Wpisy z tagiem: noblista
niedziela, 15 stycznia 2012
Tristan, Tomasz Mann
Agencja Praw Autorskich i Wydawnictwo Interart, 1992 Liczba stron: 85 Bardzo dawno temu czytałam jedną powieść Manna pt: "Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla," która bardzo mi się podobała. Po wielu latach chciałam wrócić do twórczości tego Noblisty, ale nie czułam się i wciąż nie czuję się gotowa na przeczytanie "Czarodziejskiej Góry." Wybrałam zatem (z własnej półki!) tomik zawierający dwa opowiadania - tytułowego "Tristana" oraz "Nieład i wczesną udrękę." "Tristan" powstał na początku dwudziestego stulecia, a drugie opowiadanie ponad 20 lat później. W "Tristanie" mamy sanatorium dla niedomagających na płuca i inne schorzenia, do którego przybywa żona przedsiębiorcy i mieszczanina. Zachwyca się nią rezydujący na miejscu artysta, powieściopisarz, esteta. Kobieta traktuje go przychylnie i z sympatią. On sam popada w zachwyt nad jej urodą, manierami i talentami. Na przeszkodzie miłości stoi mąż jego wybranki - według artysty - ordynarny, grubiański fabrykant, który nie potrafi docenić wartości swojej żony. Powiem szczerze, że mam pewien problem ze zrozumieniem tego opowiadania. Według mnie pisarz był egzaltowanym idiotą, postrzegającym świat przez wąski pryzmat swojego światopoglądu. Jego wypowiedzi i zachowania upodabniały go do elokwentnego klauna. I tak też go traktowałam podczas lektury. Okazuje się jednak, że autorowi (prawdopodobnie) nie chodziło o satyrę na zadufanych w sobie artystów, tylko o pokazanie konfliktu między światem sztuki a światem konsumpcjonizmu. Zupełnie się rozminęłam z przesłaniem tego opowiadania. "Nieład i wczesna udręka" to obraz dość dobrze sytuowanej rodziny naukowca-historyka. Jego starsze, kilkunastoletnie dzieci urządzają w domu potańcówkę. Młodsze rodzeństwo kilkuletnia dziewczynka (oczko w głowie taty) i synek mogą przez pewien czas bawić się w pokoju z dorosłymi. Dziewczynka "zakochuje" się w jednym z kolegów starszego rodzeństwa, który dla zabawy tańczy z małą i dotrzymuje jej towarzystwa. Rozpacz dziecka po rozłączeniu jej z "wybrankiem" w porze pójścia do łóżka wywołuje u jej ojca ambiwalentne uczucia w stosunku do dziecka oraz "amanta." O wiele lepiej czytało mi się to opowiadanie, ale mam wrażenie, że ślizgałam się tylko po jego powierzchni, przyjmując treść, a nie docierając do jej znaczenia przemyconego między linijkami. Może drugie czytanie pomogłoby mi uchwycić luźne nitki i wysnuć jakieś wnioski, ale powiem szczerze, że nie chce mi się czytać drugi raz. Nie bardzo mi pasuje styl autora (a może tłumacza - Leopolda Staffa) - zdania są tak powykrzywiane i zagmatwane, że trzeba się w nie uważnie wczytywać żeby rozpoznać podmiot i orzeczenie. W ten sposób "Czarodziejska Góra" nie dostanie swojej szansy w najbliższym czasie.
Moja ocena: 3/6
niedziela, 02 października 2011
Mężczyzna i dwie kobiety, Doris Lessing
PIW, 2008 Liczba stron: 323 To będzie długi i szczegółowy wpis, bo tworzony na bieżąco w trakcie czytania. Przede wszystkim stworzyłam te zapiski ku mojej wygodzie, by lepiej zapamiętać to, o czym czytałam i by pomóc sobie w interpretacji niektórych opowiadań. Lojalnie uprzedzam, że mogą pojawić się spoilery... Zaliczona - podstarzały literat, który w życiu nie odniósł oczekiwanego sukcesu rekompensuje sobie swoje porażki licznymi podbojami seksualnymi. Nie mylić z miłością. Wyszukuje kobiety, które wyróżniają się spośród innych i robi wszystko, by je posiąść. I tyle. Jego kolejną zdobyczą ma być scenografka, która zyskała dość dużą popularność. Ależ ten gość jest irytujący, nachalny i obrzydliwy. Nawet nie bardzo próbuje się maskować wybierając sobie zdobycz. Bierność jego 'wybranki' zupełnie psuje mu wieczór. Ona natomiast zachowuje się z rezygnacją, wiedząc do czego zmierza jej nowy znajomy. Nie ułatwia mu, ani go nie zachęca, ale nie opiera się jakoś szczególnie. Ta obojętność i brak jakichkolwiek emocji zaskakują go bardziej niż groźba oskarżenia go o gwałt. Jemu przecież chodziło o podkreślenie swojej męskości i dopieszczenie spuchniętego ego. Kobieta na dachu - upalne lato. Trzech robotników wymienia rynny na dachu kamienicy. Jest bardzo gorąco, robota nie idzie. Zauważają opalającą się kobietę na innym dachu. Prawie naga, nikogo nie kokietująca, nie reagująca na ich zaczepki wzbudza w nich skrajne emocje. Najmłodszy z nich, siedemnastoletni chłopak marzy o niej i wyobraża sobie, że zostaną parą. Najstarszy wydaje się być obojętny, chętnie na nią patrzy, ale nie wyjawia swoich uczuć. Problem leży w tym, który niedawno się ożenił - ten zaczyna pałać nienawiścią do opalającej się nieznajomej. Obrzuca ją obelgami, wyraża się pogardliwie. Dlaczego? Problem leży w nim samym... Jak na dobre pozbyłam się serca - nie wiem za bardzo o czym to jest... Pani ok. 40 lat. Przeżyła dwie ważne miłości i wiele romansów. Liczy na kolejną ważną miłość. W międzyczasie serce wypada jej na dłoń i pozostaje tam do czasu, gdy nie ujrzy w metrze kobiety, której twarz wyraża tylko pustkę. Może to o depresji? Może o miłości homo? W każdym razie zupełnie mi nie leży to opowiadanie. Mężczyzna i dwie kobiety - Stella odwiedza swoich bliskich przyjaciół w domku na wsi, gdzie zaszyli się ma czas urodzenia i odchowania dziecka. Wszyscy są artystami, świetnie się dogadują. Oba małżeństwa wydają się być wzorowe, ale po urodzeniu syna Dorothy zaczyna oddalać się od męża. On również przekracza granice, które dotychczas były nienaruszone. Ich problem uświadamia Stelli, że i jej małżeństwo nie jest doskonałe, a to, co zgodziła się zaakceptować dla dobra związku uwiera ją bardziej niż chciałaby się przyznać. Pokój - pisarka wynajmuje mieszkanie. Urządza je by było bardziej przytulne. Nasłuchuje odgłosów z mieszkania starszego małżeństwa mieszkającego na górze. A pewnego dnia śni jej się sen - ten sam pokój, w którym mieszka, ale inne czasy... Nie wiem jak interpretować to opowiadanie. Jest zbyt krótkie, bym mogła się zżyć z bohaterką i patrzeć na świat jej oczami. Anglia przeciwko Anglii -syn górnika wyjeżdża na studia do Oksfordu. Praktycznie cała rodzina odczuwa skutki ekonomiczne drogich studiów najstarszego brata, a nim targają sprzeczne uczucia. Boi się, że zawali egzamin i wszystkich zawiedzie, źle czuje się z tym, że nawet jego młodszy brat - robotnik od kilku lat pracuje na swoje utrzymanie i planuje założyć rodzinę. Dołuje go fakt, że mimo wykształcenia nie ma nadziei na dobrą pracę. Najbardziej doskwiera mu to jak bardzo różni się od swojej rodziny - postrzega ją jako prostaków, ludzi ograniczonych, nie mających celu w życiu. Charlie znajduje się w połowie drogi między klasą średnią a robotniczą i pewnie nie zrobi kroku w żadną stronę. Tytuł opowiadania mówi bardzo wiele. Dwoje garncarzy - narratorka ma powtarzający się sen o garncarzu pracującym w małej, egzotycznej, biednej wsi. Opowiada ten sen swojej znajomej zajmującej się garncarstwem artystycznym. Światy garncarzy zaczynają się przenikać za sprawą małego króliczka z gliny, w którego garncarz tchnął życie... Nie lubię opowiadań, w których główną rolę odgrywa sen. Kobiety po przejściach - "Teraz po dwudziestu latach i jedenastu kochankach - mężczyznach wybitnych lub przynajmniej potencjalnie wybitnych - nadal miała seks i odwagę. Ponieważ jednak nigdy nie stawiała na pierwszym miejscu swojego talentu artystycznego, lecz zawsze dbała o rozwój kariery kolejnego mężczyzny, z którym żyła, co czyniła ze szczodrości serca (przypuszczalnie swojej najlepszej cechy), nie potrafiła teraz zarobić na życie. W każdym razie nie w takim stylu, do jakiego przywykła." Ten cytat mówi wiele na temat opowiadania. Spotkanie dwóch porzuconych kobiet, które cały czas przedkładały swoją wygodę i zależność od mężczyzny od własnego rozwoju, snując tylko mrzonki o własnym talencie. Obie nie umieją niczego więcej niż służyć ciałem mężczyźnie za odpowiednią gratyfikację finansową. Same chciały... Zero współczucia z mojej strony. Nasza przyjaciółka Judith - Judith jest prostolinijna i prawdomówna, chociaż jest poetką twardo stąpa po ziemi. Wyjazd do Włoch i przyjaźń z ciężarną młodą kotką wytrąca ją z równowagi. Zdaje sobie sprawę, że od bliskich jej tam osób dzieli ją stosunek do kota. Poruszające opowiadanie. Podsumowują je słowa: "Nie chodzi tu o odróżnianie dobra od zła. Dlaczego miałoby o to chodzić? Kim się jest - o to idzie." Wzajemność - opowiadanie o miłości brata i siostry - miłości w sensie fizycznym i emocjonalnym. Małżeństwo siostry i związek brata stanowią tylko przykrywkę dla prawdziwego uczucia. Czy możemy kochać tylko taką osobę, która jest do nas pod każdym względem podobna? Spotkanie z Izaakiem Bablem - trzynastolatka zauroczona o dwa lata starszym kolegą czyta opowiadania Izaaka Babla po to, by zbliżyć się do chłopca. Niewiele z nich rozumie. Ja niewiele rozumiem z tego opowiadania. Może powinnam najpierw poczytać Babla? Przed ministerstwem - społeczność afrykańska ma umówione spotkanie z brytyjskim ministrem. Przed wejściem do budynku ujawniają się różnice w poglądach czterech przedstawicieli. Jednak do ministra wchodzą wszyscy udając jedność. Nuda... Dialog - Kobieta odwiedza bliskiego sobie mężczyznę. Ten mieszka na ostatnim piętrze i nie wychodzi z mieszkania. Najlepiej czuje się w małym zaciemnionym pokoju, który jest jego pracownią i sypialnią. Po wyjściu kobieta znowu zaczyna czuć, że żyje, a uświadamia sobie potrzebę bycia z innymi wtedy, gdy trzyma w ręce zerwany z krzaka liść. Gdzieś tam przez głowę przemknęła mi myśl interpretująca to opowiadanie, ale już znikła, więc chyba interpretacja była do niczego. Zapiski do historii choroby Pokój numer 19 o tych dwóch opowiadaniach pisałam TUTAJ. Oba są świetne. Jedne z najlepszych w tym tomie. Oprócz nich wyróżniłabym również opowiadanie tytułowe i dwa pierwsze "Zaliczoną" i "Kobietę na dachu". Gdyby nie one, byłabym nieco rozczarowana. Bez wątpienia bardziej odpowiadają mi powieści Doris Lessing niż jej opowiadania.
Moja ocena: 4/6
piątek, 26 sierpnia 2011
Wyzwanie. Szczeniaki, Mario Vargas Llosa
Znak, 2011 Liczba stron: 144 Testosteron i macho. Te dwa słowa najtrafniej podsumowują treść opowiadań zaprezentowanych w tym zbiorze. Llosa prezentuje świat chłopców i mężczyzn, kobiety jeśli się pojawiają to tylko jako postacie drugoplanowe, choć często one są motorami działań facetów. Autor portretuje uczniów, którzy próbują przeciwstawić się władzy dyrektora szkoły i wszczynają szeroko zakrojony bunt, który kończy się tak nagle jak się zaczął. W tytułowym opowiadaniu 'Szczeniaki' widzimy obraz dorastających chłopców, z których jeden a skutek wypadku do końca życia pozostanie na marginesie życia. Przed sobą i światem próbował będzie udowodnić swoją wartość podejmując się najbardziej szalonych prób. Bohaterowie do ostatniej kropli krwi bronią honoru, swojego i swoich wybranek. Stąd też w opowiadaniach dużo przemocy, bójek, wymierzanej poza prawem sprawiedliwości. Męski świat macho tętni testosteronem i jest... odrażający. Pełen niepisanych zasad, w których miejscowi macho poruszają się jak ryby w wodzie. Przeczytałam wszystkie opowiadania z zainteresowaniem, ale brakowało mi w nich ciepła tak dobrze mi znanego z innych książek Llosy. Mam świadomość, że ciepło to wynika z tematyki powieści, a jego brak czy niedostatek ze specyfiki opowiadań. Llosa w krótkiej formie nadal jest jednak charakterystyczny i rozpoznawalny. Bawi się słowem i stylem, co szczególnie widać w najdłuższym w tomie opowiadaniu pt: 'Szczeniaki'. I choć niektóre zawarte w książce opowiadania już prawie umknęły mi z pamięci, to 2 lub 3 pozostaną za mną na dłużej.
Moja ocena: 4/6
poniedziałek, 08 sierpnia 2011
Złodziej i psy, Nadżib Mahfuz
PIW, 2007 Liczba stron: 127 Ostatnio przyszło mi do głowy, że jestem bardzo monotematyczna w czytaniu dzieł noblistów. Poruszam się pomiędzy Szymborską, Coetzee, Lessing i Llosą. Nie żebym znudziła się ich twórczością, bo wciąż jestem zachwycona literaturą w ich wydaniu i mam dalekosiężne plany związane z tymi nazwiskami. Pragnęłam jednak poznać kogoś spoza tego kręgu. W księgarni natknęłam się na książkę Mahfuza (Nobel 1988), którą czym prędzej przeczytałam korzystając z faktu, że ma niewiele ponad sto stron. Wydarzenia, które stanowią fabułę powieści mają miejsce Kairze. Said Mahran - człowiek z przeszłością (posługiwacz w akademiku, były cyrkowiec, samouk i złodziej) wychodzi z więzienia, do którego trafił, gdy został zdradzony przez człowieka, którego traktował jak przyjaciela. Said nie ma do kogo się zwrócić - jego żona i córka zamieszkały ze zdrajcą, jego majątek został roztrwoniony, przyjaciel - teraz znany dziennikarz, odwrócił się od niego. Said napędza się myślami o zemście. Wszystkie swoje poczynania podporządkowuje temu celowi. Choć książka obfituje wydarzenia, to do samego końca nie mogłam się wciągnąć w jej akcję. Saida nie polubiłam, nie poczułam sympatii do żadnego z bohaterów. Wszyscy byli płytcy, z pozoru religijni, zasłaniający się Allahem, ale postępujący całkowicie według swojego uznania. Brak mi wiedzy na temat sytuacji politycznej i społecznej Egiptu w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, która być może ułatwiłaby mi zbliżenie się do bohaterów. Czytałam tak, jak oglądam filmy lecące w TV, jednym okiem i bez emocji. Jednak doceniam to, co autor chciał przekazać na temat uniwersalnych wad ludzkich: zdrada i zemsta są ze sobą połączone; przyjaciele często okazują się być przyjaciółmi dopóki im to pasuje, a odwracają się gdy nie mogą już czerpać korzyści ze znajomości. Myślę, że sięgnę po jeszcze jakąś książkę tego autora. Wiem jednak, że małe są szanse na to bym zapałała miłością do literatury tego regionu - jest dla mnie zbyt odległa w sensie kulturowym i nasycona odniesieniami do Koranu (odniesienia do Biblii i Tory irytowałby mnie tak samo).
Moja ocena: 3,5/6
piątek, 15 lipca 2011
Z wizytą u Czesława Miłosza
Mieszkańcy Poznania mogli przez dwa tygodnie przesiadywać w pokoju Czesława Miłosza. Co więcej, mogli również czytać i pisać przy jego biurku, zdejmować książki z półek, włączać lampkę i słuchać wierszy czytanych przez samego autora. Na Starym Rynku stanęła przeszklona z trzech stron konstrukcja. Wielu ją mijało, patrzyło z zainteresowaniem, czytało informacje umieszczone przy wejściu, ale mało kto wchodził. Przyznam, że byłam tym zaskoczona, spodziewałam się bowiem, że w godzinach popołudniowych będziemy mieć problem ze zrobieniem zdjęć, ze względu na przesiadujących tam czytelników. Nic takiego nie miało miejsca...
W setną rocznicę urodzin pisarza, kilka instytucji postanowiło przybliżyć go szerszej publiczności. Pokój wygląda (ponoć) podobnie do gabinetu Czesława Miłosza, znajdującego się w Krakowie. Po wejściu najpierw przyciąga biurko, z szeroko otwartą książką, starym komputerem i swojskim kubkiem z niedopitą kawą.
Czy akurat Llosę, Huelle, Myśliwskiego i Szymborską czytał Noblista? Tego się nie dowiemy. Natomiast zorientowani od razu się domyślą, że event sponsorowany był między innymi przez wydawnictwo Znak, które nie tak dawno opublikowało "Biografię" i "Wiersze wszystkie" Czesława Miłosza. Mnie zafascynowała lupa, której autor używał do czytania. Ja również siedząc przy tym biurku przeczytałam wiersz posługując się tym szkłem powiększającym.
Potem zajrzałam do szuflad - praktycznie puste. Żadnych drobiazgów i tajemnic do zbadania ... :-) Aż wreszcie mój wzrok padł na stary wysłużony komputer. Położyłam palce na klawiszach i wystukałam parę słów. I choć nie wykrzesałam z siebie poezji, ponieważ jestem wybitnie prozaiczna, choć przez chwilę mogłam się poczuć jak prawdziwa pisarka.
Po odejściu od biurka nadszedł czas na przestudiowanie zawartości regałów. Same książki Znaku, część już mi znana. Szkoda, że nie mogłam zerknąć na prawdziwe regały Miłosza - jakie książki zgromadził, które były najmocniej zaczytane, w jaki sposób je układał, co trzymał pod ręką? Mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Ale na półkach były nie tylko książki - znajdowała się tam także reprodukcja Nagrody Nobla, którą polski poeta został uhonorowany w 1980 roku.
Na niższej półce pomiędzy książkami znajdowała się stara ikona.
Zanim stamtąd wyszłam usiadłam jeszcze raz przy biurku, bo usłyszałam z głośników wiersz czytany przez Miłosza. Nagranie to, jak się dowiedziałam, powstało 15 lat temu na spotkaniu Pen Clubu. Wiersz, którego chciałam wysłuchać to "Piosenka o końcu świata". Hipnotyzujące... i bardzo piękne. Przed wyjściem - wieszak. Przy nim stara, poobijana walizka. A na wieszaku - kapelusz. Skoro wszystkiego można dotykać i przestawiać, to należy z tego skorzystać.
A to jeszcze nie wszystko, ponieważ kontener, w którym powstał pokój Miłosza okazał się być dość niezwykły. Tylna ściana, niestety widoczna tylko dla ciekawskich, oglądających pokoik z każdej strony, pokryta była cytatami i wierszami Noblisty.
Kto przechodził i nie zajrzał do środka - niech żałuje. Kto przechodził i nie zauważył pokoiku Noblisty - niech żałuje. Kto nie wiedział o tej inicjatywie - niech żałuje. Na otarcie łez ta relacja i zdjęcia ;-)
wtorek, 12 lipca 2011
Lektury nadobowiązkowe (1973r.), Wisława Szymborska
Wydawnictwo Literackie, 1973 Liczba stron: 273 "Kiedyś na spotkaniu autorskim zapytano mnie, czemu zamiast pisać o literaturze pięknej zajmuję się omawianiem książek popularno-naukowych i przeróżnych przewodników. Odpowiedziałam wtedy, że publikacje tego typu nie kończą się nigdy ani dobrze ani źle i to jest to, co najbardziej mi się w nich podoba." I oto cała tajemnica nieprawdopodobnie zróżnicowanego doboru lektur Wisławy Szymborskiej. Drugą przyczyną, o której wspomina w treści felietonów, jest jej ciągła chęć poszerzania swojej wiedzy. Głód informacji każe jej sięgać po książki tak dalekie od siebie tematycznie jak - "Pismo chińskie", "Wypadki w domu" i "Terrarium". Autorka potrafi celnie wytknąć autorom i redaktorom błędy i niedopatrzenia. Przede wszystkim mało ma szacunku dla tematycznych antologii, które albo pomijają ważne dzieła, albo cytują je w skrócie i najczęściej stawiają grafomańskie wierszyki tuż obok Mickiewicza czy Słowackiego. Ponownie sporo wśród lektur Szymborskiej literatury dotyczącej starożytności - nowych przekładów dzieł greckich i rzymskich, a także biografii i autobiografii oraz dzienników osób związanych ze sztuką - aktorów, muzyków, malarzy. We wstępie do tego zbioru felietonów znalazłam fragment, który idealnie odnosi się do tematycznego misz-maszu panującego także na moim blogu: "Ciekawość kazała mi zawsze sięgać po książki najprzeróżniejsze: prócz tych, które jak długo poszukiwany skarb zdobywa się w księgarni, także i po takie, które przypadkiem wpadają w rękę. Mój smak czytelniczy nigdy nie wysublimował się do tego stopnia, żebym po lekturze dzieła o trwałej wartości nie mogła już powrócić do czytania książkowej drobnicy. Przeciwnie nawet, huśtam się z upodobaniem, to wzlatuję z zapartym tchem , to znów spadam z wielką emocją, a kto huśtawkę lubi , ten dużo (choć na pewno nie wszystko) moim felietonom wybaczy." Nie ma tu czego wybaczać, można tylko zachwycać się przenikliwością języka, poczuciem humoru i wspaniałymi dygresjami odsłaniającymi światopogląd poetki. Jestem tak zachłanna na te felietony, że nie mogę się opanować i czytam dotąd, aż dobijam do tylnej okładki. Nauczona doświadczeniem z dwoma poprzednio przeczytanymi tomami "Lektur nadobowiązkowych" chciałam tym razem dawkować sobie radość czytania. Ale gdzie tam, poległam... Zachowałam się jak rasowy -holik i wciągnęłam treść szybciej niż bym chciała. Szczęśliwie udało mi się wynotować kilka cytatów, którymi w swoim czasie się z wami podzielę.
Moja ocena: 6/6
środa, 18 maja 2011
Lektury nadobowiązkowe. Część druga, Wisława Szymborska
Wydawnictwo Literackie, 1981 Liczba stron: 238 Oczywiście zaczęłam swoją przygodę z felietonami literackimi Wisławy Szymborskiej od złej strony. Pierwszy przeczytany przeze mnie tom ukazał się jako ostatni. Teraz cofam się w przeszłość, czytając pozostałe wydane w formie książkowej felietony o książkach. Część druga "Lektur nadobowiązkowych" ponownie trafia idealnie w moje poczucie humoru i zainteresowania. Budzi się też we mnie zazdrośnik - chciałabym tak zajmująco pisać o książkach. Nawet o tych mniej udanych. Dziwi wybór lektur noblistki - od biografii i dzienników, poprzez książki historyczne, antologie poezji antycznej, po poradniki dotyczące pielęgnowania urody, bukieciarstwa i myślistwa oraz pozycje o świecie roślin i zwierząt. Przyznam, że ja nie sięgnęłabym po większość z tych książek... Musimy jednak wziąć poprawkę na czasy, w których ukazywały się te felietony. Lata siedemdziesiąte to okres, w którym wydawano niewiele książek, te które się ukazały musiały przejść przez cenzurę, a ich nakład rzadko był wystarczający do zaspokojenia popytu społeczeństwa spragnionego słowa pisanego. Zachwyca forma wypowiedzi oraz umiejętność puentowania, szczególnie książek, które Szymborskiej z różnych powodów nie przypadły do gustu. Autorka bowiem unika książek napisanych skomplikowanym językiem, których treść nie uzasadnia doboru słownictwa jakby prosto ze słownika wyrazów obcych. Ponadto autorka zwraca uwagę na jakość przekładu z języka obcego, co szczególnie ważne jest w tłumaczeniach poezji. Tym razem również przeczytałam wszystko od deski do deski rozkoszując się słowem, piękną polszczyzną, prostotą i klarownością, dowcipem i lekkością, z jaką Szymborska pisze o książkach. W przypadku tych felietonów, ich tematyka, czyli książka, o której jest mowa, staje się mniej ważna, na pierwszy plan wysuwa się przyjemność obcowania ze składnymi, ciepłymi zdaniami i niezłośliwym humorem poetki. Przede mną ostatni (czyli pierwszy) tom "Lektur nadobowiązkowych", na który niezmiernie się cieszę.
Moja ocena: 6/6
wtorek, 05 kwietnia 2011
Rymowanki dla dużych dzieci, Wisława Szymborska
Wydawnictwo a5, 2003 Liczba stron: 58 Odkąd przeczytałam gdzieś, że istnieje taka książka, w której Wisława Szymborska bawi się słowem i tworzy rymowanki, zapragnęłam ją przeczytać. Długo nie mogłam tej książki namierzyć, potem o niej zapomniałam. Kilka dni temu, gdy przeczesywałam półkę z poezją w mojej bibliotece w poszukiwaniu "Lektur nadobowiązkowych", namierzyłam i ten cieniutki tomik. Chciałam być subtelna, wyrafinowana i uwrażliwiona na piękno słowa, czyli czytać sobie po kawałku i cieszyć sie tymi małymi porcjami rymowanek. No i poniosłam sromotną klęskę na tym polu - gdy książkę złapałam wieczorem, trzymając już głowę na poduszce, tak odłożyłam ją dopiero po przeczytaniu wszystkiego od początku do końca, z indeksem osób włącznie. Szymborska podzieliła rymowanki i wierszyki na kilka grup. Pierwsze występują limeryki, które swoje istnienie zawdzięczają Brytyjczykom, choć świetnie sprawdzają się także przeniesione na grunt polski. Te zawarte w książce dotyczą różnych lokalizacji geograficznych oraz postaci znanych i nieznanych. Mnie wpadł w oko trochę frywolny limeryk o Mozarcie: "Raz Mozarta bawiącego w Pradze obsypały z kominka sadze. Fakt, że potem, w pół godziny, wymorusał aż cztery hrabiny, jakoś uszedł biografów uwadze." Kolejną grupą rymowanek są tak zwane moskaliki, czyli wierszyki o słusznej karze spadającej na osoby twierdzące coś przeciwnego do zdania sarmatów. Z tym, że kara ta, najczęściej w formie nagłej napaści fizycznej, zawsze spada na winnego w okolicach przybytku bożego: "Kto powiedział, że Hiszpanie noszą czasem jakieś buty, uzębionym być przestanie pod dzwonnicą świętej Ruty." Nurt kulinarny w twórczości poetki przyjmuje formę "lepiejów", dwuwierszy z akcentem przestrogi przed spożyciem podejrzanego dania : "Lepsza ciotka striptizerka, niż podane tu żeberka." Szymborska nie zapomina także o napitkach z grupy wyskokowych i przestrzega: "Od whisky iloraz niski, od śliwowicy torsje w piwnicy". To jednak nie wszystko, co można znaleźć w tomiku. Autorka zamieściła w nim podsłuchane rozmowy, wierszyki ku pamięci krakowskich notabli związanych z literaturą, wyklejanki własnego autorstwa oraz dwie strony na radosną twórczość czytelnika w duchu lepiejów i innych form zawartych w książce. I tu mnie Pani Szymborska złapała, zamiast więc zasnąć grzecznie po odłożeniu przeczytanej książki, do późnej nocy łamałam sobie głowę nad rymami, sylabami i limerykami...
Moja ocena: 6/6
wtorek, 29 marca 2011
Nowe lektury nadobowiązkowe, Wisława Szymborska
Wydawnictwo Literackie, 2002 Liczba stron: 150 Ilekroć wchodzę do mieszkania, w którym nigdy wcześniej nie byłam, ukradkiem albo otwarcie zerkam na półki z książkami. Nawyk ten wykształciłam w sobie już we wczesnym dzieciństwie, kiedy to podczas spotkań, w których brali udział moi rodzice, najlepszą dla mnie i dla nich opcją, było zostawienie mnie w pokoju z regałami. Takie działanie miało zalety i dla mnie, ponieważ czas upływał mi szybko na wertowaniu kolejnych tomów, i dla nich, ponieważ nie marudziłam, że się nudzę. W dobie internetu i blogów literackich bardzo łatwo jest podejrzeć to, co czytają inni, zapoznać się z wrażeniami z lektury, a nawet podyskutować o książce. Ja ponadto nie przepuszczam okazji na to, by poczytać o książkach w formie drukowanej. Stąd też nie mogłam ominąć wzrokiem "Nowych lektur nadobowiązkowych" Wisławy Szymborskiej. Felietony w niej zawarte drukowane były w latach od 1997 do 2002 roku na łamach Gazety Wyborczej. Zerknięcie na półkę Noblistki to nie lada przeżycie, pewnie niejeden z nas byłby w tym momencie bardzo onieśmielony. Poetka odkrywa śmiało przed czytelnikami zawartość swoich półek i treść lektur. I nie są to zazwyczaj takie książki, jakich ja bym się spodziewała. Przyznam, że przez lekturą oceniałam autorkę stereotypowo i dość niesprawiedliwie. Bo czy mogłabym się domyślić, że Wisława Szymborska przeczytała "Wzory wypracowań" albo poradnik jak leczyć choroby przy zastosowaniu minerałów i kamieni szlachetnych? "Lektury nadobowiązkowe" pełne są takich niespodzianek. Ponadto, w zakres zainteresowań poetki wchodzą biografie ludzi kina i innych artystów, książki historyczne, etnograficzne, naukowe, choć głównie takie, które skierowane są odbiorcy nie będącego naukowcem. Najbardziej zaskoczył mnie brak felietonów dotyczących literatury beletrystycznej, powieści oraz poezji. Raczej nie pokuszę się o czytanie większości książek omówionych przez autorkę felietonów, ale od czytania o tych książkach nie mogłam się oderwać. Szymborska pisze z lekkością i swadą, a każdy z jej felietonów staje się dla czytelnika tym najlepszym i najciekawszym. Nie umiałabym wybrać kilku artykułów, które najbardziej zapadły mi w pamięć, ponieważ każdy ma w sobie iskrę - pomysł, i fajerwerki - wykonanie. Na pewno w najbliższym czasie przeszukam biblioteki pod kątem wcześniejszych publikacji "Lektur nadobowiązkowych".
czwartek, 03 marca 2011
Wiek żelaza, J. M. Coetzee
Znak, 2004 Liczba stron: 212 Powieść ma formę listu, który główna bohaterka, wyniszczana nieuleczalną chorobą, pisze do swojej córki od wielu lat zamieszkałej w Stanach. Jej miłość polega na nie wzywaniu córki do kraju dręczonego przemocą i ukrywaniu swojego prawdziwego stanu zdrowia. Ma mimo tego świadomość, że ostatnie zapiski, jeśli dotrą do Ameryki, zaniosą ze sobą niepokój, brud i winę Południowej Afryki i zakłócą młodej kobiecie proces odizolowania się od swojej trudnej do kochania ojczyzny. To, co kobieta przeżywa w ostatnich tygodniach swojego życia trudno nazwać powolnym odchodzeniem. Choć pogodzona ze śmiercią, pragnie towarzystwa w momencie jej nadejścia. Dlatego też otacza opieką młodszego od siebie bezdomnego mężczyznę. Relacja między tymi dwojga jest bardzo skomplikowana - mężczyzna chętnie żeruje na dobroci starszej pani dając od siebie minimum zaangażowania. Dodatkowo w Kapsztadzie wybuchają krwawe zamieszki mające na celu wyzwolenie czarnoskórych mieszkańców z apartheidu. Nawet jej własny dom zmieni się w miejsce przemocy, a ona zaangażuje się w sprawę. Stan zdrowia nie pozwoli jej na nic więcej jak rozmowy z czarnoskórą pomocą domową oraz jej bliskimi. Uwagi jakie wygłasza oraz jej przemyślenia cechuje moralne zaangażowanie i odpowiedzialność za wydarzenia, które obserwuje w okolicy. Czym zatem według głównej bohaterki jest wiek żelaza? To czas, który dla nich nastał, gdy dzieci pozbawione są dzieciństwa, gdy podnoszą rękę na innych, gdy nie ma dla nich autorytetów: "Jakimi rodzicami oni będą, skoro nauczono ich, że czas rodziców minął? Czy można sobie wyobrazić, że przywrócony zostanie autorytet rodziców , skoro zniszczono w nas samo pojęcie rodzicielstwa? Kopią i biją człowieka dlatego, że on pije. Podpalają ludzi, i śmieją się widząc jak on ginie w płomieniach. Jak będą postępować z własnymi dziećmi? Do jakiej miłości będą zdolni? (...) Dzieci z żelaza, pomyślałam." To smutna i przejmująca książka łącząca w sobie cechy powieści politycznie zaangażowanej z opowieścią o umieraniu, samotności i miłości macierzyńskiej. Pisarstwo Coetzee jest szczere do bólu, nie szczędzi drastycznych opisów, nie lituje się nad czytelnikiem. Z każdą kolejną książką tego pisarza zastanawiam się nad jego stosunkiem do własnej ojczyzny. Jak można go nazwać, jakich słów użyć, by nie rozminąć się z prawdą - wstyd, zażenowanie, przywiązanie, nienawiść? Na pewno nie wyczerpałam wszystkich opcji wyłaniających się spomiędzy wersów powieści tego autora. Oczywiście, łatwo nie odpuszczę i dalej będę drążyć tę kwestię podążając szlakiem kolejnych powieści Coetzee.
Moja ocena: 5/6 |
Zakładki:
Wszystkie zamieszczone na blogu teksty i fotografie są chronione prawem autorskim - wykorzystywanie ich w całości lub we fragmencie bez mojej zgody jest zabronione.
2012
Czytam, bo lubię on Facebook Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
Wyzwania
Tagi
![]() Wypromuj również swoją stronę | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||