Wpisy z tagiem: literatura kobieca
niedziela, 27 listopada 2011
Nagie myśli, Iwona J. Walczak
Replika, 2011 Liczba stron: 344 Rzadko sięgam po książki tego typu. Bardziej wyciszają mnie kryminały niż sercowe perypetie i życiowe zakręty. Niemniej jednak pomyślałam, że ta powieść osadzona w Poznaniu, będzie moją towarzyszką w te dni, które od rana do nocy wypełniała praca. Liczyłam na lżejszą tematykę i miałam nadzieję poślizgać się po powierzchni powieści. Okazało się, że nie jest to takie oczywiste w przypadku tej książki, ponieważ autorka pokusiła się o dość wnikliwą analizę toksycznych relacji rodzinnych głównej bohaterki. Elżbieta, Becia, księgowa w Mieteksie, matka dwóch dorosłych synów, po uszy tkwi w bylejakości. Pieniędzy ledwie starcza od pierwszego do pierwszego. Wisi nad nią widmo zwolnienia z pracy. Roszczeniowy mąż, z którym nic ją już nie łączy, jest bezustannie bezrobotny. Dom, który dzielą z jej matką, sypie się ze starości. Jednym za największych utrapień Beci są relacje z matką - okropną heterą, która od dzieciństwa traktowała starszą córkę jak utrapienie i piąte koło u wozu. Nawet po latach stosunki miedzy kobietami nie uległy poprawie. Jedynie synowie nie przysparzają jej większych problemów, chociaż relacje między nią i tym żonatym również nie należą do najserdeczniejszych. Becia szuka ucieczki od szaroburego świata wiecznych utarczek i pretensji. Pisze blog, marzy o lepszym życiu, tanio kupuje namiastkę luksusu, czyli stylowe bibeloty na aukcjach w internecie, stara się nauczyć asertywności. Ostatni z wymienionych przeze mnie punktów zupełnie jej nie wychodzi, bo cała rodzina i wszyscy znajomi przyzwyczaili się już do tego, że Becia zrobi, załatwi, wykona i długo nie będzie dopominała się o zapłatę. I choć uwiera ją ten beznadziejny świat, nie potrafi wyjść z kręgu zobowiązań i powinności, stawiając innych ponad własne dobro i zdrowie. Kiedy Becia poznaje Juliana ma okazję zakosztować życia, o którym zawsze tylko marzyła. Dobrze sytuowany Julian otacza ją opieką, jest dla niej podporą. Czy Elżbieta będzie umiała rozstać się z toksyczną rodziną? Z jednej strony szkoda mi było Elżbiety, znalazła się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Z drugiej strony wciąż zdawałam sobie sprawę, że sama doprowadziła się do takiego stanu - ponownie przyjęła pod dach męża obiboka, dobrowolnie wprowadziła się do matki, która nieustannie jej ubliżała. Trudno współczuć komuś kto wciąż dokonuje złych wyborów i nie uczy się na błędach, a nawet pielęgnuje toksyczne związki nie przeciwstawiając im się z całą swoją mocą. Nie zżyłam się z tą bohaterką i było mi obojętne jak potoczą się jej losy. Irytowała mnie konstrukcja powieści - ponad połowa książki przedstawiała kolejne odsłony rodzinnych relacji bohaterki i kolejne niepowodzenia w pogodzeniu wyobrażeń o idealnej familii z brutalną rzeczywistością. Moim skromnym zdaniem, starczyłaby połowa przykładów, aby rozeznać się w ciężkiej sytuacji Elżbiety i poznać jej marzycielską stronę osobowości. Dodatkowe przykłady nieszczęść spadających na bohaterkę nie pogłębiały również portretu psychologicznego tej postaci. Niewątpliwym atutem jest otwarte zakończenie powieści. Jaką naukę wyciągnie bohaterka ze swoich doświadczeń? Jako „znawczyni” natury ludzkiej śmiem sądzić, że żadnej.
Moja ocena: 3,5/6
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Bez przebaczenia, Agnieszka Lingas-Łoniewska
Novae Res, 2010 Liczba stron: 338 Dawno żadna lektura nie wzbudziła u mnie tylu emocji jak "Bez przebaczenia". Przyznam, że podeszłam do niej podejrzliwie, bo tak mam w zwyczaju postępować z książkami, które zbierają entuzjastyczne recenzje. Poza tym odstręczała mnie od niej wyjątkowo nieudana okładka. W rezultacie książka przeleżała kilka miesięcy zanim doczekała się swojego czasu. W tragicznym wypadku drogowym Paulina Litwiak traci matkę i przyrodniego braciszka. Osiemnastolatka trafia pod opiekę ojca, którego nigdy wcześniej nie poznała. Przeprowadza się do odległego o kilkaset kilometrów miasta. Ojciec Pauliny jest wysokim rangą zawodowym żołnierzem - córkę traktuje jak szeregowca, cały czas udowadniając jej jak niewiele jest warta. Osamotniona dziewczyna nie ma gdzie szukać pociechy. Na szczęście na jej drodze staje przystojny, starszy od niej Piotr, w którym zakochuje się bez pamięci. I nawet to, że Piotr jest również zawodowym żołnierzem, nie jest dla niej przeszkodą. Miłość Pauliny jest odwzajemniona, ale dziewczyna wciąż wątpi w swą atrakcyjność, a jej niska samoocena prowadzi do wielu mniejszych lub większych dramatów. Na drodze Pauliny i Piotra staje mnóstwo niedomówień, przykrych zbiegów okoliczności, nieżyczliwych osób oraz porywcze charaktery obu kochanków. Ich rozstania i powroty nigdy nie są definitywne. I tak to się kręci przez całą książkę, to wracają to odchodzą od siebie, chociaż od początku wiadomo, że ta para jest sobie pisana. Chwilami można przypuszczać, że Paulina i Piotr są jacyś niejarzący, bo generalnie ludzie uczą się na błędach, a ta dwójka jakoś nie. Skoro raz i drugi pokłócili się, bo czegoś nie zdołali sobie wyjaśnić, to za trzecim razem wypadałoby dać sobie szansę, by po chwili śmiać się ze swojego zacietrzewienia. Tak więc książka to miks namiętnych zbliżeń dwóch kochanków oraz pełnych pretensji rozstań. Dla mnie to była trochę droga przez mękę - dawno nie zdarzyło się, bym miała tak krytyczny stosunek do jakiejś książki. A z drugiej strony ... nie potrafiłam jej odłożyć (choć domownicy gorąco mnie do tego namawiali, znużeni słuchaniem moich jęków). Miłosna historia tych dwojga ludzi zaciekawiła mnie w pewnym stopniu, poza tym chciałam przekonać się czy do samego końca autorka będzie komplikować losy Pauliny i Piotra. I tak właśnie było, niezbadane są pomysły tej autorki... Chyba jestem już za stara na takie historyjki, bo ani mnie nie wzruszają, ani nie rozczulają. Rozterki miłosne nastolatek i dwudziestolatek polecam paniom w tym właśnie wieku.
Moja ocena: 3,5/6
czwartek, 09 grudnia 2010
Kudłata, Dorota Berg
Prószyński i S-ka, 2010 Liczba stron: 312 Dla przywrócenia równowagi między ciemną a jasną stroną życia sięgnęłam po "Kudłatą" Doroty Berg, reklamowaną jako powieść antydepresyjną. Mniej więcej raz na 2-3 miesiące mam ochotę na coś lekkiego, przewidywalnego i z happy-endem, więc powieść ta wpisała się w moje aktualne potrzeby. Jej fabuła jest bardzo schematyczna - rozwódka 30+, z dziećmi, wspierana przez przyjaciółki prze przebojowo przez życie, a jej egzystencję zmącić może co najwyżej pojawienie się zjawiskowego mężczyzny. Fabuła nie do końca współgra z opisem z okładki, w którym to czytelnik informowany jest o tym, że bohaterka dzielnie dźwiga się z najgorszych opresji i nieszczęść. Tych niezbyt miłych dla Kudłatej, czyli Wiktorii, zdarzeń jest naprawdę niewiele, bo od momentu rozwodu i znalezienia dobrej pracy jej życie układa się przez wiele lat naprawdę wzorcowo. Świetnie radzi sobie z dziećmi, pomagają jej rodzice, a przyjaciółki w każdy piątek organizują sobie wieczorek, podczas którego płynie wino, łzy radości i łzy smutku. Wiktoria to wulkan energii, kreatywności, werwy życiowej, która pomaga jej odnaleźć się w wielu sytuacjach. Cięty język oraz wrodzona złośliwość nie raz komplikują jej życie. Wiktoria nosi w sobie także pewną mądrość życiową, która sprawia, iż nie szuka na siłę partnera ceniąc sobie swoją wolność oraz szanując wrażliwość dzieci. Miłość, jak można się domyślić, przyjdzie do niej niespodziewanie. Dorota Berg pisze w sposób zajmujący, chwilami zabawny, lekko i ku pokrzepieniu serc. Jak przystało na książkę antydepresyjną rozdziały opisujące życiowe dramaty są maksymalnie zwięzłe. Autorka nie napawa się smutkami bohaterki, tylko płynnie przechodzi ku rozwiązaniu problemów i rozpisuje szeroko nad siłą i wyjątkowością przyjaźni między kobietami oraz urokami macierzyństwa. To typowa kobieca książka, która spodoba się czytelniczkom Moniki Szwai czy Katarzyny Grocholi.
Moja ocena: 4/6
sobota, 30 października 2010
Klara, Iza Kuna
Świat Książki, 2010 Liczba stron: 296 Czy z dobrej aktorki może być dobra pisarka? Czy jej powieść zabierze mnie w nieodkryte dotąd rewiry? Czy pokaże mi rzeczywistość z innego punktu widzenia? Takie pytania zadawałam sobie przed przystąpieniem do lektury "Klary". Już mniej więcej w połowie książki wiedziałam, że odpowiedź na postawione wcześniej pytania brzmi NIE. Z poczucia odpowiedzialności za swoje słowa doczytałam książkę do końca. Klara, Wronka i Piotr to troje życiowych rozbitków, którzy oprócz siebie liczyć mogą jeszcze tylko na whiskey, dżin i koniak. Mimo prawie czterdziestki na karku zachowują się w sposób skandalicznie i żałośnie histeryczny. Klara nie przestaje płakać przez całe trzysta stron i łapać się przy tym za brzuch. Powodem do płaczu nieodmiennie jest jej kochanek Aleks, który od lat nie potrafi odejść od żony i nieustannie miota się pomiędzy miłością do Klary a poczuciem obowiązku wobec żony i dzieci. Wronka, najbliższa przyjaciółka Klary, wciąż zakochuje się w kim innym, zawsze w jakichś popaprańcach. Piotr, miota się z opcji homo w opcję hetero i wciąż na nowo roni łzy za kochankami, którzy od niego odeszli. Ostatnią osobą dramatu jest matka Klary, wiecznie niezadowolona z córki i wybierająca się na tamten świat w zadziwiającą regularnością co kilkadziesiąt stron. Gdy dodamy do tego szpital, w którym co chwilę ktoś z bohaterów ląduje i liczne omdlenia Klary i Wronki oraz utraty świadomości Aleksa bedziemy mieli kompletny obraz książki. Całość książki ma postać bardzo krótkich rozdziałów napisanych dialogiem. Czyta się je błyskawicznie. Kartki aż furkoczą od ich przekładania, bo czytający ma nadzieję znaleźć wreszcie coś, co będzie punktem zwrotnym beznadziejnej egzystencji Klary, która choć przedstawiona jest jako ostatnia sierota i nieborak, radzi sobie w życiu zawodowym (nieokreślonym w powieści) zadziwiająco dobrze, czego dowodem są markowe ciuchy, które nosi. Kto liczy na punkt zwrotny czy jakąkolwiek odskocznię od schematu: łzy, alkohol, telefon, sen ten na pewno nie wyrobi do końca książki. Książka wypadła znacznie poniżej moich oczekiwań - mazgajowatość bohaterów, ich opijstwo oraz emocjonalna niedojrzałość przyprawiały mnie o zgrzytanie zębów. Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wydawnictwa Świat Książki.
Premiera książki 10 listopada. Moja ocena: 3/6
niedziela, 26 września 2010
Klub Matek Swatek, Ewa Stec
Wydawnictwo Otwarte, 2010 Liczba stron: 394 Czym zajmuje się Klub Matek Swatek? Jak wskazuje nazwa zajmuje się swataniem, robi to profesjonalnie i dyskretnie, tak, aby osoba swatana nie zorientowała się, że to nie los podsyła jej idealnego kandydata lub kandydatkę na partnera życiowego. Klub prowadzą trzy przyjaciółki, którym pomysł na otwarcie firmy podsunęło samo życie - każda z pań musiała pomóc znaleźć męża lub żonę swojemu potomstwu lub dziecku przyjaciółki. Pewnego dnia panie postanawiają wziąć w swoje ręce los Ani, trzydziestoletniej nauczycielki, córki Beaty. Ania właśnie kupiła swoje pierwsze mieszkanie i wyprowadziła się z rodzinnego domu, wzbudzając w Beacie pokłady kumulowanych od dawna uczuć - od poczucia winny aż po rozdzierającą serce troskę o przyszłość jedynej córki. Postanawiają więc wtajemniczyć Beatę w arkana swojego fachu i wytypować dla Ani odpowiednich kandydatów. Jednak los płata przedsiębiorczym paniom figla, ponieważ na horyzoncie dobrowolnie pojawiają się dwaj przystojni i szarmanccy mężczyźni - Wiktor i Marek. Wiktor remontuje mieszkanie Ani, a Marek jest wnukiem starszej sąsiadki. Obaj panowie próbują zdobyć serce dziewczyny. Podboje sercowe nie stanowią jednak głównego wątku powieści. Główne skrzypce gra w niej wątek kryminalny - Wiktor twierdzi, iż jest tajnym agentem policji, a remont mieszkania Ani jest tylko kamuflażem dla jego prawdziwego zadania - obserwacji mieszkania, które wcześniej służyło za dziuplę dla największego gangstera. Powodowane menopauzalnym niepokojem Matki Swatki niejedno skomplikują, namieszają, zepsują zanim sprawa do końca się wyjaśni i znajdzie swój finał na ... cmentarzu. I choć nieczęsto czytam tego typu powieści, "Klub Matek Swatek" dostarczył mi mnóstwo przyjemności, kilka razy rozśmieszył tak, że domownicy doświadczyli mojej radości z lektury, przede wszystkim jednak osłodził mi trudne dni powakacyjnego powrotu do pracy. Polecam książkę jako osłodę na słotne dni i chwilę oderwania od codzienności. Dialogi prowadzone przez przyjaciółki oraz prawdziwe perełki w postaci kwestii wypowiadanych przez babcię Ani rozchmurzą nawet najbardziej ponurych. Proza Ewy Stec powinna zostać wciągnięta na listę refundowanych leków przeciw depresji.
Moja ocena: 5/6
piątek, 20 sierpnia 2010
Stokrotki w śniegu, Richard Paul Evans
Znak, 2010 Liczba stron: 304 Autor we wstępie do powieści pisze o swoim nieustannym zachwycie "Opowieścią wigilijną" Dickensa, nic więc dziwnego, że fabułę swojej książki oparł na podobnym zamyśle. Evans nie ukrywa, iż "Stokrotki w śniegu" są wariacją na temat winy i jej odkupienia. A ostateczny efekt ma służyć pokrzepieniu serc. James Kier jest bezwzględnym, cynicznym biznesmenem działającym w branży nieruchomości. Swoje potężne imperium zbudował na sprycie, nieuczciwych zagraniach, nie licząc się z uczuciami osób, które wchodząc z nim w interesy niejednokrotnie straciły wszystko, co miały - łącznie z marzeniami, niewinnością, wiarą w ludzi. Podobnie postąpił ze swoją rodziną - zostawił żonę po wielu latach małżeństwa, z synem nie zbudował praktycznie żadnych innych relacji poza wrogimi. Respekt i szacunek jaki oddają mu znajomi i współpracownicy nie wynika z ich sympatii lecz z lęku przed Kierem. Czy jest coś co może cofnąć Kiera z obranej drogi życiowej? Pewnego zimowego dnia w prasie ukazuje się nekrolog Jamesa Kiera. Wszystkie media ogłaszają jego śmierć, a w internecie, w komentarzach pod informacją o zgonie potentata rozwija się dyskusja, w której internauci nie zostawiają na nim suchej nitki. Nekrolog okazuje się być pomyłką, ale James dowiaduje się prawdy o sobie. Trudno żyć z taką wiedzą, trudno stanąć twarzą w twarz ze współpracownikami, trudno przyznać się do tego, że jest się rzeczywiście takim, jakiego widzą inni. James postanawia odkupić choć część swoich win. W jego osobistej krucjacie pomaga mu lojalna sekretarka. Bogata w wiedzę zaczerpniętą ze wstępu wiedziałam jakiego rodzaju powieści mogę się spodziewać. Nie jest to typ literatury, który preferuję, ale książka bardzo mnie wciągnęła, być może właśnie dlatego, że wiedziałam w jakim kierunku potoczy się historia. Przeczytałam ją na jednym oddechu, w jeden wieczór, powstrzymując się od złośliwych komentarzy i chłonąc tę trochę naiwną historię. Evans pisze prostym językiem, lekko, bez sztuczności, nadęcia i udawania, iż książka jest wielką literaturą. Nie ukrywa swoich zamiarów i chęci natchnięcia czytelnika nadzieją i wiarą w możliwość odkupienia. To typowa powieść świąteczna, bo takim akcentem kończy się opowieść. Czytanie jej w sierpniu to trochę osobliwe zajęcie, jednak ja wieszczę "Stokrotkom w śniegu" duże powodzenie na rynku wydawniczym pod koniec roku kiedy to planowane jest jej wydanie. W końcu nawet tacy twardziele jak ja chcą czasem przeczytać i popłynąć z nurtem jakiejś inteligentnie napisanej bajki dla dorosłych.
Moja ocena: 4,5/6
poniedziałek, 19 lipca 2010
Ogród wiecznej wiosny, Cristina Lopez Barrio
Wydawnictwo Otwarte, 2010 Liczba stron: 340 Dawno nie czytałam żadnej sagi rodzinnej. Z tym większą przyjemnością zanurzyłam się w barwnej opowieści o kobietach, które przez wiele pokoleń walczą z przeznaczeniem i klątwą, objawiającymi się w każdym kolejnym pokoleniu. Każda z kobiet rodzących się z nazwiskiem Laguna skazana jest na jedyną w życiu, a zarazem nieszczęśliwą miłość. Każda z nich kocha raz i głęboko cierpi z powodu swojego uczucia. Każda też rodzi dziewczynkę, już w momencie narodzin skazaną na ból tragicznego uczucia. Clara Laguna otrzymuje od swojego ukochanego Czerwony Dom położony na wzgórzu w pięknym ogrodzie, który wraz z przybyciem pięknej brzemiennej wieśniaczki zakwita tysiącami stokrotek. Dom jednak staje się miejscem tęsknoty za mężczyzną, który porzucił ja na zawsze oraz narzędziem zemsty na nim. Clara zamienia rezydencję w luksusowy dom publiczny skazując siebie i kolejne pokolenia kobiet z rodu na potępienie i pogardę ze strony mieszkańców miasteczka. Kolejne pokolenia kobiet próbują na swój sposób radzić sobie z brzemieniem przekleństwa oraz hańby nałożonej na nie przez Clarę. Wszystkie kobiety Laguna zahartowane przez los bywają bezwzględne, nie wahają sie uciec do przemocy, sieją śmierć, zniszczenie, łamią serca, ale nie odwzajemniają uczuć. Zmieniają się czasy, lecz pewne rzeczy pozostają niezmienne. Trudno liczyć na zapomnienie, trudno wyrwać się z magicznego kręgu nieszczęśliwych miłości, złamanych serc, śmierci i cierpienia. Manuela - córka Clary najbardziej nie radzi sobie ze swoją sytuacją, pragnie zyskać szacunek, ale nie może go kupić korzystając z fortuny pozostałej po dobrze lokowanych przychodach domu schadzek. Swoje nadzieje oraz frustracje kumuluje na córce - Olvido. Olvido jednak bardzo różni się od swojej matki - łączy je jedynie pasja kulinarna, która to po wielu latach odrzucenia, przyniesie rodowi odrobinę szacunku w okolicy. Historia wciąga, przenosi do ukwieconego wonnego ogrodu na szczycie wzgórza, do Czerwonego Domu, w którym mieszają się wonie aromatycznych przypraw, dębiny, róż i wylanych łez. Na początku lektury przeszkadzały mi przeskoki w czasie, historie opowiadane pospiesznie, losy ludzkie podsumowane na kilkudziesięciu stronach, brak głębszej analizy postaci. Późnej historia zwolniła, wyostrzyło się spojrzenie na bohaterów, ich postępowanie i motywacje. A ja już nie umiałam oderwać się od książki. Inne opinie o "Ogrodzie wiecznej wiosny" znajdziecie pod tym LINKIEM.
Moja ocena: 4,5/6
niedziela, 20 czerwca 2010
Baleronowa ponad wagą, Anna Ślęzak
Wydawnictwo Nowy Świat, 2010 Liczba stron: 179 Pani Baleronowa jest trzydziestolatką, szczęśliwą i spełnioną, w związku z panem Baleronem. Para ta postanawia zrzucić zbędne kilogramy. Wzajemnie pilnują się i wspierają w postanowieniu, z tym, że to częściej trzeba wspierać Baleronową. Książka jest zapisem przeżyć głównej bohaterki skupionych nie tylko wokół diety. Oprócz utraty i odzyskiwania utraconych kilogramów autorka przedstawia typowe i mniej typowe rozterki trzydziestolatki. Te związane z wyrastaniem z ubrań, te związane z zazdrością o partnera, te związane z PMSem, hormonalnym rzewnym przesileniem, lekkością ducha, te związane z wieczorno-nocnymi damskimi rozważaniami w gronie koleżanek, oraz wiele innych. Choć dieta pojawia się w każdym niemal króciutkim rozdziale, nie jest to jednak suchy zapis spożytych kalorii oraz (brrr...) przepisów na dania kulinarne. Zmagania związane z walką z tłuszczykiem przemycone są w sposób zabawny, subtelny, z przymrużeniem oka. Mnie urzekł monolog, marzenia i obserwacje poczynione przez cebulę zamieszkałą na dolnej półce lodówki Baleronowej. Dodam jeszcze, że ubrania w jej szafie też nieźle potrafią plotkować na temat swojej właścicielki. Lektura to lekka, przyjemna, zakładam, że bliska sercu każdej kobiety. Bo nie ma chyba takiej, która by nie przechodziła przez dietę, a przynajmniej przez huśtawki nastrojów. Warto także zwrócić uwagę na artystyczne ilustracje wykonane przez autorkę.
Moja ocena: 4/6
piątek, 05 marca 2010
Tysiąc dni w Wenecji, Marlena de Blasi
Wydawnictwo Literackie, 2009 Liczba stron: 300 Wziąć? Nie wziąć? Trzy razy odkładałam książkę na miejsce zanim zdecydowałam się ją wypożyczyć. Pewnie w ogóle nie wzięłabym jej pod uwagę, gdybym w porę dostrzegła napis ukryty pod tytułem - "Zaskakujący romans". Napis ten odkryłam będąc w połowie książki... "Tysiąc dni w Wenecji" opowiada o Amerykance, rozwódce, w średnim wieku - szacuję na oko, po dorosłych dzieciach. Bohaterka tej książki oraz jej autorka jest szefem kuchni, restauratorką, pisze do magazynów o gotowaniu, recenzuje restauracje w fachowych pismach. Czasami dostaje zlecenia by opisać restauracje w konkretnym miejscu. W ten sposób kilkakrotnie przybywa do Wenecji. Podczas jednej z podróży do tego uroczego, lecz obcego jej miasta, spotyka mężczyznę, który wyznaje jej miłość. Nieznajomy przyznaje, że zakochał się w niej już wcześniej, lecz nie miał odwagi stanąć z nią twarzą w twarz. Po jednym dniu spędzonym razem, narratorka wyjeżdża do domu w Stanach. Wktórce odwiedza ją Wenecjanin, a podczas jego dwutygodniowego pobytu nawiązują romans i postanawiają wziąć ślub. Narratorka stawia wszystko na jedną szalę - sprzedaje dom, rzuca pracę i po pół roku wprowadza się do Fernanda i staje się Wenecjanką. Większa część powieści opisuje zmagania Amerykanki z powszednimi zadaniami - remontem, gotowaniem, poznawaniem ludzi, popełnianiem niezamierzonych gaf, zakupami oraz oswajaniem Wenecji. Mnie jednak najbardziej zainteresował wątek dotyczący niedopasowania tych dwojga ludzi, którzy przecież niemal sobie obcy postanwiają budować wspólne życie. Autorka nie skupia się za bardzo na swoich uczuciach, ale od czasu do czasu w tle pobrzmiewa początkowe rozczarowanie sytuacją w jakiej się znalazła oraz postwą człowieka, dla którego całkowicie zmieniła swoje życie. Przeraża ją kategoryczność i brak polotu u Fernanda. To książka o rozpoczynaniu wszystkiego na nowo, o tym, że nigdy nie jest za późno na bycie szczęśliwym i pogodzonym ze sobą, o tym, że warto czasem zaryzykować, by nie przespać swojego życia i swoich szans. Niestety, nie czyta się tego zbyt dobrze - jak dla mnie zbyt dużo tu wplecionych złotych myśli, które brzmią banalnie i nie na miejscu. Początkowe rozdziały rażą formą - czyta się je jak reportaż, nie jak powieść. Później jest znacznie lepiej, ale też bardziej ckliwie. No i ja nie lubię czytać o gotowaniu. W tej czynności nie ma dla mnie żadnej magii i nie podzielam pasji autorki. Na szczęście przepisy na potrawy nie zostały wplecione w treść, tylko zamieszczone w oddzielnym rozdziale na końcu książki, za co jestem wdzięczna i przez to podwyższam moją ocenę tej powieści.
Moja ocena: 4/6
czwartek, 05 listopada 2009
Siedem kolorów tęczy, Monika Sawicka
Wydawnictwo Magia Słów Liczba stron: 458 Okładka książki oraz jej tytuł przyciągają wzrok. Mój przyciągały już od dawna, więc chętnie zgodziłam się zrecenzować tę książkę na prośbę wydawcy. Czego się spodziewałam? Chyba przede wszystkim wciągającej, babskiej, trochę rzewnej historii o miłości. Okładka wszak sugeruje tematy damsko-męskie. Jakoś nigdy nie zajrzałam do książki przeglądając półki w księgarni, więc nie miałam pojęcia czego oczekiwać. Pierwsze strony powieści już zasiały we mnie niepokój odnośnie zawartości książki - autorka hojną ręką cytuje Coelho, Whartona, Wiśniewskiego i piosenkę Piaska - a to moje główne wyznaczniki kiczu w literaturze i sztuce. Każdy z wyżej wymienionych panów do perfekcji opanował granie na uczuciach i nadużywanie WIELKICH słów w przyziemnych kontekstach. Sawicka opowiada historie dwóch kobiet, obie pełne tragedii, śmiechu przez łzy i tak zwanej mądrości życiowej. Oba wątki nie łączą się ze sobą, choć historie w książce opowiadane są równolegle - jedna dotyczy kobiety opuszczonej przez męża po tragicznej śmierci ich młodszego dziecka, druga wakacyjnego romansu, który mógłby przerodzić się w coś więcej, gdyby nie pewne przeszkody. Szczególnie ta pierwsza historia ma duży potencjał, odpowiednio rozwinięta mogłaby stać się poczytną powieścią. W takiej formie, jak w "Siedmiu kolorach tęczy" traci jednak całą magię. Autorka uwzięła się na cytowanie, przytaczanie, pouczanie - długie fragmenty książki to: wypracowania szkolne prosto z sieci, wykłady o ezoteryce, streszczenia głupawych poradników, cytaty z Coelho, przydługie listy Sobieskiego do Marysieńki, przedrukowany reportaż o tureckich prostytutkach prosto z Wysokich Obcasów (czytałam, jak się tylko ukazał) itp. Jedną trzecią objętości książki zajmują zwycięskie utwory amatorów, którzy nadesłali swoje prace na konkurs. Powieść Sawickiej ma około 300 stron, z czego jakieś 200 to cytaty i streszczenia. Szkoda, że Sawicka zarzuca swoich czytelników inspiracjami, z których sama czerpie, ja wolałabym raczej poczytać, co autorka potrafi sama napisać, bo niewątpliwie ma dobre pomysły na fabułę.
Moja ocena: 2/6 |
Zakładki:
Wszystkie zamieszczone na blogu teksty i fotografie są chronione prawem autorskim - wykorzystywanie ich w całości lub we fragmencie bez mojej zgody jest zabronione.
2012
Czytam, bo lubię on Facebook Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
Wyzwania
Tagi
![]() Wypromuj również swoją stronę | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||