Wpisy z tagiem: dokumentalna
sobota, 19 maja 2012
Psychopath, dr Katherine Ramsland
Kindle edition Liczba stron: 69 Jeśli zastanowić się co mnie pokusiło żeby kupić tę książkę w wersji elektronicznej, to wynajdę kilka powodów: cena w Kindle Daily Deal, fakt, że przed nazwiskiem autorki znajduje się tytuł doktora oraz tytuł atrakcyjny dla czytelników kryminałów. Jeśli dodamy do tego opis, w którym mowa o analizie autentycznego przypadku, to sprawa będzie chyba całkowicie jasna. Nigdy wcześniej nie słyszałam o H. H. Holmesie - seryjnym mordercy grasującym w USA pod koniec XIX w. Autorka niniejszej publikacji opisuje wydarzenia, które przyczyniły się do ujęcia Holmesa, podającego się za lekarza oraz dochodzenie prawdy o tym człowieku, śledztwo i rozprawę sądową, podczas której zdołano doprowadzić do skazania aroganckiego psychopaty. Nie będę rozwodzić się nad metodami jego działania, powiem jednak, że sprawca zbudował hotel, wyposażony w komory śmierci, krematoria oraz sale tortur. Autorka, która z wykształcenia jest neurologiem, próbuje dowieść, że nieprawdą jest to, co zakładano w XIX wieku, czyli, że wygląd determinuje pewne zachowania. Dodaje jednak, że współczesna technologia, w tym tomograf i rezonans magnetyczny mogą pomóc zdiagnozować odchylenia w stronę psychopatii. Lektura była dość zajmująca, ale bardzo pobieżna. Rozumiem, że jej celem nie było analizowanie zbrodni Holmesa, jego zachowań, mataczenia oraz arogancji. Jednak spodziewałam się, że część poświęcona medycynie i neurologii będzie obszerniejsza, bardziej wnikliwa i naukowa. Niestety, publikacja jest bardzo amerykańska, w pejoratywnym znaczeniu tego słowa. Wewnątrz znajdziemy kilka obrazków - schematy mózgu, zdjęcia Holmesa, szkice wykonane podczas jego procesu oraz fragmenty ówczesnych gazet.
Moja ocena: 4/6
czwartek, 26 kwietnia 2012
Czarnobyl Baby, Merle Hilbk
Carta Blanca, 2011 Liczba stron: 262 Jak wygląda strefa wykluczenia po upływie dwudziestu lat od momentu wybuchu? Czy prawdziwe są pogłoski o zmutowanych gatunkach zwierząt i nieurodzajnych, spalonych promieniowaniem glebach? Jak radzą sobie ludzie mieszkający w bezpośredniej bliskości najbardziej napromieniowanych rejonów? Co sądzą o przyczynach i skutkach katastrofy? Takie pytania stawiałam sobie przed otwarciem książki. Na takie pytania chciałam znaleźć odpowiedź - chciałam poczuć klimat miejsc dla mnie niedostępnych. Odpowiedzi nie znalazłam, a jeśli już, to tylko szczątkowe.
Autorka książki jest z pochodzenia Niemką. Od momentu wybuchu aż do teraz i ona, i jej rodacy czują się przytłoczeni świadomością o zagrożeniach i przeżywają strach przed radiacją. Stosują odpowiednią dietę, celowo unikając niektórych produktów, starają się monitorować ewentualne skutki napromieniowania. Ten strach przed Czarnobylem jest motorem działań autorki. Jadąc na Białoruś, próbuje stawić czoła swoim koszmarom. Na miejscu wybiera się na teren reaktora i próbuje poznać życie i światopogląd Białorusinów mieszkających tuż przy granicy z Ukrainą. To, co ją przeraża, przez Białorusinów kwitowane jest wzruszeniem ramion. Oni żyją dniem dzisiejszym, nie myślą o wybuchu, radioaktywności, ponieważ to, czym muszą się martwić jest bardziej namacalne. Ich problemem jest teraźniejszość. Przyziemne problemy dotyczące tego, co włożyć do garnka i jak przetrwać kolejny dzień, z kolei nie za bardzo docierają do wychowanej w dostatku Niemki. Ten brak porozumienia na poziomie postrzegania zagrożenia objawia się również wówczas, gdy obserwujemy wzajemne relacje Merle i jej dużo młodszej białoruskiej przewodniczki. Układ pomiędzy kobietami jest co najmniej dziwny - Niemka chciałaby w Białorusince znaleźć powierniczkę, przyjaciółkę. Białorusinka, choć stara się być miła, postrzega przybyszkę w kategoriach materialnych. Po wybuchu reaktora Niemcy zorganizowali pomoc dla białoruskich dzieci, zapraszając je do siebie na wakacje. To, a także różnice kulturowe i materialne sprawiło, że praktycznie wszyscy mieszkańcy terenów przygranicznych mają do Niemców stosunek interesowny. Postrzegają ich jako źródło dochodów, co praktycznie uniemożliwia zawiązanie bliższych stosunków między przedstawicielami obu nacji. Co przynosi autorce pobyt Czarnobylu? Jest to symboliczne wkroczenie do swojego własnego piekła, które okazuje się być mniej straszne niż w wyobrażeniach. Trzydziestokilometrowa strefa wykluczenia przynosi więcej niespodzianek, ponieważ wykluczona jest tylko z nazwy. Wciąż pracują w niej ludzie, mieszkają miejscowi i przybysze z innych republik byłego ZSRR. Wstęp do niej, co prawda, nie jest legalny ale nikt w nim nie przeszkadza.
Czy podobała mi się ta książka? Miejscami tak, całościowo - nie. Za dużo tu niemieckich lęków, niemieckich ruchów społecznych, za mało Białorusi. Nie rozwinięto kilku ciekawych wątków dotyczących katastrofy. Wśród nich, na przykład, pozostaje kwestia wywożonych i sprzedawanych w innych rejonach na skalę masową samochodów i innych maszyn z terenów popromiennych. Brakuje informacji o codziennym życiu rodzin przesiedlonych. Autorka nie zdołała się zbliżyć do Białorusinów, nie poznała ich kultury i tożsamości narodowej. Od początku do końca książki jest obca, oceniająca i porównująca. Zbyt dużo w tych reportażach autorki, jej lęków i uprzedzeń, a za mało informacji o Czarnobylu dwadzieścia lat po wybuchu.
Moja ocena: 3/6 Zdjęcia dzięki uprzejmości www.opuszczone.com Zdjęcie pierwsze przedstawia diabelski młyn, który miał zostać oddany do użytku 1 maja 1986 roku. Drugie zdjęcie zostało zrobione w opuszczonym przedszkolu.
czwartek, 12 kwietnia 2012
Żony polarników, Kari Herbert
Carta Blanca, 2011 Liczba stron: 356 Wydaną wcześniej książką "Córka polarnika" Kari Herbert zabiera nas w podróż sentymentalną na Grenlandię do krainy, w której spędziła dzieciństwo - pokazuje w niej jakim przemianom uległ kraj skuty lodem, co wnieśli w nią polarnicy i jak wygląda współczesne życie Innuitów. Najnowsza jej publikacja pt: "Żony polarników" koncentruje się na historii odkryć geograficznych w rejonach polarnych bieguna północnego i południowego. Główny punkt ciężkości położony jest na żony znanych polarników, ale nie da się pisać o kobietach i przemilczeć dokonania ich sławnych mężów. Dokonania Scotta, Shackletona, Peary'ego czy Franklina są znane, ale czy ich losy potoczyłyby się podobnie gdyby nie mieli wsparcia ze strony kobiet? Trudno odpowiedzieć na te pytania, warto jednak poczytać o roli małżonek w eksploracjach polarnych. Żona Peary'ego, podobnie jak wiele lat później matka Kari Herbert, dała się w rejony polarne żeby być bliżej męża. Żona Shackletona wspierała jego starania i nie utrudniała rozstania powściągając negatywne emocje i strach, dbając o dzieci i robiąc dobrą minę do złej gry, gdy w domu zaczynało brakować pieniędzy. Niejedna z nich była zdradzana przez mężów pozostających w ciągłych podróżach - zanim bowiem wyruszyli na koło podbiegunowe, polarnicy musieli zdobyć fundusze na wyprawę, co wiązało się z lobbowaniem i wykładami dla szerokich rzesz publiczności. Jedna z żon podsumowała, że na 23 lata małżeństwa spędziła z mężem zaledwie 3 lata. Książka podaje dużo ciekawych informacji o wyprawach polarnych, wyścigu z czasem, swoimi słabościami, konkurentami w drodze po zaszczyty i sławę. W porównaniu do naszych czasów, kiedy wystarczy wystąpić w najbardziej szmatławym odcinku reality show, aby zyskać rozgłos, ci ludzie wspinali się na prawdziwe wyżyny heroizmu. Niektórzy z nich posuwali się jednak za daleko, a zdobycie bieguna stawało się dla nich obsesją, na którą nie było antidotum. Najmniej podobały mi się rozdziały dotyczące matki pisarki, ponieważ spomiędzy wierszy spozierała na mnie jakaś newage'owa nawiedzona paniusia, szukająca pociechy w rozmaitych zabobonach. O Wallym Herbercie czytałam natomiast z niekłamaną przyjemnością, podziwiając jego hart ducha i pasję. Z największym zdumieniem przyjęłam informacje o żonie Johna Franklina, która przez większość swojego życia oddawała się rozlicznym podróżom (a był to wiek XIX, kiedy podróż nie była komfortowa). Ponadto w późniejszym wieku zorganizowała ekspedycje ratownicze, kiedy utracono kontakt z członkami wyprawy na koło podbiegunowe. I choć zajęło jej to wiele lat, zdołała oczyścić imię swojego męża, którego ekspedycja zakończyła się fiaskiem i śmiercią całej załogi. To dzięki żonie, Franklin uznawany jest za bohatera a nie za nieudacznika, jakim w dużej mierze był. Warto sięgnąć po tę poszerzającą horyzonty książkę o heroizmie tych, którzy odpływali, i tych, które zostawały same na polu bitwy o godność i dobre imię rodziny. Szkoda tylko, że książka zawiera niewiele fotografii. Szczerze polecam, podobnie jak: Moja ocena: 5/6
środa, 04 kwietnia 2012
Podróże małe i duże, Wojciech Mann, Krzysztof Materna
Znak, 2011 Liczba stron: 272 Znani z telewizji i radia panowie Mann i Materna odkurzyli stare teksty i w całkiem luksusowej formie ruszyli na podbój regałów księgarni. Podbój okazał się dużym sukcesem, bo twarze znane, powszechnie lubiane i darzone sympatią sprzedadzą wszystko - nawet lekko nieświeże teksty. Tak... nie mylicie się. Nie bardzo mi się podobało. Duet autorski wspomina swoje podróże po świecie, które ilustrowane są marnej jakości amatorskim zdjęciami, które z kolei dość dobrze oddają klimat lat osiemdziesiątych. Zaczynają od podróży odbytej luksusowym statkiem, na którym występowali w szeroko pojętej roli konferansjerów. Jak wszyscy podróżujący tym statkiem i oni mieli nadzieję na dokonanie lukratywnej wymiany handlowej na śródziemnomorskich rynkach. W przeciwieństwie jednak do starych wyjadaczy, panowie M i M większego sukcesu nie odnieśli. I jako nieliczni z grupy oddali się zwiedzaniu mijanych portów. Inne podróże to przede wszystkim odkrywanie pełnego barw, zamożnego zachodu oferującego przybyszom ze wschodu kolorowy zawrót głowy. To, co powstrzymało podróżników od całkowitego zachłyśnięcia się bogactwem produktów na półkach to oczywiście fundusze. Z tymi rzeczywiście na początku było krucho - ciągłe przeliczanie cen w restauracjach i w sklepach to coś, co każdy z nas, przedstawicieli starszego pokolenia, zupełnie nieźle pamięta. W przypadku duetu M & M mamy jeszcze dużo wspomnień zakrapianych trunkami, które łagodziły szok przejścia przez granice, dużo wypalonych papierosów i kilka zabawnych anegdot. Nie na tyle jednak zabawnych, abym je zapamiętała. Chociaż skończyłam lekturę 24 godziny temu jestem w stanie przytoczyć może ze dwie historyjki. Najbardziej utkwiły mi w pamięci wspomnienia Krzysztofa Materny, który z zapaleniem spojówek czy inną uciążliwą przypadłością okulistyczną udał się na wymarzony i wyśniony turniej golfowy w RPA. Życie szybko zweryfikowało jego marzenia i jak to czasem się zdarza, K. M. mógł co najwyżej obejść się smakiem niewykorzystanych okazji. Jak przyznali autorzy, książka powstała dla pieniędzy. Ja ją jednak chciałam przeczytać dla przyjemności... Dostałam książkę nijaką, mało śmieszną i sztampową - każdy kto mógł podróżować w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych mógłby opowiedzieć podobne anegdoty i pokazać wyjęte z domowego archiwum zdjęcia z uciętymi dachami fotografowanych zabytków...
Moja ocena: 3,5/6
poniedziałek, 26 marca 2012
Cuba libre. Notatki z Hawany, Yoani Sanchez
WAB, 2010 Liczba stron: 221 Yoani Sanchez nie jest bohaterką. Nie robi nic nadzwyczajnego, a jej popularność wynika z tego, że pisze blog o swoim codziennym życiu. A jednak Yoani Sanchez jest bohaterką. I jest nią dlatego, że pisze blog o swoim codziennym życiu. Skomplikowane? Bez sensu? Zaprzeczam sama sobie? Otóż, nie! Bohaterką czynią ją okoliczności i miejsce zamieszkania. Yoani mieszka w Hawanie na Kubie, w państwie które zabrania obywatelom korzystania z internetu i pisania o prawdziwym życiu na wyspie. Blogerka umieszcza wpisy na swoim blogu dzięki podszywaniu się za turystkę i korzystaniu z internetu w hotelach. Yoani tak pisze o wizycie na targach książki, podczas których została poinformowana, że dostęp do internetu na stoisku firmy telekomunikacyjnej zarezerwowany jest tylko dla cudzoziemców:
Kuba, jak wszystkie państwa autorytarne, dba o swój wizerunek prezentowany na zewnątrz i filtruje informacje, te wypływające z wyspy i te docierające do Kubańczyków. Życie w ciągłym rozdwojeniu nauczyło mieszkańców sprytu i obchodzenia zasad. Zakupy żywnościowe dokonywane są na czarnym rynku, ponieważ sklepy świecą pustką, a to, co ewentualnie znajduje się na półkach nie jest przeznaczone dla zwykłych obywateli. Sytuacja nie do pozazdroszczenia i trochę podobna do PRL - owskiej rzeczywistości. Yoani opisuje to, co ją otacza, to, co budzi w niej sprzeciw. Nie atakuje nikogo, nie jest rewolucjonistką, ale za taką ją uważają, ponieważ ma odwagę opisać prawdziwą Kubę. Sam Castro poświęcił jej cały akapit swoich cotygodniowych rozważań, spotkała się także z wiele bardziej brutalnymi represjami. Podoba mi się to, jak pisze. Porusza ciekawe tematy, uświadamia potęgę systemu, pozwala zajrzeć za próg swojego domu i do swojej duszy. I tylko jednego nie potrafię zrozumieć. Yoani udało się wyjechać z synem do Europy. Przez jakiś czas mieszkała w Szwajcarii. Zdecydowała się jednak wrócić na Kubę. Sam powrót okazał się dużym problemem, ponieważ nie jest łatwo wrócić do kraju, który uznał cię za zdrajcę i wroga. Ona jednak się uparła. Po co tam wróciła? Do biedy, represji, beznadziei? Po co skazała swoje dziecko na edukację z telewizora, studia, które wybiorą mu nauczyciele i pusty żołądek? Czyżby nie miała już o czym pisać? Szkoda, że tak mało miejsca poświęciła epizodowi europejskiemu, może taka notatka wyjaśniłaby motywy jej postępowania. Zapoznajcie się z tą książką. Poznajcie kraj z rozdwojoną jaźnią. Warto!
Moja ocena: 5/6
poniedziałek, 13 lutego 2012
Historia nudy, Peter Toohey
Bellona, 2012 Liczba stron: 190 Na wstępie chciałabym zamieścić gratulacje dla autora, który przystąpił do analizy tematu nudy bez obaw, że książka zanudzi czytelnika. Bo istotnie, trudno się przy niej znużyć. Na samym początku autor dzieli nudę na dwa rodzaje - zwyczajną i egzystencjalną. Zwyczajna to ta, której doświadczamy np. podczas monotonnego wykładu, egzystencjalna to według wszelkich przesłanek uczucie dręczące osoby inteligentne, które nie potrafią znaleźć sensu życia. Moim zdaniem, zdaniem osoby, która nie potrafi się nudzić, nuda egzystencjalna, o ile nie jest depresją, jest wynikiem właśnie niskiej inteligencji, bo tylko osoba mało kreatywna nie będzie umiała znaleźć sobie zajmującego zajęcia. Tej tezy jednak nie postawiono w książce - szkoda. Tym bardziej szkoda, bo niektóre fragmenty, szczególnie te oparte na powieści Gonczarowa "Obłomow," wskazują na to, że główny bohater był przede wszystkim śmierdzącym leniem, a nie osobą znudzoną. Zabrakło mi wyznaczenia granicy między lenistwem i próżniactwem a nudą. Bo chyba nie ja jedna taką widzę? Toohey rozważa zjawisko nudy u zwierząt i twierdzi, że rzeczywiście zwierzęta również potrafią się nudzić. Sięga również wstecz i zastanawia się jak stare jest uczucie nudy - czy było odczuwane przez ludzi pierwotnych? Czy powstało dopiero w epoce renesansu, a może i później? Słowo "nuda" weszło do języka angielskiego stosunkowo późno, ale przecież nie wskazuje to jednoznacznie, że wcześniej ludzie się nie nudzili. Mogli ten stan nazywać inaczej. Na koniec zostawiłam rzecz, która podobała mi się najbardziej. W większości rozdziałów autor analizuje nudę wykorzystując dzieła literackie i malarskie. Pojawiają się wzmianki o takich książkach jak "Nuda" i "Konformista" Moravii, "Obcy" Camusa, sztukach Ibsena, działach Sartre'a. Poddaje analizie znane dzieła malarskie wyrażające melancholię, znużenie, samotność, odrazę, bo wszystkie te uczucia kojarzone są z nadrzędnym uczuciem nudy. Odniesienie do sztuk pięknych sprawia, że książka nie jest monotonnym traktatem naukowym. Szkoda tylko, że nie zamieszczono reprodukcji wszystkie omawianych obrazów. Namawiam Was do zapoznania się z tą książką. Jako lekturę uzupełniającą polecam: oraz książkę z tej samej serii wydawniczej:
Moja ocena: 4,5/6
sobota, 17 grudnia 2011
Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospoltej, Sławomir Koper
Bellona, 2011 Liczba stron: 411 Kto czytał poprzedni wpis, wie jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie ta książka. "Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej" to nie tylko skrócona biografia wybranych, wybitnych kobiet żyjących w tamtej epoce, ale także obraz mentalności i zachowań ludzi. Autor skupia się głównie na literatkach: Zofii Nałkowskiej, Marii Dąbrowskiej, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Irenie Krzywickiej (znanej przede wszystkim ze skandali obyczajowych oraz odważnych tematów poruszanych w felietonach) oraz Marii Morskiej - autorce felietonów związanej ze Skamandrytami. Oprócz wyżej wymienionych kobiet pozostałe rozdziały poświęcone są: Jadwidze Beck - żonie Ministra Spraw Zagranicznych, Katarzynie Kobro - rzeźbiarce i artystce znanej również z tego, że była żoną Strzemińskiego. Niech Was nie zwiedzie użyty przeze mnie zwrot "skrócona biografia." Nie znajdziecie tu suchych faktów, dat i sztywnych komunałów. Wręcz przeciwnie - w każdym rozdziale błyszczy cała plejada rozmaitych postaci, wszak elity artystyczne doskonale się znały. O losach kobiet opowiada się w książce przez pryzmat ich powiązań z innymi, dokonań artystycznych oraz skandali, w które się angażowały. Mamy niewierne żony i takich mężów, aprobowane przez współmałżonka romanse i dłuższe związki, relacje homoseksualne, śmiałe jak na owe czasy wypowiedzi w mediach, problemy sercowe, materialne, rodzinne. Miłość i śmierć. Radość i łzy. Wzloty i upadki. Autor opisuje losy wszystkich pań od dzieciństwa aż do śmierci. Pokazuje jak funkcjonowały w zupełnie innej - powojennej epoce. Cytuje wiele opinii im współczesnych, prezentuje bogatą bibliografię opartą na dziennikach, wspomnieniach oraz wywiadach. (Dokładnie przestudiowałam bibliografię do tej książki czerpiąc z niej wiele inspiracji). Książka napisana jest bardzo przystępnym językiem. Czyta się ją lepiej niż niejedną powieść. Mnie ujęła jeszcze jedna rzecz. Autor w kilku miejscach podkreśla, że obecnie łatwo i szybko oceniamy innych, sami żyjąc w o wiele bezpieczniejszych i bardziej sprzyjających czasach niż ci, którzy przeżyli wojnę i zostali skonfrontowani ze reżimem stalinowskim. Nie wiemy jak sami zachowalibyśmy się w sytuacji wyboru - możliwość publikacji (a co za tym idzie zarobków) za poparcie czy lojalność w stosunku do systemu. Sławomir Koper nikogo nie ocenia, przedstawia fakty starając się, aby pochodziły z kilku źródeł. Kiedy spojrzycie na notkę poniżej zobaczycie jak bardzo zainspirowała mnie ta książka. Wam tę lekturę również polecam!
Moja ocena: 6/6
niedziela, 04 grudnia 2011
Córka polarnika, Kari Herbert
Carta Blanca, 2011 Liczba stron: 404 Od kilku miesięcy nie mogłam się zabrać do czytania tej książki: z jednej strony bardzo mnie do niej ciągnęło, z drugiej coś mnie odstraszało. Po dłuższym zastanowieniu nad przyczyną odsuwania książki na dalszy plan, wywnioskowałam, że boję się czytania o zimnie, śniegu, lodzie i znienawidzonej przeze mnie zimie. 1 grudnia wreszcie postanowiłam zmierzyć się z moimi uprzedzeniami i strachami - w końcu do Polski też za chwilę zawitają śnieg i mrozy. Kiedy zaczęłam czytać (szczelnie otulona kocem, żeby nie dopadło mnie zimno z kart powieści), natychmiast wsiąkłam w atmosferę opisywanych miejsc. Kari Herbert jest córką polarnika - jej ojciec Wally Herbert przemierzył biegun północny i przebywał na terenach podbiegunowych przez wiele lat w latach 60 ubiegłego wieku. Kiedy Kari miała 10 miesięcy zamieszkała z rodzicami w małej chatce u wybrzeży Grenlandii. Polarnicy zostali przyjęci w wiosce z otwartymi ramionami - Wally ceniony był przez Inughuitów za swoje umiejętności, a mała Kari rozpieszczana była przez sąsiadującą z nimi rodzinę. Wychowywała się wśród eskimoskich dzieci i mówiła ich językiem. Później rodzina Herbertów jeszcze kilkakrotnie przyjeżdżała na Grenlandię. Dorosła Kari postanawia odnaleźć swoją eskimoską rodzinę i spędzić z nimi wakacje. Planuje napisać książkę o ludności zamieszkującej najbardziej niesprzyjające ziemie. Podczas letniego oraz wiosennego pobytu Kari lepiej poznaje panujące zwyczaje. Widzi wpływy świata zachodu na kulturę i zachowanie Inughitów. Wszechobecny alkohol jest przyczyną wielu nieszczęść, dzieci spędzają czas przed telewizorem i nie za bardzo interesują ich tradycyjne zajęcia myśliwych, globalne ocieplenie topiące lód, odcina myśliwych od ich odwiecznych terenów łowieckich. Ludzie są pozornie szczęśliwi i zadowoleni ze swojego życia - jednakże statystyki samobójstw, także wśród młodzieży, świadczą coś odmiennego. Kari Herbert pokazuje stosunki rodzinne, gościnność rdzennych mieszkańców Grenlandii, ich codzienne troski i radości. Broni ich prawa do połowu narwali, które jest podstawą przeżycia wielu rodzin. Bierze udział w letnim obozie oraz wyprawie na opuszczoną teraz wyspę, na której mieszkała z rodzicami. Nie ukrywa faktów o przemocy, biedzie, brudzie i słabym wykształceniu mieszkańców. Chociaż Inughitów traktuje jak rodzinę, to reporterski obowiązek i pragnienie obiektywizmu bierze górę i w książce znaleźć można również wiele niepokojących faktów. Oczywiście, nawet w najmniejszym stopniu nie zostałam zachęcona do wyjazdu w tamte strony (zniechęca mnie zimno, dieta rodzimych mieszkańców, pożywiających się wielorybim tłuszczem oraz rozwleczone przed domami resztki zabitych zwierząt), to książka wzbudziła we mnie szacunek dla tych ludzi. Opisy pokazujące strategie przetrwania w ostrym klimacie i codzienne zmagania z naturą - niezachodzącym prze letnie miesiące słońcem i kilkumiesięczną zimową ciemnością, wzbudziły mój podziw. Nie mniejszym zachwytem obdarzam również myśliwych, którzy wyprawiają się na polowanie na lądzie i na wodzie. Ich swoisty instynkt łowiecki oraz zespolenie z naturą są podstawą przetrwania. I chociaż rzadko się zdarza żebym zapamiętała z lektury dane geograficzne, czy imiona bohaterów, to ta książka - reportaż otworzyła mi oczy na kulturę, której dotychczas prawie nie znałam. Cieszę się, że na księgarskich półkach jest już kolejna książka Kari Herbert, pt: Żony polarników. Siedem niezwykłych historii.
Moja ocena: 5/6
czwartek, 01 grudnia 2011
Kuna za kaloryferem, Adam Wajrak & Nuria Selva Fernandez
Agora, 2011 Liczba stron: 349 "Kuna za kaloryferem" to wydane w formie książki reportaże Wajraka, z których część (a może większość?) swoją premierę miała na łamach Gazety Wyborczej. Wszystkie teksty dotyczą zwierząt, które znalazły się pod opieką Adama Wajraka oraz jego partnerki Nurii Fernandez. Para ta zamieszkała na wsi w pobliżu Białowieży. Ich dom położony na skraju puszczy stał się przytułkiem i azylem dla dzikich zwierząt potrzebujących pomocy. Autor opisuje przezabawne perypetie z bandą bocianów, wydrą Julkiem, kunami, sowami, krukiem i wszelką zwierzęcą drobnicą. Jednak wychowywanie dzikiego zwierzęcia to nie tylko radość i zabawa. Zwierzęta, które trafiły do Teremisek nie miały innego wyjścia - były albo chore, albo straciły rodziców, żadne z nich nie zostało siłą zabrane ze środowiska naturalnego. Wajrak opisuje również rozmaite trudności. Karmienie młodych pokarmem jak najbardziej zbliżonym do naturalnego (posiekaną myszką, jednodniowym kurczaczkiem) co cztery, a nawet co dwie godziny może wyleczyć nawet najbardziej zafiksowanego miłośnika zwierząt z posiadania dzikiego bociana, jerzyka czy wydry. Jeśli jeszcze maluch je i przybiera na wadze, jest źródłem radości dla przybranego ludzkiego rodzica. Gorzej, gdy maluch niknie w oczach, choruje, odwadnia się. Takie tragedie nawiedzały również dom i zagrodę dziennikarza. Moją ulubioną historią jest ta o akcji ratunkowej mającej na celu wyłapanie osieroconych borsuczków. Trwające kilka dni warty przy wejściu do nory maluchów zakończyły się powodzeniem, chociaż wiele wskazywało na to, że dla sierotek może być za późno. Warto przeczytać jakim sposobem nakłoniono borsuki do opuszczenia norki.Uwielbiałam również czytać o psotach, zabawach i czarującej osobowości wydry Julka. Podczas lektury z jednej strony zazdrościłam autorom możliwości obcowania z takimi pięknymi i mądrymi zwierzętami, z drugiej strony, co chwila uświadamiałam sobie ogrom odpowiedzialności i obowiązków spadających na tych, którzy podejmują się trudnego zadania pomagania dzikim zwierzętom. Dużym atutem tego wydania są duże, piękne, kolorowe fotografie zwierząt. Polecam! To lektura dla każdego - małe dzieci chętnie posłuchają zabawnych fragmentów, starsze same przeczytają książkę od deski do deski i podobnie jak czytelnik dorosły, nie wypuszczą jej z rąk przed końcem.
Moja ocena: 5/6
wtorek, 08 listopada 2011
Oskarżona Wiera Gran, Agata Tuszyńska
Wydawnictwo Literackie, 2010 Liczba stron: 453 Przeczytałam książkę o Wierze Gran i nie potrafię o niej napisać. Nie potrafię, ponieważ wszystko w tej książce jest względne. Na pewno wiadomo tylko, że Wiera Gran była Żydówką, dość znaną przedwojenną śpiewaczką, która w czasie okupacji kontynuowała występy w warszawskim getcie. I tyle. Wszystko pozostałe to domysły, półprawdy, insynuacje, zmyślenia. Brak dowodów prawdy. Wiera Gran została zniszczona - to pewne. Czy jednak była bez winy? Jest to możliwe, tak samo jak możliwe jest, że w pogłoskach tliło się ziarenko prawdy. Tuż po zakończeniu wojny oskarżono ją o to, że zadawała się z gestapowcami, pracowała dla nich i denuncjowała pozostających poza gettem Żydów. Sama Gran zgłosiła się do sądu, aby raz na zawsze wyjaśnić tę sprawę i zakończyć oszczerstwa rzucane jej w twarz. Dwa sądy uznały ją za niewinną. Plotka jednak przetrwała - gdziekolwiek pojawiła się Wiera, tam pojawiała się informacja o jej niechlubnej wojennej przeszłości. Ciągła walka z wiatrakami, udowadnianie innym swojej uczciwości, odcisnęły na niej straszne piętno. Jako staruszka Wiera Gran zmagała się z manią prześladowczą. Agata Tuszyńska podeszła do tematu bardzo rzetelnie - każdą informację starała się sprawdzić u źródeł. Szukała osób, które znały Gran w czasie wojny, szukała dokumentów i... nie znalazła niczego. Tyle samo osób na procesie zaręczało za uczciwość śpiewaczki, ile oskarżało ją o zdradę. Nie znalazł się żaden dokument potwierdzający współpracę z Niemcami, nie znalazł się i taki, w którym byłaby mowa o zaangażowaniu Gran w prowadzenie sierocińca w getcie. Po przeczytaniu około dwustu stron, chciałam odłożyć książkę, bo cały czas nic się nie wyjaśniało. Nie odłożyłam jej, ponieważ zrozumiałam, że nic się nie wyjaśni, bo ta książka nie ma na celu wskazywania winy czy niewinności Wiery Gran. Książka ma pokazać ludzi w sytuacji zagrożenia. Ma pokazać Wierę taką, jaką chciała być - kokietkę, a zarazem mocno stąpającą po ziemi kobietę, którą zniszczyli swoi, czyli Żydzi. Autorka biografii zadaje sobie oraz czytelnikowi wiele istotnych pytań - Czy mamy prawo osądzać tych, którzy przeżyli wojnę, my, którzy o wojnie dowiedzieliśmy się z książek i filmów? Jak ja/ty/wy zachowalibyśmy się w sytuacji realnego zagrożenia życia? Czy pragnienie przeżycia może być tak silne, że poświęcamy innych, aby ratować siebie? Czy bulwersujący jest fakt, że w getcie działała kawiarnia artystyczna, w której bawiono się, jedzono i pito, podczas gdy na ulicach umierali ludzie? Czy człowiek znajduje w sztuce i pięknie wentyl bezpieczeństwa, który pozwala mu na chwilę zapomnieć o strachu i kruchości życia? Dlaczego Szpilman próbował zniszczyć Wierę po wojnie? Co stało się między nimi podczas wielu miesięcy wspólnych występów w kawiarni? Czy Szpilman rzeczywiście był kryształowo uczciwym człowiekiem, jakiego znamy z "Pianisty", czy może i on splamił się krwią innych? Książka nie udziela odpowiedzi na te pytania. Ona je zadaje. Odpowiedzi szukajmy w sobie. Oprócz biografii Wiery Gran, jej wojennych i powojennych losów poza ojczyzną, Tuszyńska przedstawia proces umierania. To jeden z najbardziej poruszających opisów odchodzenia, z jakim się spotkałam. Autorka podtrzymuje kontakty w Wierą Gran przez kilka lat, jest świadkiem powolnego gaśnięcia gwiazdy. Kontrast między tym kim chciała być Wiera Gran, a tym jak odeszła jest szokujący i niezwykle smutny. Warto przeczytać!
Moja ocena: 4/6 |
Zakładki:
Wszystkie zamieszczone na blogu teksty i fotografie są chronione prawem autorskim - wykorzystywanie ich w całości lub we fragmencie bez mojej zgody jest zabronione.
2012
Czytam, bo lubię on Facebook Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
Wyzwania
Tagi
![]() Wypromuj również swoją stronę | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||