - pokazuje w niej jakim przemianom uległ kraj skuty lodem, co wnieśli w nią polarnicy i jak wygląda współczesne życie Innuitów. Najnowsza jej publikacja pt: "Żony polarników" koncentruje się na historii odkryć geograficznych w rejonach polarnych bieguna północnego i południowego. Główny punkt ciężkości położony jest na żony znanych polarników, ale nie da się pisać o kobietach i przemilczeć dokonania ich sławnych mężów.

Dokonania Scotta, Shackletona, Peary'ego czy Franklina są znane, ale czy ich losy potoczyłyby się podobnie gdyby nie mieli wsparcia ze strony kobiet? Trudno odpowiedzieć na te pytania, warto jednak poczytać o roli małżonek w eksploracjach polarnych. Żona Peary'ego, podobnie jak wiele lat później matka Kari Herbert, dała się w rejony polarne żeby być bliżej męża. Żona Shackletona wspierała jego starania i nie utrudniała rozstania powściągając negatywne emocje i strach, dbając o dzieci i robiąc dobrą minę do złej gry, gdy w domu zaczynało brakować pieniędzy.

Niejedna z nich była zdradzana przez mężów pozostających w ciągłych podróżach - zanim bowiem wyruszyli na koło podbiegunowe, polarnicy musieli zdobyć fundusze na wyprawę, co wiązało się z lobbowaniem i wykładami dla szerokich rzesz publiczności. Jedna z żon podsumowała, że na 23 lata małżeństwa spędziła z mężem zaledwie 3 lata.

Książka podaje dużo ciekawych informacji o wyprawach polarnych, wyścigu z czasem, swoimi słabościami, konkurentami w drodze po zaszczyty i sławę. W porównaniu do naszych czasów, kiedy wystarczy wystąpić w najbardziej szmatławym odcinku reality show, aby zyskać rozgłos, ci ludzie wspinali się na prawdziwe wyżyny heroizmu. Niektórzy z nich posuwali się jednak za daleko, a zdobycie bieguna stawało się dla nich obsesją, na którą nie było antidotum.

Najmniej podobały mi się rozdziały dotyczące matki pisarki, ponieważ spomiędzy wierszy spozierała na mnie jakaś newage'owa nawiedzona paniusia, szukająca pociechy w rozmaitych zabobonach. O Wallym Herbercie czytałam natomiast z niekłamaną przyjemnością, podziwiając jego hart ducha i pasję.

Z największym zdumieniem przyjęłam informacje o żonie Johna Franklina, która przez większość swojego życia oddawała się rozlicznym podróżom (a był to wiek XIX, kiedy podróż nie była komfortowa). Ponadto w późniejszym wieku zorganizowała ekspedycje ratownicze, kiedy utracono kontakt z członkami wyprawy na koło podbiegunowe. I choć zajęło jej to wiele lat, zdołała oczyścić imię swojego męża, którego ekspedycja zakończyła się fiaskiem i śmiercią całej załogi. To dzięki żonie, Franklin uznawany jest za bohatera a nie za nieudacznika, jakim w dużej mierze był.

Warto sięgnąć po tę poszerzającą horyzonty książkę o heroizmie tych, którzy odpływali, i tych, które zostawały same na polu bitwy o godność i dobre imię rodziny. Szkoda tylko, że książka zawiera niewiele fotografii. Szczerze polecam, podobnie jak:

CÓRKĘ POLARNIKA

Moja ocena: 5/6

wtorek, 21 lutego 2012
Vlad Dracula, Dariusz Domagalski

Bellona / Runa, 2011

Liczba stron: 352

Niezbyt dobrze odnajduję się w książkach historycznych. A przynajmniej tak do tej pory myślałam, ponieważ lektura "Vlada Draculi" sprawiła, że muszę zrewidować ten osobisty przesąd. Książkę czytało mi się wyśmienicie i żałowałam, że tak szybko się skończyła.

Czas akcji przypada na lata sześćdziesiąte piętnastego wieku. Po porażce w bitwie pod Warną kraje europejskie obawiają się inwazji niewiernych. Węgierski władca wysyła mały elitarny oddział Czarnych Legionów na Wołoszczyznę pod dowództwem Janosa Lechoczky'ego. Młody, choć doświadczony rycerz, ma nawiązać kontakt w hospodarem Wołoszczyzny Vladem Draculą i ocenić działania i politykę tego władcy, o którym krążą po Europie bardzo jednostronne opinie. Przypisuje się mu okrucieństwo i konszachty z samym diabłem. Węgierski władca rozważa jednak sojusz z Draculą i wspólną walkę z tureckim najeźdźcą. Czy posyła Czarne Legiony na pewną śmierć? Jakie przyjęcie czeka ich na Wołoszczyźnie? Czy uda się Janosowi wystarczająco poznać Draculę i motywy nim kierujące?

W książce aż gęsto od treści i akcji. Sceny bitew i potyczek odmalowane są z taką dokładnością i kunsztem, że niemal słychać szczęk oręża, rżenie koni, głuchy odgłos rozrąbywanych głów i okrzyki nacierających janczarów. Autor idealnie oddał nastrój i poczucie zagrożenia potęgowane nieprzychylnym krajobrazem tej niegościnnej krainy.

Na największą uwagę zasługuje jednak przedstawienie postaci Draculi. Dowódca Czarnych Legionów bardzo szybko odrzuca stereotypowe myślenie o hospodarze Draculi. Obserwuje i rozmawia z nim, walczy ramię w ramię i poznaje lepiej samą Wołoszczyznę. Okazuje się, że nie można o Vladzie Draculi wypowiadać się jednostronnie - za każdym jego działaniem idzie jakiś zamysł, a okrucieństwo w stosunku do poddanych i wrogów nie jest celem samym w sobie, a sposobem na zachowanie ładu, porządku na tych ziemiach. I chociaż "oczy cierpną" kiedy czyta się opisy tortur, to żaden czytelnik po lekturze książki Domagalskiego nie waży się nazwać Draculi wampirem.

Tak jak wspominałam na wstępie żałowałam, że książka dobiegła końca. A zakończenie daje również dużo do myślenia. Polecam, przede wszystkim tym, którzy uważają, że książki historyczne są nudne. Ci, którzy mają przeciwne zdanie, na pewno są już po lekturze "Vlada Draculi."

 

Moja ocena: 5/6

środa, 13 kwietnia 2011
Wyspa kanibali, Nicolas Werth

Znak literanova, 2011

Liczba stron: 290

Lata trzydzieste w Związku Radzieckim przebiegały bardzo burzliwie. Wpływ na procesy społeczne wówczas zachodzące miała przede wszystkim polityka Stalina narzucająca rolnikom powszechną kolektywizację, wysokie normy produkcji przekraczające ich możliwości oraz proces oczyszczania dużych miast z "elementów zdeklasowanych i szkodliwych społecznie". Kto zaliczał się do tego niechlubnego grona? Przede wszystkim tzw. kułacy, którzy wywodzili się głównie z byłych posiadaczy ziemskich, osoby zajmujące się handlem, osoby bez stałego meldunku, byli przestępcy, włóczędzy, żebracy. Wszystkie te osoby przymusowo wywożone były na tereny Syberii, by osiedlać nieprzyjazne okolice. Nie trzeba dodawać chyba, iż tak ogromne przedsięwzięcie było skazane na porażkę.

Przesiedleńcom nie zapewniono najbardziej niezbędnych narzędzi, żywności, ciepłych ubrań. Spiętrzały się problemy logistyczne w obozach pośrednich, z których wysyłano transporty w głąb kraju.  Na skutek zaniedbań wiele osób zapadało na choroby, umierało z głodu, chłodu i wycieńczenia. Ci, którzy dotarli na miejsce przeznaczenia byli albo zbyt słabi by zająć się stawianiem baraków i organizowaniem obozowiska w środku lasu, albo też brakowało im do tego motywacji. Wielu próbowało uciec, inni koczowali w ziemiankach, licząc na opiekę państwa, które skazało ich na pobyt w syberyjskiej tajdze. Służby odpowiedzialne na miejscu za logistykę i wyposażenie osiedleńców w niezbędny sprzęt były niezbyt liczne, brakowało im autorytetu, naglił czas, kolejne przybywające z Moskwy i Leningradu transporty z tysiącami wygnańców zawężały pole działania. Wszystko to złożyło się na przyczyny tragedii, do której doszło na wyspie Nazino - od 1933 roku nazywanej Wyspą Kanibali.

Grupa ponad 6 tysięcy osób została przewieziona na niewielką wyspę na rzece Ob bez odpowiedniego zaopatrzenia w żywność, leki, ciepłe ubrania czy sprzęt niezbędny do postawienia baraków zapewniających dach nad głową. Spadająca poniżej zera temperatura, brak dostępu do żywności, nieudolność strażników oraz szerząca się anarchia doprowadziły do zachowań nieludzkich na wyspie. Oprócz aktów kanibalizmu, do których dopuszczali się wycieńczeni ludzie, dochodziło do samosądów, a także nadużywania władzy przez wyposażonych w karabiny i pistolety nielicznych strażników.

W czasie lektury nie sposób nie myśleć o nieludzkiej machinie władzy, która nie dość, że wysysała z ludzi wszystkie siły i środki, to jeszcze dopuszczała do sytuacji, w których życie człowieka nie miało najmniejszego znaczenia. Najważniejsze w tym kraju były i są normy, które należy wykonać, a najlepiej przekroczyć. Absurdalne i horrendalne są fragmenty dotyczące odgórnie narzuconych norm dotyczących likwidacji "elementów niepożądanych". Nadgorliwi wykonawcy egzekucji częstokroć zwracali się do przełożonych z prośbą o zwiększenie norm. Podobnie było w przypadku oczyszczania miast z niechcianych tam mieszkańców - aby sprostać normom organizowano regularne łapanki, w wyniku których deportowano dzieci, przyjezdnych, czy osoby, które nie zabrały ze sobą dokumentu potwierdzającego tożsamość. Człowiek w ZSRR nie znaczył wiele, na pewno nawet w połowie nie był tak ważny jak górnolotne a niewykonalne plany polityków. To smutna ale prawdziwa książka, rzetelnie udokumentowana pod względem historycznym. Obnaża mechanizmy władzy, pokazuje w jaki sposób budowane było imperium radzieckie i pośrednio wskazuje przyczyny upadku Związku Radzieckiego.

 

Moja ocena: 5/6

niedziela, 06 marca 2011
W oblężonym Leningradzie, Aleś Adamowicz & Danił Granin

Bellona, 2011

Liczba stron: 201

Odkąd przeczytałam rewelacyjne "Madonny Leningradu", w których sporo miejsca zajmuje wątek dotyczący życia w oblężonym mieście, chciałam dotrzeć do jakiejś książki pokazującej ten sam okres, ale z punktu widzenia historyka. Okazja nadarzyła się po dość długim czasie. Bellona niedawno wydała książkę, w której autorzy zebrali wspomnienia osób mieszkających w Leningradzie w 1941 i 1942 roku, kiedy to miasto odcięte było od reszty kraju.

Historykom udało się dotrzeć do trzech dzienników prowadzonych przez leningradczyków w najtrudniejszym okresie wojny. Ludzie ci nie znali się ani nie wiedzieli o swoim istnieniu, każde z nich pragnęło zostawić ślad po sobie i po czasach, których być może nikt nie będzie po wojnie pamiętał.

Gieorgij Kniaziew był wówczas dojrzałym, pięćdziesięcioletnim mężczyzną, naukowcem poruszającym się na wózku inwalidzkim. Prawie przez cały czas trwania blokady Leningradu pracował w Archiwach Państwowych i z pomocą coraz bardziej zmiejszającej się grupy ludzi dbał o zbiory, pracował naukowo i starał się dać świadectwo wydarzeniom z życia jego małej rodziny oraz znajomych.

Jura Riabinkin miał 16 lat, mieszkał z mamą i sporo młodszą siostrą. Początkowo chodził do szkoły, jednak gdy głód stał się bardziej dotkliwy nauka stała się zbyt trudna dla niego. Jura opisuje codzienne życie młodego człowieka, stanie w niekończących się kolejkach, nadzieję, na ewakuację z miasta oraz warty polegające na alarmowaniu mieszkańców o upadku bomb zapalających w pobliżu budynków mieszkalnych i użyteczności publicznej.

Lidia Ochapkina spisała swoje wspomnienia już po zakończeniu okupacji miasta. Pisała z potrzeby serca. Lidia, żona żołnierza, pozostała w Leningradzie z dwójką małych dzieci. Opisuje jak trudno było zapewnić im opiekę oraz zdobywać żywność. Wspomina chwile, gdy została okradziona z kartek na żywność przez współlokatorkę oraz bezradność matki, która obserwuje jak nikną jej dzieci.

Fragmenty dzienników trzech głównych bohaterów uzupełnione są wspomnieniami innych ludzi, mieszkańców miasta. Obraz, jaki sie wyłania z tych opowieści, wcale nie jest rezygnacją ani poddaniem, choć tego właśnie spodziewałabym się po takiej lekturze. Przeciwnie, zapiski tych trojga ludzi tchną nadzieją na poprawę losu, na przetrwanie i wyjazd z miasta. Nadzieja ta podtrzymywała wycieńczonych ludzi przy życiu. Jednakże wielu z nich nie doczekało ani ewakuacji ani nawet nadejścia wiosny - okrutnie niskie temperatury, racjonowanie żywności i jej niedostępność zabiły setki tysięcy ludzi w zamkniętym mieście. Czytanie tych wspomnień uzupełniło mój obraz blokady Leningradu, pokazało życie w odciętym mieście z punktu widzenia jego mieszkańców. A nieliczne wyjaśnienia faktów przez historyków tylko uzmysłowiły skalę problemu.

 

Moja ocena: 5/6

piątek, 06 sierpnia 2010
Saszeńka, Simon Montefiore

Wydawnictwo Magnum, 2008

Liczba stron: 438

Monumentalne dzieło Simona Montefiore trudno jednoznacznie sklasyfikować. Po części jest książką historyczną oddającą ducha komunistycznej Rosji i przemian, które rozpoczęły się na dobre w 1916 roku. Po części jest romansem. Zawiera też elementy powieści obyczajowej i sensacyjnej. Czy takie zamieszanie wyszło książce na dobre?

Saszeńa jest córką bogatego Żyda, którego bogactwo otwiera drzwi do najwyższych zaszczytów i znajomości w carskiej Rosji. Dziewczyna jednak nie chce korzystać z przywilejów swojej klasy - fascynuje ją bowiem zaszczepiony jej przez wuja bolszewizm i walka klasowa. Już jako szesnastolatka pomaga z działalności konspiracyjnej, za co trafia do carskiego więzienia i pod obserwację szpiegów państwowych. Po okresie przemian Saszeńka i jej wysoko postawiony w partii robotniczej mąż cieszą się względnym spokojem w nękanym przez czystki kraju. Sam Stalin zaszczyca ich swoją uwagą. Oddani ideałom, o które walczyli zdają się nie dostrzegać okucieństwa i niesprawiedliwości w państwie rządzonym twardą ręką. Są do tego stopnia zaślepieni, że wręcz pochwalają terror, jako narzędzie pozbywania się wrogów partii.

Niestety, ich życie ulega nagłej odmianie i popadają w niełaskę. Czym sprowadzają na siebie uwagę Berii i czekistów żądnych jakichkolwiek obciążających zeznań? Saszeńka wie, że niełatwo będzie wywinąć się maszynie państwowej, postanawia ratować dzieci...

Losy Saszeńki i jej potomków pokazują rozmiar zniewolenia umysłów przez bolszewickie państwo. Naiwność tych ludzi i oddanie się fałszywym ideałom powodują u czytalnika bunt i złość. Saszeńka walcząca przeciw własnym rodzicom, fabrykantom, przedsiębiorcom, ludziom żyjącym w luksusie, po kilkunastu latach staje się podobna im - przyjmuje od partii luksusowy dom, niczego jej nie brakuje, może korzystać z przywilejów niedostępnych zwykłym ludziom. Zakłamanie, fałsz i obłuda to typowy syndrom tego państwa. Moralny relatywizm tej bohaterki i zatracenie przez nią obiektywnej oceny rzeczywistości sprawiły, iż nie umiałam się z nią identyfikować, ani jej współczuć. W koncu dostała od Rosji to, o co walczyła. Jeśli już to współczułam całemu narodowi, który otrzymał tak wiele zła, dla którego każda zmiana rządzących była zmianą na gorsze.

Czy polecam tę książkę? Sama nie wiem. Myślę, że wielu osobom się spodoba. Ja jestem nią jednak trochę rozczarowana, choć przyznaję, że pozostanie we mnie obraz komunistycznego państwa, które uderza z równą mocą w swoich twórców, jak i przeciwników.

 

Moja ocena: 3,5/6

piątek, 28 maja 2010
Heliogabal wnuk Mezy, Ewa Nowacka

Wydawnictwo Nowy Świat, 2010

Liczba stron: 335

Chociaż pojawia się na okładce i w tytule książki, Heliogabal nie jest jej główną postacią. Heliogabal to marionetka, chłopiec wyniesiony do rangi bóstwa, niedojrzały wyrostek bawiący się w cesarza. Nie jest lubiany ani popularny. Na swoją opinię zapracował sobie urządzając homoseksualne orgie, otaczając się przystojnymi doradcami pochodzącymi z nizin społecznych, narażając się senatorom, przesadnie strojąc w damskie fatałaszki. Zepsuty, grymaśny, rozpuszczony, nie jest w stanie zrozumieć roli władcy i poddaje się woli babki Julii Mezy, której ambicje sprawiły, iż czternastoletni chłopiec stanął u steru cesarstwa.

Główną bohaterką jest Julia Meza, ambitna, przebiegła, niezwykle inteligentna, zdeterminowana kobieta, która całe życie dąży do zdobycia władzy. Szybko okazuje się, że sama władzy nie posiądzie. W takiej sytuacji Meza doprowadza do uznania jej wnuka za cesarza, by za jego plecami pławić się w rozkoszy, jaką daje jej rządzenie cesarstwem. To kobieta wyrachowana, wyzuta z ciepłych uczuć, zamknięta w sobie, okrutna, nieludzka. A jednocześnie przyciąga w niej determinacja oraz inteligencja.

Książka opowiada o kolejach cesarstwa rzymskiego nie koncentrując się tylko na latach panowania Heliogabala, lecz przedstawiając sytuację polityczną kraju w latach poprzedzających objęcie władzy przez Mezę. Napisana jest w formie wspomnień Julii Mezy, przeplatanych kronikami przedstawiającymi postaci wcześniejszych cesarzy oraz wywiadami ze współczesnymi, którzy analizują zachowanie oraz stan zdrowia Heliogabala na podstawie znanych informacji.

Mnie ujęło przedstawienie cesarza jako przypadku godnego analizowania przez psychologa, psychiatrę, pedagoga. Podobało mi się bezstronne przedstawienie Julii Mezy. Nauczyłam się czegoś o mechanizmach rządzących cesarstwem. Ewa Nowacka dokonała sprytnego połączenia powieści historycznej z psychologiczną. Dlatego też książkę polecam tym, którzy nie przepadają za powieściami historycznymi i tym, którzy lubią czytać o minionych czasach.

 

Moja ocena: 5/6

| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Wszystkie zamieszczone na blogu teksty i fotografie są chronione prawem autorskim - wykorzystywanie ich w całości lub we fragmencie bez mojej zgody jest zabronione.
2012

Lubię czytać
Czytam, bo lubię on Facebook
Spis moli
Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
Wyzwania
Czytam, bo lubię

Wypromuj również swoją stronę