Wpisy z tagiem: reportaż
czwartek, 26 kwietnia 2012
Czarnobyl Baby, Merle Hilbk
Carta Blanca, 2011 Liczba stron: 262 Jak wygląda strefa wykluczenia po upływie dwudziestu lat od momentu wybuchu? Czy prawdziwe są pogłoski o zmutowanych gatunkach zwierząt i nieurodzajnych, spalonych promieniowaniem glebach? Jak radzą sobie ludzie mieszkający w bezpośredniej bliskości najbardziej napromieniowanych rejonów? Co sądzą o przyczynach i skutkach katastrofy? Takie pytania stawiałam sobie przed otwarciem książki. Na takie pytania chciałam znaleźć odpowiedź - chciałam poczuć klimat miejsc dla mnie niedostępnych. Odpowiedzi nie znalazłam, a jeśli już, to tylko szczątkowe.
Autorka książki jest z pochodzenia Niemką. Od momentu wybuchu aż do teraz i ona, i jej rodacy czują się przytłoczeni świadomością o zagrożeniach i przeżywają strach przed radiacją. Stosują odpowiednią dietę, celowo unikając niektórych produktów, starają się monitorować ewentualne skutki napromieniowania. Ten strach przed Czarnobylem jest motorem działań autorki. Jadąc na Białoruś, próbuje stawić czoła swoim koszmarom. Na miejscu wybiera się na teren reaktora i próbuje poznać życie i światopogląd Białorusinów mieszkających tuż przy granicy z Ukrainą. To, co ją przeraża, przez Białorusinów kwitowane jest wzruszeniem ramion. Oni żyją dniem dzisiejszym, nie myślą o wybuchu, radioaktywności, ponieważ to, czym muszą się martwić jest bardziej namacalne. Ich problemem jest teraźniejszość. Przyziemne problemy dotyczące tego, co włożyć do garnka i jak przetrwać kolejny dzień, z kolei nie za bardzo docierają do wychowanej w dostatku Niemki. Ten brak porozumienia na poziomie postrzegania zagrożenia objawia się również wówczas, gdy obserwujemy wzajemne relacje Merle i jej dużo młodszej białoruskiej przewodniczki. Układ pomiędzy kobietami jest co najmniej dziwny - Niemka chciałaby w Białorusince znaleźć powierniczkę, przyjaciółkę. Białorusinka, choć stara się być miła, postrzega przybyszkę w kategoriach materialnych. Po wybuchu reaktora Niemcy zorganizowali pomoc dla białoruskich dzieci, zapraszając je do siebie na wakacje. To, a także różnice kulturowe i materialne sprawiło, że praktycznie wszyscy mieszkańcy terenów przygranicznych mają do Niemców stosunek interesowny. Postrzegają ich jako źródło dochodów, co praktycznie uniemożliwia zawiązanie bliższych stosunków między przedstawicielami obu nacji. Co przynosi autorce pobyt Czarnobylu? Jest to symboliczne wkroczenie do swojego własnego piekła, które okazuje się być mniej straszne niż w wyobrażeniach. Trzydziestokilometrowa strefa wykluczenia przynosi więcej niespodzianek, ponieważ wykluczona jest tylko z nazwy. Wciąż pracują w niej ludzie, mieszkają miejscowi i przybysze z innych republik byłego ZSRR. Wstęp do niej, co prawda, nie jest legalny ale nikt w nim nie przeszkadza.
Czy podobała mi się ta książka? Miejscami tak, całościowo - nie. Za dużo tu niemieckich lęków, niemieckich ruchów społecznych, za mało Białorusi. Nie rozwinięto kilku ciekawych wątków dotyczących katastrofy. Wśród nich, na przykład, pozostaje kwestia wywożonych i sprzedawanych w innych rejonach na skalę masową samochodów i innych maszyn z terenów popromiennych. Brakuje informacji o codziennym życiu rodzin przesiedlonych. Autorka nie zdołała się zbliżyć do Białorusinów, nie poznała ich kultury i tożsamości narodowej. Od początku do końca książki jest obca, oceniająca i porównująca. Zbyt dużo w tych reportażach autorki, jej lęków i uprzedzeń, a za mało informacji o Czarnobylu dwadzieścia lat po wybuchu.
Moja ocena: 3/6 Zdjęcia dzięki uprzejmości www.opuszczone.com Zdjęcie pierwsze przedstawia diabelski młyn, który miał zostać oddany do użytku 1 maja 1986 roku. Drugie zdjęcie zostało zrobione w opuszczonym przedszkolu.
poniedziałek, 26 marca 2012
Cuba libre. Notatki z Hawany, Yoani Sanchez
WAB, 2010 Liczba stron: 221 Yoani Sanchez nie jest bohaterką. Nie robi nic nadzwyczajnego, a jej popularność wynika z tego, że pisze blog o swoim codziennym życiu. A jednak Yoani Sanchez jest bohaterką. I jest nią dlatego, że pisze blog o swoim codziennym życiu. Skomplikowane? Bez sensu? Zaprzeczam sama sobie? Otóż, nie! Bohaterką czynią ją okoliczności i miejsce zamieszkania. Yoani mieszka w Hawanie na Kubie, w państwie które zabrania obywatelom korzystania z internetu i pisania o prawdziwym życiu na wyspie. Blogerka umieszcza wpisy na swoim blogu dzięki podszywaniu się za turystkę i korzystaniu z internetu w hotelach. Yoani tak pisze o wizycie na targach książki, podczas których została poinformowana, że dostęp do internetu na stoisku firmy telekomunikacyjnej zarezerwowany jest tylko dla cudzoziemców:
Kuba, jak wszystkie państwa autorytarne, dba o swój wizerunek prezentowany na zewnątrz i filtruje informacje, te wypływające z wyspy i te docierające do Kubańczyków. Życie w ciągłym rozdwojeniu nauczyło mieszkańców sprytu i obchodzenia zasad. Zakupy żywnościowe dokonywane są na czarnym rynku, ponieważ sklepy świecą pustką, a to, co ewentualnie znajduje się na półkach nie jest przeznaczone dla zwykłych obywateli. Sytuacja nie do pozazdroszczenia i trochę podobna do PRL - owskiej rzeczywistości. Yoani opisuje to, co ją otacza, to, co budzi w niej sprzeciw. Nie atakuje nikogo, nie jest rewolucjonistką, ale za taką ją uważają, ponieważ ma odwagę opisać prawdziwą Kubę. Sam Castro poświęcił jej cały akapit swoich cotygodniowych rozważań, spotkała się także z wiele bardziej brutalnymi represjami. Podoba mi się to, jak pisze. Porusza ciekawe tematy, uświadamia potęgę systemu, pozwala zajrzeć za próg swojego domu i do swojej duszy. I tylko jednego nie potrafię zrozumieć. Yoani udało się wyjechać z synem do Europy. Przez jakiś czas mieszkała w Szwajcarii. Zdecydowała się jednak wrócić na Kubę. Sam powrót okazał się dużym problemem, ponieważ nie jest łatwo wrócić do kraju, który uznał cię za zdrajcę i wroga. Ona jednak się uparła. Po co tam wróciła? Do biedy, represji, beznadziei? Po co skazała swoje dziecko na edukację z telewizora, studia, które wybiorą mu nauczyciele i pusty żołądek? Czyżby nie miała już o czym pisać? Szkoda, że tak mało miejsca poświęciła epizodowi europejskiemu, może taka notatka wyjaśniłaby motywy jej postępowania. Zapoznajcie się z tą książką. Poznajcie kraj z rozdwojoną jaźnią. Warto!
Moja ocena: 5/6
niedziela, 11 grudnia 2011
Witamy w piekle, Dom Joly
Carta Blanca, 2011 Liczba stron: 277 Książka opatrzona jest podtytułem: "Wyprawy do miejsc odradzanych przez biura podróży". Dom Joly jest komikiem znanym z telewizji. Jego prześmiewczy program Trigger Happy TV jest bardzo popularny w Wielkiej Brytanii. Sam Joly pochodzi z Libanu, w którym się urodził i spędził pierwsze lata życia. Do tej pory w Libanie mieszka jego przyrodnie rodzeństwo, ale sam Dom, mimo egzotycznego pochodzenia i urody, jest na wskroś brytyjski. Komik postanawia zostać tanatoturystą (mrocznym turystą) i udać się w podróż do miejsc śmierci i katastrof odznaczających się szczególnie makabrycznym charakterem. Oprócz Czarnobyla, Dallas, Nowego Jorku i Kambodży jedzie również do Korei Północnej i Iranu - krajów reżimu totalitarnego. W sumie odwiedza sześć krajów. Wspomnienia i obserwacje zawarł w tej książce, a zdjęcia z podróży można obejrzeć na stronie Doma na Fejsbuku (TUTAJ i TUTAJ), aczkolwiek polecałabym najpierw przeczytać "Witamy w piekle". Dom pisze ciekawie, często ironicznie i prześmiewczo. Jednocześnie, dotyka spraw trudnych - problemu bezkarności oprawców armii Pol Pota w Kambodży, wyobcowania ludności Korei Północnej, ubóstwa tego kraju, absurdów do jakich dochodzi w tzw. strefie wykluczenia wokół Czarnobyla. Podczas każdej podróży stara się dotrzeć do miejsc odwiedzanych przez zwykłych mieszkańców. Nie jest to możliwe w Korei, gdzie grupie turystów na każdym kroku towarzyszy koreański przewodnik. Z początku wydawało mi się, że nie do końca będzie mi odpowiadał język reportażu, bałam się wtrąceń "komika" oraz niesmacznych dowcipów. Okazało się, że reportaże da się czytać i czerpać z lektury wiedzę i przyjemność. Tym bardziej, że wcześniej już poznałam literacko niektóre z opisanych przez Doma Joly miejsc. Joly zabrał mnie w fascynującą podróż w czasie do: Iranu - znanego mi: z rewelacyjnego komiksu "PERSEPOLIS" Marjane Satrapi, który opowiada o dzieciństwie w Teheranie lat osiemdziesiątych, z niezapomnianego reportażu Ryszarda Kapuścińskiego "SZACHINSZACH" oraz ciepłej opowieści o trzech irańskich siostrach na emigracji pt: "ZUPA Z GRANATÓW." Czarnobyla - znanego mi: z przejmującego albumu opatrzonego wspomnieniami fotografa Igora Kostina (CZARNOBYL. SPOWIEDŹ REPORTERA) Korei Północnej znanej mi: z komiksu "PHENIAN", w którym Guy Delisle opisuje i ilustruje swoje wrażenia z dwumiesięcznego pobytu w tym zamkniętym dla turystów kraju. Wszystkie zalinkowane powyżej lektury gorąco polecam, podobnie jak reportaż "Witamy w piekle", któremu wystawiam ocenę:
5/6
czwartek, 01 grudnia 2011
Kuna za kaloryferem, Adam Wajrak & Nuria Selva Fernandez
Agora, 2011 Liczba stron: 349 "Kuna za kaloryferem" to wydane w formie książki reportaże Wajraka, z których część (a może większość?) swoją premierę miała na łamach Gazety Wyborczej. Wszystkie teksty dotyczą zwierząt, które znalazły się pod opieką Adama Wajraka oraz jego partnerki Nurii Fernandez. Para ta zamieszkała na wsi w pobliżu Białowieży. Ich dom położony na skraju puszczy stał się przytułkiem i azylem dla dzikich zwierząt potrzebujących pomocy. Autor opisuje przezabawne perypetie z bandą bocianów, wydrą Julkiem, kunami, sowami, krukiem i wszelką zwierzęcą drobnicą. Jednak wychowywanie dzikiego zwierzęcia to nie tylko radość i zabawa. Zwierzęta, które trafiły do Teremisek nie miały innego wyjścia - były albo chore, albo straciły rodziców, żadne z nich nie zostało siłą zabrane ze środowiska naturalnego. Wajrak opisuje również rozmaite trudności. Karmienie młodych pokarmem jak najbardziej zbliżonym do naturalnego (posiekaną myszką, jednodniowym kurczaczkiem) co cztery, a nawet co dwie godziny może wyleczyć nawet najbardziej zafiksowanego miłośnika zwierząt z posiadania dzikiego bociana, jerzyka czy wydry. Jeśli jeszcze maluch je i przybiera na wadze, jest źródłem radości dla przybranego ludzkiego rodzica. Gorzej, gdy maluch niknie w oczach, choruje, odwadnia się. Takie tragedie nawiedzały również dom i zagrodę dziennikarza. Moją ulubioną historią jest ta o akcji ratunkowej mającej na celu wyłapanie osieroconych borsuczków. Trwające kilka dni warty przy wejściu do nory maluchów zakończyły się powodzeniem, chociaż wiele wskazywało na to, że dla sierotek może być za późno. Warto przeczytać jakim sposobem nakłoniono borsuki do opuszczenia norki.Uwielbiałam również czytać o psotach, zabawach i czarującej osobowości wydry Julka. Podczas lektury z jednej strony zazdrościłam autorom możliwości obcowania z takimi pięknymi i mądrymi zwierzętami, z drugiej strony, co chwila uświadamiałam sobie ogrom odpowiedzialności i obowiązków spadających na tych, którzy podejmują się trudnego zadania pomagania dzikim zwierzętom. Dużym atutem tego wydania są duże, piękne, kolorowe fotografie zwierząt. Polecam! To lektura dla każdego - małe dzieci chętnie posłuchają zabawnych fragmentów, starsze same przeczytają książkę od deski do deski i podobnie jak czytelnik dorosły, nie wypuszczą jej z rąk przed końcem.
Moja ocena: 5/6
niedziela, 25 września 2011
Supermarket Bohaterów Radzieckich, Jachym Topol
Czarne, 2005 Liczba stron: 78 Ostatnio jedna z amerykańskich blogerek książkowych zamieściła wpis pt: Książka prowadzi do książki. To właśnie "Supermarket Bohaterów Radzieckich" naprowadził mnie na powieść Stasiuka pt: "Jak zostałem pisarzem", ponieważ napisany został jako przedmowa do jej czeskiego wydania. Pierwotny tytuł to "Jak wędrowaliśmy do Stasiuka". "Supermarket" nabyłam w namiocie z książkami podczas pobytu nad morzem jako rezerwę na podróż, gdy wydawało mi się, że nie starczy mi książek przywiezionych ze sobą. Gdy jednak dobrze wczytałam się w opis na okładce postanowiłam najpierw zapoznać się z autobiograficzną powieścią Stasiuka, a potem zobaczyć co do powiedzenie ma jego czeski kumpel. Teraz, z perspektywy czasu widzę, że to było dobre posunięcie. Topol wraz ze swoimi kolegami literatami wybiera się na sentymentalną podróż do Polski w odwiedziny do Andrzeja Stasiuka, z którym znają się od lat. Mają przy okazji przeprowadzić z nim wywiad dla zainteresowanych czasopism czeskich. Panowie chcę mieć jak najbardziej egzotyczną i malowniczą podróż do Wołowca położonego przy granicy polsko-słowackiej, więc gdzie się da idą pieszo. Przechodzą przez góry i stołują się w małych przygranicznych miasteczkach poznając lokalnych świrów oraz historię tych miejsc. Suto zakrapiana alkoholem wyprawa dociera wreszcie, dość styrana na miejsce, gdzie jakoś brakuje czasu na przeprowadzenie zleconych wywiadów z Andrzejem. Topol pisze wyśmienicie - podobnie jak przy "Jak zostałam pisarzem" raz po raz parskałam śmiechem. Jednak wartość tej niewielkiej książeczki polega przede wszystkim na tym, co zostało opowiedziane o miejscach, przez które przechodziła międzynarodowa grupa literatów. Ten niewielki spłachetek ziemi miał bardzo skomplikowaną historię, w grobach leżą Polacy, Łemki, Niemcy, Ukraińcy służący w armii niemieckiej i Słowacy. W czasie wojny nie ominęły tego regionu walki, a ziemia przechodziła z rąk do rąk. Topol pochyla się nad tymi ludźmi i nad tą ziemią. Bo to nie dzięki alkoholowi pitemu w nienormalnych ilościach wyprawa się udała, ale dzięki miejscom, o których warto pamiętać. Taka mała książeczka, a tak dużo ważnej treści. Postanowiłam posprawdzać co jeszcze ma do zaoferowania współczesna literatura czeska, ponieważ moja wiedza o niej sprowadza się do Pawlowskiej, Viewegha oraz Kundery. Ponadto koniecznie powinnam poczytać "Duklę" Stasiuka.
Moja ocena: 4,5/6
poniedziałek, 25 lipca 2011
Mordercy w mauzoleach, Jeffrey Tayler
Carta Blanca, 2011 Liczba stron: 410 Jeffrey Tayler jest Amerykaninem od kilkunastu lat mieszkającym w Rosji. Jest również dziennikarzem i podróżnikiem. Wydaje książki ze swoich podróży po świecie. Podróż, o której mowa w tej książce, rozpoczęła się wiosną 2006 roku w Moskwie, a skończyła jesienią w Pekinie. Tayler przejechał trasę na wschód korzystając z różnych środków transportu, pociągów, taksówek, autobusów i zatrzymując się w miejscach, które z różnych powodów chciał bliżej poznać. Nie była to jego pierwsza podróż w tamte rejony, ale pierwsza tak szczegółowo udokumentowana. Tyler stara się jak najwięcej rozmawiać ze swoimi przewodnikami, osobami, które go goszczą oraz przygodnymi towarzyszami podróży. Posługuje się językiem rosyjskim, tureckim i chińskim. Interesują go poglądy mieszkańców byłych republik Związku Radzieckiego, na temat przemian w latach dziewięćdziesiątych, rządów Putina oraz spuścizny kulturowej danego regionu. Z wielu zanotowanych rozmów i obserwacji wyłania się smutny i trochę przerażający obraz mieszkańca Rosji. Prawie wszyscy tęsknią za czasami ZSRR, kiedy to państwo gwarantowało jako taki dobrobyt, a przynajmniej nie było widać rażących różnic w stanie posiadania - wszyscy mieli takie samo nic. Teraz biedni, którzy stanowią znaczną większość społeczeństwa pomstują na tych, którzy dorobili się majątków korzystając na reformach wprowadzonych przez Jelcyna. "Sowieci zaszczepili nam wszystkim przekonanie, że pensja się należy, czy się pracuje, czy nie. Jesteśmy za leniwi, żeby sie odrodzić, bo to oznacza pracę. Nikomu się nie chce pracować." To jeden z nielicznych rozsądnych i zdolnych do oceny głosów. Większość głównie narzeka, pomstuje na swój los, krytykuje Busha i chwali Putina oraz Stalina, który gdzie się nie obejrzeć uznawany jest za bohatera narodowego. "Stalin zrobił, co musiał. Żeby się zjednoczyć, Rosja potrzebuje silnego władcy." Tayler komentuje to w następujący sposób: 'W kontekście Rosji silny władca zawsze, bez wyjątku, oznacza siedzącego na tronie zabójcę, który w imię racji stanu likwiduje wszystkich ośmielających się sprzeciwiać narzuconej przez niego polityce, często bezsensownej i szkodliwej." Stąd też tytuł książki - mordercy czczeni są w mauzoleach w Moskwie, Pekinie i na terytorium Mongolii Wewnętrznej, gdzie znajduje się symboliczne mauzoleum Czyngis-chana. Wstrząsnęła mną jeszcze jedna wspólna cecha wszystkich bez wyjątku rozmówców Tylera - nienawiść na tle etnicznym. Mieszkające obok siebie narody (często sztucznie przeszczepione na dany grunt) wzajemnie sobą pogardzają. Aż dziw, że Rosją nie wstrząsają coraz to nowe wojny domowe. Jak żyć w takim kraju? Rosjanie dostosowują się do warunków, które pośrednio sami sobie stworzyli. Najlepszym sposobem na znieczulenie jest alkohol, spożywany przez wszystkich i wszędzie. Następnie - łapownictwo. W Rosji niczego się nie załatwi bez łapówki, a nawet odrobina władzy predysponuje człowieka do sięgania po pieniądze innych. I jeszcze poczucie humoru i podchodzenie do życia z humorem: "... jedyne podejście, jeśli chce się zachować zdrowie psychiczne w kraju, w którym wszelka nadzieja na reformy zgasła, ludzie bogaci to oszuści i złodzieje, ludzie ubodzy - gamonie i nieudacznicy, a oszustwo jest zinstytucjonalizowane." Jednak tak naprawdę nie ma się z czego śmiać. Mnie nie było do śmiechu. Książka dużo mnie nauczyła i wskazała problemy, o których nie miałam większego pojęcia. Polecam!
Moja ocena: 4.5/6
poniedziałek, 04 lipca 2011
Dzisiaj narysujemy śmierć, Wojciech Tochman
Wydawnictwo Czarne, 2010 Liczba stron: 151 Oburzenie, obrzydzenie, smutek, oburzenie, smutek, smutek, obrzydzenie, smutek, smutek, smutek... Chociaż o konflikcie w Rwandzie napisano i powiedziano już wiele, to dotychczas nie miałam aż tak emocjonalnego stosunku do rzezi Tutsi. Tochman sprawił, że to, co przeczytałam, zapisało się głęboko i boleśnie w pamięci. W swoich podróżach po tym niewielkim kraju, niewiele większym od przeciętnego polskiego województwa, dotarł do ludzi i miejsc głęboko naznaczonych bólem i śmiercią. Każdy w tym kraju jest albo ofiarą, albo potencjalnym sprawcą. Każdy kogoś stracił, choć nieliczni mogli pochować swoich zmarłych. Bestialscy mordercy albo pozostawiali niepogrzebane zwłoki, tam gdzie dokonali egzekucji, albo wrzucali zmarłych do zbiorowych mogił. Prawie jedna trzecia kobiet Tutsi została brutalnie i wielokrotnie zgwałcona. Część z nich nie dożyła 2010 roku - umarły na AIDS, choroby psychiczne związane z depresją oraz z powodu utraty ochoty na życie. Takie życie... Dzieci, sieroty, którym udało się cało wyjść z rzezi, otrzymują skromne wsparcie od rządu, pozwalające im na naukę. Przewodnikiem Tochmana po Rwandzie jest właśnie student, który w wieku dziewięciu lat stał się głową rodziny dla swoich młodszych braci. Skąd ta nienawiść w narodzie, który od wieków współegzystuje na tej samej ziemi? Czy przyczyniło się do tego kolonialne prawo, dzielące Rwandyjczyków na trzy grupy plemienne? Czy agresja została wywołana przez polityków? Czy mieszały w tym palce kraje rozwinięte, widząc w wewnętrznej wojnie sposób na ograniczenie przyrostu naturalnego? Jaką rolę w konflikcie odegrał kościół katolicki? Autor nie udziela odpowiedzi na te pytania, ale stara się przybliżyć różne punkty widzenia. Przytacza wypowiedzi ofiar i katów, osadzonych teraz w więzieniach. Dociera do Polaków, naocznych świadków wydarzeń. Rozmawia z osobami postawionymi na wysokich szczeblach władzy świeckiej, psychologami, psychiatrami. A wszystko, o czym pisze napawa smutkiem i niedowierzaniem, że do takiego okrucieństwa mogło dojść pod koniec XX wieku. Jeszcze bardziej boli to, że i teraz zdarza się w Rwandzie, że ofiara żyje na jednej ulicy ze swoimi oprawcami. Politycy natomiast dążą do wymazania tych wydarzeń z pamięci ludzkiej, troszcząc się bardziej dobre imię Hutu, niż o pomoc mordowanym Tutsi. Wstrząsające, oburzające i smutne, bardzo smutne...
Moja ocena: 6/6
czwartek, 17 marca 2011
Nocni wędrowcy, Wojciech Jagielski
WAB, 2009 Liczba stron: 330 Nocni wędrowcy pojawiają się w miastach z nastaniem zmroku. Idą w ciszy, wielką grupą, niosą ze sobą tobołki, które po rozłożeniu służyć im będą za posłanie. Ludzie lękliwie schodzą im z drogi, zdają się nie zauważać setek dzieci, które nocują w centrum miasta - na targowiskach, pod markizami sklepów, w wyznaczonych do tego halach. Z nastaniem świtu dzieci znikają w położonych dookoła obozach przesiedleńczych oraz wioskach. Dlaczego dorośli odsyłają swoje pociechy do miasta na noc? Ze strachu. Od lat lud Aczoli terroryzowany jest przez dziecięcych partyzantów kierowanych przez fanatycznego przywódcę. Ruch Armii Bożego Oporu pod osłoną nocy napada na wsie, by porywać dzieci w wieku 8-9 lat i młodszych nastolatków i wcielać ich w szeregi partyzantki. Dzieci albo podporządkowują się reżimowi grupy albo są zabijane. Podporządkowanie polega na całkowitym wyrzeczeniu się dotychczasowego życia. Młodzi ludzie ćwiczeni są w zabijaniu, torturowaniu, gwałtach. Młode dziewczęta oddawane są za żony komendantom partyzantów, aby rodziły im dzieci i zajmowały się domem. Dziecko w krainie Aczolich to osoba podejrzana, to być może ofiara i kat w jednym. Dzieci, którym udało się uciec z buszu poddawane są terapii w ośrodku, następnie odsyłane są do rodzin, które często wyrzekają się ich lub traktują podejrzliwie. Presja otoczenia i konfrontacja z rzeczywistością odbiegającą od dziecięcych wyobrażeń rodziny, sprawiają, że wielu z nich ponownie ucieka do buszu, który znają lepiej niż życie w rodzinie. Wojciech Jagielski sięga głębiej i pokazuje najnowszą historię Ugandy, kraju, który wstrząsany jest licznymi wojnami domowymi, który nie ma szczęścia do władców. Kilku ugandyjskich przywódców uznanych zostało za zbrodniarzy i ściganych było z ramienia Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. Uganda jest krajem, w którym nowoczesność zderza się z tradycją - rytuały plemienne są wciąż silnie zakorzenione w społeczeństwie, a ludność rozdarta jest między wiarę katolicką a wiarę w duchy przodków i siły natury. Reporter napisał mocno wstrząsającą książkę, która stawia pytania o odwieczny problem winy i kary. Czy to dzieci winne są masakrom popełnianym na ludności Ugandy, czy może winne jest społeczeństwo dopuszczające do tak wielkich wynaturzeń i kraj, w którym jedynymi argumentami politycznymi są maczeta, pałka i karabin? Czy to, że dzieci uczyniono mordercami można w jakikolwiek sposób usprawiedliwić? Jak pracować z byłymi partyzantami, którzy w obronie własnej mordowali na polecenie przywódców nie tylko obcych sobie ludzi, ale także członków rodziny oraz mieszkańców tej samej wioski? Czy takie dziecko jest bardziej ofiarą czy bardziej mordercą? Czy wystarczy powtarzanie im mantry "To nie twoja wina, nie twoja wina", by oczyścić ich sumienia? "Nocni wędrowcy" i moralne dylematy, przed którymi zostałam postawiona, długo jeszcze mnie nie opuszczą. Dodatkowo, utkwiło mi w pamięci silne przeświadczenie o trudzie pracy reportera. Na ten trud składa się nie tylko rozłąka z rodziną, niewygody podróży i przebywania w miejscach niebezpiecznych. To, o czym mówi Jagielski, to przejmująca samotność - po pobycie w jakimś opisywanym miejscu z reporterem zostają tylko historie oraz dziesiątki numerów telefonów w notesie. Reporter dotyka spraw, ale nie nadaje im biegu, nie wiąże luźnych sznurków. Zostawia sprawy by toczyły się swoim tempem. Gdy nachodzi go moment refleksji nad swoją pracą wie, że wielu ludzi czuje się zawiedzionych i wykorzystanych, ponieważ artykuł czy książka rzadko zmieniają cokolwiek. Polecam! Moja ocena: 6/6
środa, 24 listopada 2010
Marlene, Angelika Kuźniak
Wydawnictwo Czarne, 2009 Liczba stron: 193 Autorka książki skoncentrowała się na odnalezieniu akcentów polskich w liczącej kilkadziesiąt ton kolekcji przedmiotów należących do Marleny Dietrich, teraz zdeponowanych w Berlinie w celu skatalogowania i wykorzystania podczas wystaw dotyczących jej życia i twórczości. Ponadto autorka podkreśla i analizuje skomplikowane więzi łączące artystkę z Niemcami. Książka nie jest biografią Marleny Dietrich, jest próbą przedstawienia tej kobiety, artystki, matki, Niemki w czasach i miejscach, do których przynależała. Ostatnie strony książki w telegraficznym skrócie podają fakty związane z rozwojem kariery Marleny oraz najważniejsze wydarzenia z jej prywatnego życia. Dietrich dwukrotnie przyjechała na występy do Polski. Obie wizyty miały miejsce w latach sześćdziesiątych. Kuźniak dotarła do świadków tych wydarzeń, fotografii z pobytu Marleny w Warszawie oraz notatek samej artystki. Okazuje się, że Marlena Dietrich została przyjęta bardzo ciepło w Polsce, a świadkowie pamiętają jej perfekcjonistyczne podejście do pracy, obsesyjne sprawdzanie każdego szczegółu występu oraz drażliwość na punkcie fotografii. Najmniej życzliwie wspomina ją fotograf, któremu artystka odmówiła zapłaty za, jej zdaniem, nieudane zdjęcia. Niemcy natomiast przyjęły Marlenę mniej entuzjastycznie, bilety na jej koncerty rozdawane były za darmo, by wypełnić salę. Skąd tak wielka niechęć jej rodaków? Wynikła ona z tego, że w czasie wojny Dietrich stanowczo sprzeciwiła się służeniu nazistom, a swoim śpiewem i występami wspierała wojska amerykańskie i inne armie walczące przeciw Hitlerowi. Powojenne Niemcy, choć same odcinają się od nazizmu, nie potrafią zapomnieć Marlenie jej decyzji, interpretując fakt wspierania strony przeciwnej, dążącej do jak najszybszego zakończenia wojny, jako zdradę narodu niemieckiego. Sama Dietrich uważa się za Niemkę, ale dość niechętnie wypowiada się o pomyśle przeprowadzki do Niemiec, czy tourne po tym kraju. Obraz Marleny, jaki zaprezentowała Angelika Kuźniak niezmiernie mi się podoba. Autora bowiem ani nie wybiela, ani na siłę nie pokazuje wad artystki, których oczywiście nie była ona pozbawiona. Książka pokazuje człowieka, a nie wielką artystkę. Pokazuje matkę, babcię, piosenkarkę, kobietę myślącą i wyrażającą swoje opinie, kobietę zakochaną i zauroczoną, kobietę próżną, ale niezłomną.
Moja ocena: 5/6
piątek, 17 września 2010
Młode Chiny, Krzysztof Kardaszewicz
Officyna Wydawnictwo, 2010 Liczba stron: 135 Krzysztof Kardaszewicz spędził w Chinach kilka lat. Owocem tego pobytu i zafascynowania tym państwem jest książka przybliżająca współczesne młode pokolenie Chińczyków, ich lęki, nadzieje, pragnienia i zainteresowania. Pokolenie to jest charakterystyczne ze względu na to, iż składa się z samych jedynaków. Od wielu lat bowiem Chińczycy mogą posiadać tylko jedno dziecko. Okazuje się, że Chińczycy są narodem hermetycznym nie tylko ze względu na specyficzną politykę państwa, ale głównie z powodu odziedziczonych i wpojonych zahamowań. Młodzi ludzie mają problemy z nawiązywaniem znajomości z przyjezdnymi. Tym bardziej, że reszta świata przybywająca do Chin nastawiona jest głownie na zysk, a nie na poznawanie mentalności, tradycji i kultury Chin. Sytuacja bieżąca łudząco przypomina tę z Szanghaju w czasach kolonialnych, kiedy Europejczycy egzystowali w swoistym zamknięciu na otaczającą ich kulturę azjatycką. Poruszyły mnie jeszcze dwie kwestie podniesione w książce – jedna z nich to delikatna sprawa uczuć. W Chinach zderzają się dwie mentalności – tradycyjna polegająca na kojarzeniu małżeństw przez rodziców i dziadków. Poszukiwanie odpowiedniego partnera dla potomka to przedsięwzięcie, w które angażuje się cała rodzina. Co na to młodzi ludzie? Próbują odciąć się od tego, unikają spotkań z rodziną, by nie odpowiadać na pytania o partnera i ślub, ale sami poświęcają sporo energii na znalezienie partnera przeszukując Internet lub ogłaszając się w sieci. Wyznacznikiem dobrej partii jest wykształcenie, dochód i pochodzenie. Miłość jest drugorzędna… Kolejną sprawą jest wykształcenie i wyścig szczurów, w którym startują niemal wszyscy młodzi ludzie. Chińska matura to okres kiedy cały kraj wstrzymuje oddech, rozstrzygają się bowiem wtedy losy nie pojedynczych ludzi lecz całych rodzin, które od lat inwestowały duże sumy pieniędzy w wykształcenie jedynaka. Liczba zdobytych na maturze punktów determinuje wybór uczelni, a w rezultacie przyszłą karierę zawodową i związane z tym zarobki. Egzamin ten to czas próby – sprawdza charakter, wiedzę i odporność na stres. Książka porusza wiele kwestii istotnych dla pobieżnego zrozumienia pokolenia młodych Chińczyków, obala stereotypy, przybliża problemy i radości młodych ludzi. Wyrywkowo ukazuje różnicę pomiędzy najmłodszym pokoleniem a ich rodzicami, uczestnikami i ofiarami rewolucji kulturalnej. Młode Chiny to państwo zmian, państwo młodych ludzi, którzy nie interesują się polityką, a skoncentrowani są na odniesieniu finansowego sukcesu w życiu. Dokąd zawiedzie ich ta ścieżka? Dowiemy się kiedyś.
Moja ocena: 4,5/6 |
Zakładki:
Wszystkie zamieszczone na blogu teksty i fotografie są chronione prawem autorskim - wykorzystywanie ich w całości lub we fragmencie bez mojej zgody jest zabronione.
2012
Czytam, bo lubię on Facebook Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
Wyzwania
Tagi
![]() Wypromuj również swoją stronę | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||