Wpisy z tagiem: niemiecka

środa, 16 maja 2012
Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie, Herta Muller

Czarne, 2009

Liczba stron: 112

Dotychczas czytałam tylko jedną książkę Herty Muller. Jej akcja rozgrywała się w mieście i tylko w nastroju i atmosferze przypominała tę, o której zamierzam właśnie napisać. "Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie" przenosi nas na rumuńską prowincję w czasach rozkwitu dyktatury Ceausescu. Autorka skupia się na tej części wsi, którą sama zna najlepiej - na społeczności pochodzenia niemieckiego.

Ta grupa społeczna niezbyt chętnie wchodzi w interakcje z rodowitymi Rumunami, między wersami wyczytać można, że powodem może być pewna duma narodowa oraz typowe wywyższanie się nad innymi. Największym i najbardziej skrywanym marzeniem jest wyrwanie się z ponurej i trudnej do polubienia Rumunii. Na przeszkodzie stoi im biurokracja oraz zwykła ludzka zawiść. Zdobycie paszportów w totalitarnym kraju wiąże się z wieloma wyrzeczeniami, kombinacjami, poniżeniem i prawdziwym upodleniem. I chociaż wiadomo jaką cenę przyjdzie im zapłacić, rodzina głównego bohatera Windischa podejmuje liczne próby przekupienia pomniejszych urzędników oraz proboszcza parafii. Pisząc o przekupieniu nie mam na myśli tylko dóbr materialnych.

Innym ważnym wątkiem powieści są stosunki panujące w opisywanej rodzinie - skrywana wrogość, pogarda wobec siebie, niewyjaśnione zaszłości z czasów sprzed małżeństwa i z okresu wojny i zesłania na wschód. Małżonkowie nie za bardzo sprawdzają się jako rodzice dorosłej już, ale bardzo jeszcze młodej dziewczyny. Ojciec tłumi w sobie podejrzliwość i ciekawość, często zastanawia się czy córka jest jeszcze dziewicą. Nie podejmują żadnych kroków aby zbliżyć się emocjonalnie do córki i traktuje ją jak przedmiot. Ładny, będący powodem do dumy, ale przedmiot. Matka natomiast jest bardzo powierzchowna i naiwna w relacjach z jedyną córką. Nie przeszkadza jej, że córka bierze na siebie ciężar przekonania niechętnych urzędników.

Herta Muller pisze trudne książki. Trudne stylistycznie - złożone z krótkich scen, pomiędzy którymi brak ciągłości. Jej książki są również trudne do zaakceptowania pod względem treści i psychologii postaci. Żadna postać nie jest polukrowana, bohaterowie są pozbawieni wszystkich tajemnic - znamy ich z jak najgorszej strony, niczego nie ukrywają przed czytelnikiem, co sprawia, że są boleśnie autentyczni. Kolejnym ogniwem łączącym obie książki noblistki jest przemożny smutek, który przylepia się do czytelnika i który trudno z siebie zmyć po zakończeniu lektury. Wszystkie te cechy sprawiają, że książki Herty Muller głęboko zapadają w pamięć.

Inna książka tej autorki:

DZIŚ WOLAŁABYM SIEBIE NIE SPOTKAĆ

Moja ocena: 5/6

czwartek, 03 maja 2012
Czuję. Zawrót głowy, W. G. Sebald

Wydawnictwo W.A.B., 2010

Liczba stron: 276

Jak ja się naczekałam na tę książkę! Najpierw wypożyczyłam ją w wakacje 2010 roku. Niestety, życiowe zawirowania sprawiły, że nie miałam czasu ani głowy na czytanie Sebalda, do którego niezbędne są i głowa, i czas. Z żalem odniosłam ją do biblioteki. Potem kilkakrotnie sprawdzałam na półce, ale nigdy nie mogłam jej namierzyć. Dopiero ostatnio zapytałam panią bibliotekarkę o dostępność tej pozycji i okazało się, że cały czas była na miejscu, tylko przeniesiono ją z półki oznaczonej jako "Literatura niemiecka" na półkę z reportażami!

Czytanie prozy Sebalda to uczta dla zmysłów. Przekonałam się o tym podczas lektury "Pierścieni Saturna." Nie inaczej jest z bardziej melancholijną i osobistą pozycją - "Czuję. Zawrót głowy."

Książka składa się z czterech części, w których autor płynnie przechodzi od opisów losów Stendhala (Henryk Beyle) do Kafki, Casanovy i samego... Sebalda. Autor opisuje swoją wyprawę przez Austrię, Włochy i Niemcy. Śladami Franza Kafki podróżuje po północnej części Włoch. W Wenecji zastanawia się nad losami uwięzionego tam Casanovy. Swoją niewesołą podróż kończy w Niemczech - w małej miejscowości, w której się urodził i spędził lata swojego dzieciństwa.

To wyprawa sentymentalna, pełna wzruszeń, w której autor pochyla się nad zaobserwowanymi drobiazgami, okruchami życia małych miejscowości mijanych na trasie. W książkach Sebalda uderzają mnie dwie rzeczy - po pierwsze, język w jakim są napisane. Niemała w tym zasługa tłumaczki, która sprawiła, że język nawet w przekładzie jest płynny i niesie czytelnika od jednego do następnego wydarzenia. I chociaż jest bogaty, to nie przytłacza.

Po drugie, zachwyca mnie erudycja autora. Zawsze czytając Sebalda odkrywam swoje braki w wykształceniu i wiedzy o świecie. Ponadto zachwyca mnie ciągłe zdziwienie i zachwyt światem pulsujący ze stron książki. Autor ogarnięty jest naturalną potrzebą poznawania losów ludzi, miejsc i przedmiotów - to, co w wykonaniu większości znanych nam pisarzy mogłoby być nudne, w wykonaniu tego autora o niemieckich korzeniach, jest porywające i trafne.

 

Moja ocena: 5/6

Tego autora:

PIERŚCIENIE SATURNA

Tagi: niemiecka
18:52, dededan , Czytam
Link Komentarze (4) »
czwartek, 26 kwietnia 2012
Czarnobyl Baby, Merle Hilbk

Carta Blanca, 2011

Liczba stron: 262

Jak wygląda strefa wykluczenia po upływie dwudziestu lat od momentu wybuchu? Czy prawdziwe są pogłoski o zmutowanych gatunkach zwierząt i nieurodzajnych, spalonych promieniowaniem glebach? Jak radzą sobie ludzie mieszkający w bezpośredniej bliskości najbardziej napromieniowanych rejonów? Co sądzą o przyczynach i skutkach katastrofy? Takie pytania stawiałam sobie przed otwarciem książki. Na takie pytania chciałam znaleźć odpowiedź - chciałam poczuć klimat miejsc dla mnie niedostępnych. Odpowiedzi nie znalazłam, a jeśli już, to tylko szczątkowe.

Autorka książki jest z pochodzenia Niemką. Od momentu wybuchu aż do teraz i ona, i jej rodacy czują się przytłoczeni świadomością o zagrożeniach i przeżywają strach przed radiacją. Stosują odpowiednią dietę, celowo unikając niektórych produktów, starają się monitorować ewentualne skutki napromieniowania. Ten strach przed Czarnobylem jest motorem działań autorki. Jadąc na Białoruś, próbuje stawić czoła swoim koszmarom.

Na miejscu wybiera się na teren reaktora i próbuje poznać życie i światopogląd Białorusinów mieszkających tuż przy granicy z Ukrainą. To, co ją przeraża, przez Białorusinów kwitowane jest wzruszeniem ramion. Oni żyją dniem dzisiejszym, nie myślą o wybuchu, radioaktywności, ponieważ to, czym muszą się martwić jest bardziej namacalne. Ich problemem jest teraźniejszość. Przyziemne problemy dotyczące tego, co włożyć do garnka i jak przetrwać kolejny dzień, z kolei nie za bardzo docierają do wychowanej w dostatku Niemki.

Ten brak porozumienia na poziomie postrzegania zagrożenia objawia się również wówczas, gdy obserwujemy wzajemne relacje Merle i jej dużo młodszej białoruskiej przewodniczki. Układ pomiędzy kobietami jest co najmniej dziwny - Niemka chciałaby w Białorusince znaleźć powierniczkę, przyjaciółkę. Białorusinka, choć stara się być miła, postrzega przybyszkę w kategoriach materialnych. Po wybuchu reaktora Niemcy zorganizowali pomoc dla białoruskich dzieci, zapraszając je do siebie na wakacje. To, a także różnice kulturowe i materialne sprawiło, że praktycznie wszyscy mieszkańcy terenów przygranicznych mają do Niemców stosunek interesowny. Postrzegają ich jako źródło dochodów, co praktycznie uniemożliwia zawiązanie bliższych stosunków między przedstawicielami obu nacji.

Co przynosi autorce pobyt Czarnobylu? Jest to symboliczne wkroczenie do swojego własnego piekła, które okazuje się być mniej straszne niż w wyobrażeniach. Trzydziestokilometrowa strefa wykluczenia przynosi więcej niespodzianek, ponieważ wykluczona jest tylko z nazwy. Wciąż pracują w niej ludzie, mieszkają miejscowi i przybysze z innych republik byłego ZSRR. Wstęp do niej, co prawda, nie jest legalny ale nikt w nim nie przeszkadza.

Czy podobała mi się ta książka? Miejscami tak, całościowo - nie. Za dużo tu niemieckich lęków, niemieckich ruchów społecznych, za mało Białorusi. Nie rozwinięto kilku ciekawych wątków dotyczących katastrofy. Wśród nich, na przykład, pozostaje kwestia wywożonych i sprzedawanych w innych rejonach na skalę masową samochodów i innych maszyn z terenów popromiennych. Brakuje informacji o codziennym życiu rodzin przesiedlonych. Autorka nie zdołała się zbliżyć do Białorusinów, nie poznała ich kultury i tożsamości narodowej. Od początku do końca książki jest obca, oceniająca i porównująca. Zbyt dużo w tych reportażach autorki, jej lęków i uprzedzeń, a za mało informacji o Czarnobylu dwadzieścia lat po wybuchu.

 

Moja ocena: 3/6

Zdjęcia dzięki uprzejmości www.opuszczone.com

Zdjęcie pierwsze przedstawia diabelski młyn, który miał zostać oddany do użytku 1 maja 1986 roku.

Drugie zdjęcie zostało zrobione w opuszczonym przedszkolu.

poniedziałek, 27 lutego 2012
Szczodre gody, Volker Klupfel & Michael Kobr

Akcent, 2011

Liczba stron: 384

No, tego się nie spodziewałam... Opis z okładki sugerował jakieś Szczodre gody - okultystyczne obrzędy, starodawne niemieckie tradycje. Na szczęście oprócz wzmianki, że przypada okres Szczodrych Godów, nie ma w książce żadnych nawiązań do sił nadprzyrodzonych. Jest za to zgrabnie napisana zagadka kryminalna oraz pokłady dowcipu.

Na polskim rynku pierwsza, w Niemczech już piąta część serii z komisarzem Kluftingerem zabiera nas do nowo otwartego luksusowego hotelu na szczycie góry. Komisarz został tam zaproszony wraz z żoną, jej przyjaciółką i jej mężem - doktorem Langhammerem. Panowie nie pałają do siebie sympatią i na każdym kroku prawią sobie złośliwości. Na otwarcie zaproszono również kilkunastoosobową grupę gości. Zaplanowano dla nich weekend ze zbrodnią - zabawę kostiumową, w której każdy ma odgrywać jakąś rolę. Kluftinger ma być Herculesem Poirot.

Sprawy się komplikują - już pierwszego wieczoru jeden z gości zostaje zamordowany. Zamordowany naprawdę, nie w zabawie. Chcąc nie chcąc, komisarz musi poprowadzić śledztwo, ponieważ na skutek śnieżycy i zagrożenia lawinowego nikt nie może dostać się do hotelu. Nikt nie może się też z niego wydostać. Nie działa również łączność telefoniczna.

I tu rozpoczyna się jazda bez trzymanki. Bo wyobraźcie sobie policjanta, komisarza kryminalnego, który boi się trupów i który ma więcej dziwactw niż przeciętny człowiek. Wśród nich dominuje oszczędność przeradzająca się w skąpstwo. Komisarz nie bardzo orientuje się w nowoczesnych technologiach, choć radzi sobie z napisaniem maila, za to drukuje czcionką o rozmiarze 72. I chociaż Kluftinger jest takim zacofanym, skromnym i nierozgarniętym życiowo człowiekiem, to normalnie można się w nim zakochać. Uwierzcie, nie da się o nim czytać bez głośnego śmiechu tu i ówdzie i uśmiechu od ucha do ucha przez większość czasu.

W śledztwie pomaga mu, a częściej przeszkadza, doktor Langhammer, który jest przeciwieństwem introwertycznego komisarza. Panowie, choć przez większość czasu grają sobie na nerwach, wspólnymi siłami zbierają dosyć dowodów, aby oskarżyć o morderstwo jedną z obecnych w hotelu osób.

Nie bez przyczyny na początku tego wpisu padło nazwisko Herkulesa Poirot. Fabuła przypomina konstrukcyjnie klasyczne kryminały Agaty Christie - zamknięty krąg podejrzanych i finałowa scena, w której komisarz gromadzi wszystkich w jednym pomieszczeniu i odtwarza kolejne kroki mordercy powtarzają się w wielu książkach autorstwa królowej kryminału. Ale to nie jedyna autorka powieści z trupami, która przyszła mi do głowy. Humor, który bije z kart książki kojarzył mi się cały czas z czytanymi wiele lat temu powieściami Joanny Chmielewskiej. Podobnie (na cały głos) śmiałam się przy "Lesiu", "Wszystko czerwone" i innych wczesnych powieściach tej pisarki.

Kto lubi Christie i Chmielewską, będzie zauroczony Kobrem i Klupfelem.

Lada dzień pojawi się druga w Polsce, trzecia w Niemczech "Operacja Seegrund."



Moja ocena: 5/6

niedziela, 15 stycznia 2012
Tristan, Tomasz Mann

Agencja Praw Autorskich i Wydawnictwo Interart, 1992

Liczba stron: 85

Bardzo dawno temu czytałam jedną powieść Manna pt: "Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla," która bardzo mi się podobała. Po wielu latach chciałam wrócić do twórczości tego Noblisty, ale nie czułam się  i wciąż nie czuję się gotowa na przeczytanie "Czarodziejskiej Góry." Wybrałam zatem (z własnej półki!) tomik zawierający dwa opowiadania - tytułowego "Tristana" oraz "Nieład i wczesną udrękę." "Tristan" powstał na początku dwudziestego stulecia, a drugie opowiadanie ponad 20 lat później.

W "Tristanie" mamy sanatorium dla niedomagających na płuca i inne schorzenia, do którego przybywa żona przedsiębiorcy i mieszczanina. Zachwyca się nią rezydujący na miejscu artysta, powieściopisarz, esteta. Kobieta traktuje go przychylnie i z sympatią. On sam popada w zachwyt nad jej urodą, manierami i talentami. Na przeszkodzie miłości stoi mąż jego wybranki - według artysty - ordynarny, grubiański fabrykant, który nie potrafi docenić wartości swojej żony.

Powiem szczerze, że mam pewien problem ze zrozumieniem tego opowiadania. Według mnie pisarz był egzaltowanym idiotą, postrzegającym świat przez wąski pryzmat swojego światopoglądu. Jego wypowiedzi i zachowania upodabniały go do elokwentnego klauna. I tak też go traktowałam podczas lektury. Okazuje się jednak, że autorowi (prawdopodobnie) nie chodziło o satyrę na zadufanych w sobie artystów, tylko o pokazanie konfliktu między światem sztuki a światem konsumpcjonizmu. Zupełnie się rozminęłam z przesłaniem tego opowiadania.

"Nieład i wczesna udręka" to obraz dość dobrze sytuowanej rodziny naukowca-historyka. Jego starsze, kilkunastoletnie dzieci urządzają w domu potańcówkę. Młodsze rodzeństwo kilkuletnia dziewczynka (oczko w głowie taty) i synek mogą przez pewien czas bawić się w pokoju z dorosłymi. Dziewczynka "zakochuje" się w jednym z kolegów starszego rodzeństwa, który dla zabawy tańczy z małą i dotrzymuje jej towarzystwa. Rozpacz dziecka po rozłączeniu jej z "wybrankiem" w porze pójścia do łóżka wywołuje u jej ojca ambiwalentne uczucia w stosunku do dziecka oraz "amanta."

O wiele lepiej czytało mi się to opowiadanie, ale mam wrażenie, że ślizgałam się tylko po jego powierzchni, przyjmując treść, a nie docierając do jej znaczenia przemyconego między linijkami. Może drugie czytanie pomogłoby mi uchwycić luźne nitki i wysnuć jakieś wnioski, ale powiem szczerze, że nie chce mi się czytać drugi raz. Nie bardzo mi pasuje styl autora (a może tłumacza - Leopolda Staffa) - zdania są tak powykrzywiane i zagmatwane, że trzeba się w nie uważnie wczytywać żeby rozpoznać podmiot i orzeczenie.

W ten sposób "Czarodziejska Góra" nie dostanie swojej szansy w najbliższym czasie.

 

Moja ocena: 3/6

wtorek, 27 grudnia 2011
Zima lwów, Jan Costin Wagner

Akcent, 2011

Liczba stron: 286

Ech... jaka szkoda, że to już koniec... Najchętniej pozostałabym z bohaterami tej powieści jeszcze przez jakiś czas, bo choć książka jest kryminałem to ma w sobie dużo wyważonego spokoju, równowagi, nastroju. Akcja zamyka się w ciągu świątecznego tygodnia - od 24 grudnia do 1 stycznia, czyli jak znalazł na teraz. Fińska zima nie ma nic wspólnego z tym, co za naszymi oknami, więc tym bardziej warto dla zimowej aury.

W wigilijny wieczór Detektyw Kimmo Joentaa dyżuruje na posterunku. Od czasu śmierci żony nie ma lepszego pomysłu na spędzanie świąt. Tym razem jednak w jego życiu zawodowym i prywatnym nastąpi pewne zawirowanie. Cały okres świąteczny spędzi na rozwiązywaniu zagadki śmierci dwóch osób - patologa sądowego od lat współpracującego z komendą w Turku oraz artysty - twórcy manekinów do filmów. Obaj panowie spotkali się podczas kręcenia programu telewizyjnego - popularnego w Finlandii talk show. Co łączyło te dwie osoby? Czym zasłużyli sobie na śmierć? Nie chcę zdradzać nic więcej żeby nie zabierać Wam przyjemności odkrywania kolejnych wątków powieści.

Wątek kryminalny i prywatny poprowadzone są tak, że trudno odłożyć książkę choćby na chwilę. Mimo tego, że przez całą powieść przewija się postać mordercy to dopiero finałowe rozdziały zdradzają motywy działania sprawcy. W międzyczasie czytelnik zaczyna odczuwać sympatię do większości bohaterów. Ja największym zaufaniem i serdecznością obdarzyłam samego Kimmo Joentę - to skomplikowany człowiek, zamknięty w sobie, w pracy posługujący się intuicją, często niezrozumiany, ale szanowany przez innych. Trzymam kciuki za to, aby ułożyło mu się w życiu.

Bardzo chciałabym aby przetłumaczono pozostałe książki tego autora, bo mi z niemieckim nie po drodze.

Chciałam jeszcze zwrócić uwagę na polskie wydanie tej powieści. Czyta się je doskonale dzięki sporym odstępom między liniami i nie za małej czcionce. Żeby inni wydawcy tak szanowali oczy czytelników...

 

Moja ocena: 6/6

czwartek, 04 sierpnia 2011
Milczenie, Jan Costin Wagner

Akcent, 2011

Liczba stron: 244

Co za zamieszanie! Żyłam w przeświadczeniu, że Jan Costin Wagner jest pisarzem fińskiego pochodzenia. I że książki, które pisze zaliczyć można do obszernej grupy kryminałów skandynawskich. Z okładki książki dowiedziałam się, że jest inaczej. J. C. Wagner pochodzi z Niemiec, a Finlandia jest ojczyzną jego żony oraz miejscem akcji książek pisanych przez Wagnera. Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale miałam problem z otagowaniem wpisu... Drugi problem to cholernie trudne do spamiętania nazwiska i imiona bohaterów - Kimmo, Kalevi, Timo, Sinikka, Sanna... Oj, bardzo musiałam się mieć na baczności, żeby nie tracić wątku w tej gmatwaninie. Tym bardziej, że bohaterowie raz są wymieniani z imienia (powyżej) a raz z nazwiska (tych nie podejmuję się nawet przepisywać!).

Ponarzekawszy sobie z początku mogę przejść do kolejnego punktu: opisu akcji. Trzydzieści trzy lata wcześniej zgwałcono i zamordowano dziewczynkę w lesie tuż przy ścieżce rowerowej. Chociaż prowadzono szeroko zakrojone poszukiwania sprawcy, ten umknął przed odpowiedzialnością. O zbrodni przypomina prosty krzyż ustawiony przez matkę dziewczynki w miejscu, gdzie została napadnięta. O sprawie pamięta również odchodzący właśnie na emeryturę policjant, który prowadził tamto dochodzenie - Ketola. Kilka miesięcy po jego odejściu z policji w tym samym miejscu ginie kolejna dziewczynka. Podobieństwo do zbrodni sprzed lat skłania wszystkich do wyciągnięcia jedynego słusznego wniosku - morderca powrócił. Ketola, który jest ekspertem w sprawie zbrodni sprzed ponad trzydziestu lat, jest mile widziany przez kolegów pracujących nad nową sprawą. Nie spodziewają się jednak, że Ketola, niekrępowany przez kodeksy i nakazy przełożonych, poprowadzi śledztwo w sposób niekonwencjonalny.

Książka jest nie tylko zapisem śledztwa. Oprócz tego wątku, pojawiają się inne, równie ciekawe, w tym motyw zbrodni i kary i wyrzutów sumienia. Autor pokazuje również życie osób najbliższych zamordowanej dziewczynce - śmierć dziecka zmienia rodziców, oddalają się od siebie i każde z nich musi po swojemu przeżyć tragedię. Spokojna żałoba matki ofiary sprzed lat kontrastuje z niepohamowanymi wyrzutami sumienia, wzajemnymi pretensjami, żalem i rozpaczą rodziców zaginionej niedawno nastolatki. Jeśli dodać do tego żałobę po zmarłej żonie, z którą zmaga się jeden z policjantów, otrzymamy przygnębiający obraz. Lektura jest niepokojąca, ale nie jest dołująca i warto zmierzyć się z powieścią kryminalną Wagnera, choćby po to, by mieć pojęcie jakie kryminały piszą Niemcy. A ja czuję, że nie jest to ostatnia powieść tego autora, którą przeczytam.

 

Moja ocena: 4,5/6

niedziela, 24 kwietnia 2011
Historia pana Sommera, Patrick Suskind

Świat Książki, 2006

Liczba stron: 110

Niewielka objętościowo książeczka z ilustracjami Sempe i tekstem Suskinda na długo pozostanie w mojej pamięci. "Historia pana Sommera" to opowieść o dzieciństwie i dojrzewaniu w małej niemieckiej miejscowości w czasach powojennych. Opowieść snuta jest w sposób zabawny i pełen dygresji przez dojrzałego teraz mężczyznę, który powraca myślami do czasów szkolnych i przypomina sobie postać pana Sommera.

Nikt nie wiedział skąd przybyli państwo Sommer, nikt też nie wiedział kim jest z zawodu mąż lalkarki. Całe dnie bowiem, pan Sommer spędzał na pieszych wędrówkach po okolicy. Żadne przeciwności losu ani najbardziej nawet ekstremalna pogoda nie miały wpływu na przebieg dnia tego człowieka. Widziany był najczęściej z nieodłącznym kijem, plecakiem, który zawierał kromkę chleba oraz jakieś picie, jak okrążał wielkie jezioro lub gdy chodził do miasta i z powrotem. Zapytany o cel wędrówki mruczal coś niezrozumiałego pod nosem, nie zatrzymywał się na pogaduszki, nie pozwalał się podwieźć, nigdy nie korzystał z omnibusu, roweru czy samochodu. Pan Sommers był lokalnym dziwakiem, na którego prawie nikt już nie zwracał uwagi. Jednak jego losy i losy narratora, wówczas chłopca, zostaną w pewien sposób powiązane.

Choć nie ma w książce wielu słów, w sercu zostaje wiele treści. Zetknięcie się chłopca z tajemnicą wędrującego człowieka jest w pewnym stopniu wyznacznikiem dojrzałości dla młodzieńca. To dzięki panu Sommerowi otarł się on o sprawy, które znacznie wówczas przekraczały jego pojmowanie świata, choć odcisnęły w duszy swój nieusuwalny znak. I choć nie ma w książce jasnej odpowiedzi i wyjaśnienia celu wędrówek pana Sommera, można wiele sobie dopowiedzeć i wiele zrozumieć.

 

Moja ocena: 5,5/6

Tagi: niemiecka
17:05, dededan , Czytam
Link Komentarze (3) »
środa, 01 grudnia 2010
Kontrabasista, Patrick Suskind

Kantor Wydawniczy SAWW, 1993

Liczba stron: 83

"Krzyż pański i męka z tym pudłem! Zawsze mi stoisz na drodze, ty durniu! Niech mi pan powie, dlaczego trzydziestopięcioletni mężczyzna, to znaczy ja, żyje razem z instrumentem, który mu stale stoi na drodze?! Pod każdym względem: ludzkim, społecznym, komunikacyjnym, seksualnym i muzycznym, zawsze jest mu tylko zawalidrogą. Znaczy go piętnem Kainowym?!"

Opowiadanie Suskinda w formie monologu tytułowego kontrabasisty jest refleksją nad życiem muzyka. Bohater z jednej strony kocha to, co robi, uwielbia mówić o muzyce, granie na instrumencie sprawia mu przyjemność, z drugiej jednak strony swoje życiowe niepowodzenia przypisuje zawodowi jaki wykonuje. Zdaje sobie sprawę, że nigdy nie zyska sławy, nigdy nie zostanie dostrzeżony, bo jest jednym z wielu kontrabasistów w orkiestrze. Kobieta, w której się zakochał jest śpiewaczką, ale i ona nie dostrzega jego pięknej gry, a tym samym nie zdaje sobie sprawy z uczuć kontrabasisty.

Granie na tym dużym, nieporęcznym instrumencie w dużym stopniu izoluje muzyka od społeczeństwa - wyrazem tego jest wyciszone mieszkanie, które artysta przystosował do swoich potrzeb. Co więcej, nawet służbowe podróże nie zbliżają go do innych, ponieważ instrument bywa kapryśny i reaguje na zmiany temperatury, zmuszając tym samym kontrabasistę do poświęcania mu czasu i uwagi. Kontrabasista tym samym uwięziony jest pomiędzy miłością a nienawiścią do instrumentu, swojego zawodu, pracy w orkiestrze symfonicznej, swojego życia, które kręci się wokół jego pracy.

Opowiadanie Suskinda ma dużą moc oddziaływania. Żałuję, iż nie wpadłam na pomysł przesłuchania go z audiobooka, ponieważ w tej formie miałabym okazję wysłuchać utworów symfonicznych, o których mowa w książce.

 

Moja ocena: 5/6

Tagi: niemiecka
12:02, dededan , Czytam
Link Komentarze (3) »
piątek, 03 września 2010
Coraz dalej od miłości, Brenhard Schlink

Muza SA, 2010

Liczba stron: 229

Miłość z męskiego punktu widzenia zaprezentowana w tomie opowiadań "Coraz dalej od miłości" nie wygląda kwitnąco. Miłość, od której zgodnie z tytułem oddalają się bohaterowie książki, dostarcza głównie rozterek, bólu, poczucia niespełnienia, pustki, rozgoryczenia. Autor, podobnie jak w innych książkach - "Lektor" i "Koniec tygodnia", osadza swoje opowiadania w realiach niemieckich, bądź też czyni Niemców ich bohaterami. Schlink ponownie wraca do kwestii faszystowskiej historii Niemiec, winy za błędy poprzednich pokoleń oraz sposobów ich odkupienia. Dodatkowo poruszane są kwestie najnowszej historii tego kraju - w opowiadaniu "Zdrada" autor stawia na szali zdradę jakiej dopuszczali się współpracownicy Stasi i zdradę małżeńską. Co bardziej rani? Czy można wybaczyć małżonkowi to, że sprzedawał aparatowi władzy informacje na temat swojej żony? Czy seks z innym partnerem jest dla niej tylko rodzajem zemsty, czy może służy jej także jako terapia?

Zekranizowane opowiadanie pt: "Tamten mężczyzna" uświadamia czytelnikowi, że nie ma czegoś takiego jak całkowita szczerość między małżonkami, a tajemnice jednego z nich mogą ujawnić się w zupełnie niespodziewanym momencie i zniszczyć resztki wiary w stałość uczuć oraz zmienić obraz tej drugiej osoby.

Nie wszystkie opowiadania dotyczą miłości między kobietą i mężczyzną. Pierwsze w tomie pt: "Dziewczynka z jaszczurką" dotyczy siły uczucia i przywiązania do dzieła sztuki. Obrazu, który zawładnął życiem dwóch pokoleń. Jeszcze inne opowiadanie dotyczy miłości rodzicielskiej, miłości nieuświadamianej sobie, niewypowiadanej, ujawniającej się dopiero w ekstremalnych sytuacjach życiowych.

Wszyscy bohaterowie opowiadań Schlinka to osoby łaknące prawdziwego uczucia, miłości nieinteresownej, niezachwianej, na całe życie. Świat jednak nie pozostawia w nich wiary w taką miłość, zostają odarci z idealistycznych pragnień i wyobrażeń, i postawieni w sytuacjach wymagających niełatwych wyborów. Dzięki dramatyzmowi wyborów i małym życiowym katastrofom przedstawionym w każdym z siedmiu opowiadań, książka nabiera okrutnego realizmu. Mimo smutku bijącego z kart książki polecam serdecznie tę lekturę. Warto zanurzyć się w światy kreowane przez Schlinka.

 

Moja ocena: 5/6

 
1 , 2
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Wszystkie zamieszczone na blogu teksty i fotografie są chronione prawem autorskim - wykorzystywanie ich w całości lub we fragmencie bez mojej zgody jest zabronione.
2012

Lubię czytać
Czytam, bo lubię on Facebook
Spis moli
Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
Wyzwania
Czytam, bo lubię

Wypromuj również swoją stronę