Wpisy z tagiem: francuska
sobota, 28 stycznia 2012
Czy zna pan Maronne?, Daniel Boulanger
Książka i Wiedza, 1986 Liczba stron: 80 Zaintrygował mnie opis na okładce, zachęciła niewielka objętość. Wybór lektury zdeterminowany był również zupełnym brakiem czasu - wówczas najlepiej sprawdzają się takie niewielkie formy, ponieważ można je przeczytać przy jednym podejściu. Z dłuższą książką jest problem, bo między jedną wolną chwilą a następną, upływa zbyt wiele czasu i jestem wybita z rytmu powieści. W małej nadmorskiej miejscowości - Maronne zamordowano młodą dziewczynę. Jedyny świadek zbrodni jest również jedynym podejrzanym. Znalazł się w Maronne, jak twierdzi, zupełnie przypadkowo, szukając ucieczki od codzienności. Pomógł dziewczynie uwikłanej w trudny związek z hotelarzem i jego synem. Opowiadanie jest zapisem przesłuchania prowadzonego przez komisarza, przy udziale protokolantki. Obraz miasteczka będącego rajem na ziemi oraz dziewczyny, z wyglądu niewinnej, z zachowania rozwiązłej porusza w komisarzu struny melancholii i zrozumienia dla przesłuchiwanego. To ciekawe opowiadanie psychologiczne, które pokazuje ukryte ludzkie pragnienia oraz skomplikowaną grę pozorów zmierzającą do ujęcia sprawcy zbrodni. Osoby dramatu stopniowo odkrywają swoje prawdziwe ja i zaskakują w finale. Z drugiej strony jest to taka spokojna, trochę melancholijna lektura, która wypełni nam czas przejazdu z jednego końca miasta na drugi, nie wnosząc sobą większych zmian w nasze postrzeganie świata. Mimo wszystko więcej jednak przemawia za niż przeciw tej książce, zatem serdecznie ją polecam.
Moja ocena: 4/6
czwartek, 01 września 2011
Maigret w pensjonacie, Georges Simenon
C&T, 2010 Liczba stron: 147 Czasem pragnę przeczytać coś, co na pewno nie przygniecie mnie swoim ciężarem ani nie rozczaruje tematyką lub banalnością. Wiadomo, że kryminał jest dobry na wszystko, ale niestety nie każdy. Takim Indridasonem można się na przykład mocno zdołować. Powieści kryminalne Simenona, które tworzył w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku pasują do mojego nieprzysiadalnego nastroju. Mają odpowiednio małą objętość, sympatycznych bohaterów i nie bardzo skomplikowaną intrygę kryminalną. Najważniejsze jednak, że nie epatują ohydą i krwistymi fragmentami. W tej części cyklu z Maigretem (nie czytam po kolei i nie mam ambicji, by przeczytać wszystkie) pozornie łatwa sprawa komplikuje się tak, że śledztwo przejmuje sam zwierzchnik kryminalnych - Maigret. Jeden z jego policjantów zostaje postrzelony podczas wykonywania swoich obowiązków. Polegały one na obserwacji pensjonatu, w którym mieszkał poszukiwany przez policję drobny przestępca. Kto był na tyle zdesperowany by postrzelić policjanta na służbie? Maigret wykorzystuje fakt, iż jego żona przebywa poza Paryżem i wprowadza się do pensjonatu. przy którym zdarzyło się nieszczęście. Pragnie poznać mieszkańców i ich zwyczaje, by wyjaśnić zagadkę. Tego się nie czyta, to się połyka... Bardzo odpowiada mi klimat powieści Simenona, przestarzałe metody śledcze, spokój emanujący z Maigreta, jego błyskotliwy umysł i wrażliwe serce. Zawsze ciekawi mnie sposób w jaki autor portretuje ludzi - w przypadku tego właśnie autora jest to zawsze podejście z sympatią. W tej konkretnej powieści poznajemy życie pensjonatu oraz jego przesympatyczną właścicielkę. Jeśli lubicie Agatę Christie, Simenon zapewne też wam się spodoba. Dajcie mu szansę....
Moja ocena: 4,5/6
czwartek, 02 czerwca 2011
Cheri, Sidonie Gabrielle Colette
WAB, 2010 Liczba stron: 236 Nie pamiętam już jak to jest, gdy się człowiek nudzi. Zdanie "nudzi mi się" wypadło z mojego słownika, a gdy słyszę te słowa u innych osób mój poziom agresji zaczyna przekraczać stan alarmowy. Bo jakże można się nudzić gdy tyle jest ciekawych rzeczy na świecie? Książka Colette to książka o znudzonych paniach i zblazowanym młodzieńcu. Nic więc dziwnego, że jej treść powodowała u mnie nerwowe zgrzyty uzębienia. Jednak psychologiczna głębia i dystans z jakim napisana jest ta powieść sprawiły, że zatopiłam się w lekturze. Panie, o których pisałam powyżej, to luksusowe zamożne metresy, nie pierwszej już młodości. Lea cieszy się bliskością swojego młodego kochanka. Siedmioletni związek z Cheri, synem jej przyjaciółki daje jej więcej niż poprzednie związki. To Lea utrzymuje młodzieńca, dba o jego wszystkie potrzeby, zastępuje mu matkę, szkołę, kochankę. Sama spełnia się we wszystkich tych rolach i w zasadzie nie potrzeba jej już nic innego. Kiedy matka Cheriego podejmuje decyzję o jego ślubie z młodziutką Edmee, Lea życzy Cheriemu szczęścia, a sama znika na południu Francji by lizać rany po utracie kochanka. Dopiero rozłąka uświadamia jej i jemu jak wiele dla siebie znaczyli... A co z tą nudą? Jedynymi zajęciami tych obiboków jest podejmowanie decyzji kiedy ma zjawić się manicurzystka i fryzjerka. Snują się od okna do okna, zerkają w lustra, wylegują się w łóżku, wychodzą na konwencjonalne spotkania z nielubianymi znajomymi i wciąż narzekają na zbyt wolno płynący czas. I żeby jeszcze byli w utyskiwaniu na czas konsekwentni, ale nie - czas płynący powoli podczas długich aktów "nic-nie-robienia", zmienia się we wroga, gdy okazuje się, że jego upływ nie przysparza Lei ani urody, ani świeżości... Starzenie się jest poważnym problemem kochanki Cheriego. Różnica wieku wynosząca 24 lata wcale nie działa na jej korzyść. Kobieta przekonuje się o tym, gdy jej młody kochanek dostrzega podwójny podbródek i pomarszczoną szyję, co uświadamia mu jak bardzo jego tęsknota wypaczyła obraz byłej partnerki. Wreszcie Cheri zaczyna rozumieć, iż przyszedł czas na bycie dorosłym, podejmowanie decyzji i bycie odpowiedzialnym za drugiego człowieka - w tym przypadku młodą i cierpliwą żonę. Zatem powieść "Cheri" to powieść także o starzeniu się i dojrzewaniu. Zastanawiam się czy wydanie książki w latach dwudziestych ubiegłego wieku stało się skandalem, czy może czytelnicy już wtedy nie szokowali się romansem byłej kurtyzany i o połowę młodszego rozpieszczonego młodzieńca.
Moja ocena: 4/6
środa, 13 kwietnia 2011
Wyspa kanibali, Nicolas Werth
Znak literanova, 2011 Liczba stron: 290 Lata trzydzieste w Związku Radzieckim przebiegały bardzo burzliwie. Wpływ na procesy społeczne wówczas zachodzące miała przede wszystkim polityka Stalina narzucająca rolnikom powszechną kolektywizację, wysokie normy produkcji przekraczające ich możliwości oraz proces oczyszczania dużych miast z "elementów zdeklasowanych i szkodliwych społecznie". Kto zaliczał się do tego niechlubnego grona? Przede wszystkim tzw. kułacy, którzy wywodzili się głównie z byłych posiadaczy ziemskich, osoby zajmujące się handlem, osoby bez stałego meldunku, byli przestępcy, włóczędzy, żebracy. Wszystkie te osoby przymusowo wywożone były na tereny Syberii, by osiedlać nieprzyjazne okolice. Nie trzeba dodawać chyba, iż tak ogromne przedsięwzięcie było skazane na porażkę. Przesiedleńcom nie zapewniono najbardziej niezbędnych narzędzi, żywności, ciepłych ubrań. Spiętrzały się problemy logistyczne w obozach pośrednich, z których wysyłano transporty w głąb kraju. Na skutek zaniedbań wiele osób zapadało na choroby, umierało z głodu, chłodu i wycieńczenia. Ci, którzy dotarli na miejsce przeznaczenia byli albo zbyt słabi by zająć się stawianiem baraków i organizowaniem obozowiska w środku lasu, albo też brakowało im do tego motywacji. Wielu próbowało uciec, inni koczowali w ziemiankach, licząc na opiekę państwa, które skazało ich na pobyt w syberyjskiej tajdze. Służby odpowiedzialne na miejscu za logistykę i wyposażenie osiedleńców w niezbędny sprzęt były niezbyt liczne, brakowało im autorytetu, naglił czas, kolejne przybywające z Moskwy i Leningradu transporty z tysiącami wygnańców zawężały pole działania. Wszystko to złożyło się na przyczyny tragedii, do której doszło na wyspie Nazino - od 1933 roku nazywanej Wyspą Kanibali. Grupa ponad 6 tysięcy osób została przewieziona na niewielką wyspę na rzece Ob bez odpowiedniego zaopatrzenia w żywność, leki, ciepłe ubrania czy sprzęt niezbędny do postawienia baraków zapewniających dach nad głową. Spadająca poniżej zera temperatura, brak dostępu do żywności, nieudolność strażników oraz szerząca się anarchia doprowadziły do zachowań nieludzkich na wyspie. Oprócz aktów kanibalizmu, do których dopuszczali się wycieńczeni ludzie, dochodziło do samosądów, a także nadużywania władzy przez wyposażonych w karabiny i pistolety nielicznych strażników. W czasie lektury nie sposób nie myśleć o nieludzkiej machinie władzy, która nie dość, że wysysała z ludzi wszystkie siły i środki, to jeszcze dopuszczała do sytuacji, w których życie człowieka nie miało najmniejszego znaczenia. Najważniejsze w tym kraju były i są normy, które należy wykonać, a najlepiej przekroczyć. Absurdalne i horrendalne są fragmenty dotyczące odgórnie narzuconych norm dotyczących likwidacji "elementów niepożądanych". Nadgorliwi wykonawcy egzekucji częstokroć zwracali się do przełożonych z prośbą o zwiększenie norm. Podobnie było w przypadku oczyszczania miast z niechcianych tam mieszkańców - aby sprostać normom organizowano regularne łapanki, w wyniku których deportowano dzieci, przyjezdnych, czy osoby, które nie zabrały ze sobą dokumentu potwierdzającego tożsamość. Człowiek w ZSRR nie znaczył wiele, na pewno nawet w połowie nie był tak ważny jak górnolotne a niewykonalne plany polityków. To smutna ale prawdziwa książka, rzetelnie udokumentowana pod względem historycznym. Obnaża mechanizmy władzy, pokazuje w jaki sposób budowane było imperium radzieckie i pośrednio wskazuje przyczyny upadku Związku Radzieckiego.
Moja ocena: 5/6
środa, 06 kwietnia 2011
Ja, Tituba, czarownica z Salem, Maryse Conde
Wydawnictwo W.A.B., 2007 Liczba stron: 281 Nie tak dawno odgrażałam się, że chyba przestanę czytać książki z Serii z miotłą, ponieważ prawie wszystkie dotyczą przemocy wobec kobiet. Zachęcona zostałam w komentarzach do lektury "Tituby", ponieważ według komentujących, książka ta ujmuje temat w sposób mniej drastyczny. Rzeczywiście okazało się to prawdą, chociaż tematyka powieści daleka jest od lekkości czy trywialności. Tituba urodziła się na Barbadosie w siedemnastym wieku, kiedy to brytyjscy koloniści zaczęli podbijać kontynent amerykański. Tituba była córką niewolnicy i białego człowieka. Gdy dziewczynka miała kilka lat, jej matka została powieszona za podniesienie ręki na białego człowieka, kiedy ten chciał ją zgwałcić. Po egzekucji, dziecko wychowywane była przez obcą kobietę, która za swojego życia starała się nauczyć Titubę jak najwięcej o mocy roślin, zwierząt oraz o tym jak sprawić, by duchy przodków pomagały w doczesnym świecie. Ze względu na nietypowy kolor skóry oraz przypisywane Titubie cechy czarownicy, żyła na uboczu wsi, nie niepokojona przez innych, chyba, że chorych lub proszących o radę. Samotność jednak znudziła się Titubie i postanowiła związać się z mężczyzną, który był niewolnikiem i pracował w domu samotnej wdowy. Niewolnictwo, które Tituba sama na siebie nałożyła idąc za głosem serca oraz pożądaniem, niestety przyniosło ze sobą fatalne dla niej skutki. Społeczeństwo purytańskie w sposób bezwzględny wymuszało na niewolnikach posłuszeństwo oraz całkowitą ascezę. Ponadto odznaczało się niepojętą dla prostej czarnej kobiety hipokryzją. Największych upokorzeń oraz niegodziwości Tituba zaznała za oceanem, w okolicach Bostonu, gdzie przeniosła wraz z mężem i kolejnym ich właścicielem - bezdusznym pastorem i jego rodziną. Autorka przedstawia losy niewolników w pruderyjnym, bogobojnym, a jednocześnie okrutnym społeczeństwie purytanów. Słynne już procesy z Salem przedstawione są w książce z punktu widzenia samej oskarżonej o konszachty z diabłem. Tituba zupełnie nie rozumiała o co jest oskarżona, ponieważ nie była w stanie pojąć mentalności chrześcijan, grożących sobie nawzajem ogniem piekielnym, potępieniem i szatanem. Losy Tituby od jej narodzin aż do śmierci pokazują jak łatwo dać się zniewolić i jak trudno uwolnić się od jarzma. Tituba kierując się w życiu miłością i dobrem, stała się ofiarą zarówno dla swojego obłudnego męża, jak i białych ludzi, z którymi starała się żyć w harmonii, a także nieznajomych, którzy oceniali ją po wyglądzie oraz wierząc pogłoskom, jakoby niewolnica ta zaprzedała się diabłu. Mimo dość przygnębiającej tematyki, książka warta jest przeczytania, szczególnie polecam ją osobom, które lubią czytać ludzkie zawikłane historie osadzone w realiach historycznych.
Moja ocena: 5/6
sobota, 19 marca 2011
Dla was, Dominique Mainard
Muza SA, 2011 Liczba stron: 279 Historia Delphine M. zaczyna się banalnie. Zmuszona przez okoliczności w wieku lat szesnastu musi starać się o pracę. Wykonuje proste prace porządkowe, wyprowadza psy, zajmuje się staruszkami i dziećmi. Pieniędzy starcza na bieżące potrzeby. Wraz ze zleceniem u starszej zamożnej i samotnej kobiety - pani Derovitski, zmienia się światopogląd Delphine. Zmienia się ona sama. Za sprawą zleceniodawczyni dziewczyna zapisuje się na kursy czytania i pisania, przychodzi do starszej pani codziennie, a przed jej znajomymi odgrywa rolę córki, za którą pani Derovitski tęskni. Udawanie innej osoby wskazuje Delphine drogę, którą powinna obrać. Otwiera agencję "Dla was", która świadczy nietypowe usługi. W wyznaczonych, umówionych godzinach Delphine lub któryś z jej współpracowników, spełnia marzenia opuszczonych kochanków, stęsknionych staruszków. Za wszystkie te zlecenia pobiera sowite wynagrodzenie. Niestety, działalność "Dla was" budzi spore zastrzeżenia natury moralnej - do czego może posunąć się Delphine? Czy swoim chłodnym, profesjonalnym zachowaniem pomaga czy rani uczucia osób, które się do niej zwracają? Jej relacje z klientami są wyzbyte wszelkiego współczucia, Delphine sprowadza swoją rolę do wykonawcy usługi, odgradzając się ogromnym murem od emocji, którymi kipią osoby szukające u niej ulgi. Sama nie zdaje sobie sprawy z tego kim się stała - kamieniem, zamkniętą ostrygą, która cała oddaje się pracy, ale nie widzi w niej niczego więcej, jak tylko źródła dochodów. Oczywiście można by dyskutować nad tym, że trudne życie tak ukształtowało Delphine, że brak zainteresowania ze strony najbliższch przełożył się na oschłość jej kontaktów w dorosłym życiu. Można by także stanąć murem za Delphine i bronić jej zaciekle, iż samotność rekompensowała sobie zarobkami i marzeniami o powiększeniu agencji i przeniesieniu jej do lepszej dzielnicy. Tylko co z tego, skoro sama zainteresowana na pewno nie chciałaby, aby ktoś za nią się ujął - przyzwyczajona do samodzielności, samotności i swojego indywidualizmu, nikogo nie dopuszcza do swoich licznych sekretów i do swojego serca. Do czasu. Nieznajomy, który pojawia się u niej z kilkoma zeszytami z prośbą o ich przepisanie wzbudza w niej lawinę uczuć - od strachu, poprzez fascynację aż po miłość. Co Delphine zrobi z tym nagłym przypływem uczuć? Ostatnio wybieram ze stosów książek zgromadzonych w domu, właśnie takie, które stawiają przede mną pytania natury moralnej i etycznej. "Dla was" okazała się także taką książką. Choć liczyłam bardziej na rozrywkę, to szybko dałam się ponieść powieści mocno grającej na emocjach, chociaż napisanej w bardzo stonowany sposób. Opowiadanej szeptem, tak jak zdradza się najbliższemu swoje sekrety. Z biegiem fabuły coraz więcej sekretów Delphine wychodzi na jaw, a wraz z nimi zmienia się stosunek czytelnika do głównej bohaterki. Z podziwu, poprzez pogardę do współczucia. Zamykając książkę współczułam jej, że tak bardzo zatraciła się, w tym, co robiła, że zgubiła po drodze człowieczeństwo i ludzkie odruchy, a w rezultacie przegrała dużą część swojego życia.
Moja ocena: 5/6
niedziela, 23 maja 2010
Coś do ukrycia, Dominique Barberis
Muza SA, 2010 Liczba stron: 142 Francuska literatura współczesna zaczyna jawić mi się jako jednorodny twór - styl, w jakim napisane zostały "Czerwona sofa", "Odchodzę" i "Coś do ukrycia" zdaje się należeć do jednego autora. Tempo akcji, nasycenie powieści melancholią, waga jaką autorzy przywiązują do opisów niesprzyjającej pogody i nieśmiałe wplatanie w powieść wątku kryminalnego, to, moim zdaniem, cechy charkterystyczne francuskiego pisarstwa. "Coś do ukrycia" to powieść psychologiczna z wątkiem kryminalnym. Do prowincjonalnego miasteczka przyjeżdża Marie-Helene, która po latach pragnie uporządkować spadek po zmarłej babce. Mieszkańcy tego miasta pamiętają kobietę z jej pobytów wakacyjnych, gdy była nastolatką. W zasadzie nikt wówczas nie przechodził obok niej obojętnie - swoim wyglądem, stylem życia, obyczajami zwracała na siebie uwagę i prowokowała do plotek na swój temat. Tym razem zostaje rozpoznana przez kustosza muzeum, malarza, który nie odnosi większych sukcesów na arenie sztuki. Mężczyzna podobnie jak wielu innych chłopców, zafascynowany był w młodości Helene, a jego fascynacja przetrwała lata, wciąż będąc podsycana przez przypadkowe spotkania na przestrzeni lat. Kiedy kobieta zostaje zamordowana w domu babki kustosz staje się jednym z podejrzanych. Wątek kryminalny nie jest nadmiernie eksplorowany, poza tym czytelnik poznaje już gotowe wersje zdarzeń i nie uczestniczy w śledztwie. Ważniejszą rolę odgrywa tu wątek psychologiczny - kto i co ma coś do ukrycia? Czy Helene coś ukrywała, czy kustosz ma czyste sumienie, czy kochanek Helene został słusznie aresztowany? Jeśli liczycie na jednoznaczne odpowiedzi to możecie się rozczarować, bo książka ich nie wyjawia. To powieść dla tych, którzy potrafią pobawić się wyobraźnią i pospekulować, nie boją się własnych wniosków, a zabawa z tekstem sprawia im przyjemność. Książkę poleca Czytadełko.
Moja ocena: 4/6
niedziela, 28 marca 2010
Odchodzę, Jean Echenoz
Nois sur Blanc, 2008 Liczba stron: 159 Felix Ferrer odchodzi od żony. Pomieszkuje tymczasowo u swoich kochanek lub na zapleczu galerii sztuki, której jest właścicielem. Żyje z dnia na dzień, pozornie wolny od trosk, lecz w sercu pełen obaw o stan interesów, o brak stałego portu w życiu, o swoje szwankujące zdrowie. Z marazmu wyrywa go śmierć asystenta oraz misja, której się podejmuje. Postanawia wyruszyć na koło podbiegunowe, by odnaleźć zaginione dzieła sztuki eskimoskiej. Pomysł ten zaszczepił mu współpracownik tuż przed niespodziewaną śmiercią. Wyprawa Ferrera kończy się sukcesem, lecz niedługo cieszy się spodziewanym zyskiem, ponieważ kolekcja zostaje skradziona. O czym więc jest ta książka? Łatwiej wymienić o czym nie jest. Nie jest to powieść o policjantach i złodziejach, nie jest to powieść o miłości. To powieść o odchodzeniu. Ferrer opuszcza żonę, opuszcza kochanki, nie próbując zaangażować się w związek. W końcu i on zostaje porzucony, gdy najmniej się tego spodziewa. Ferrer odchodzi o zdrowego rozsądku w scenie konfrontacji ze złodziejem kolekcji. W końcu powoli odchodzi ze świata - poważna choroba, która unieruchamia go na kilka tygodni w szpitalu uświadamia mu nieuchronność losu. Jego odchodzenie nie jest jednak definitywne - niemal za każdym razem cofa się do bezpiecznego miejsca. Po operacji wraca do formy, po ataku szału skłania się ku rozejmowi i polubownemu zamknięciu sprawy kradzieży, po rozwodzie i nieudanych próbach stworzenia innego związku wraca do punktu wyjścia. Jeśli ktoś twierdzi, że mężczyźni są mniej skomplikowani od kobiet, powinien przeczytać tę powieść. Ta niespiesznie snuta, momentami nużąca powieść udowadnia, że mężczyźni więcej skrywają, nie bywają histeryczni, ale podobnie jak kobiety mają problemy z decyzjami, ogarnianiem świata i szukaniem w nim sensu. Zastanawia mnie wciąż kwestia Nagrody Goncourtów, która została przyznana książce w 1999 roku. Naprawdę na to zasłużyła? Nie było ciekawszych powieści? Czy urzekła formą, czy treścią? W czym była tak oryginalna, że otrzymała to znaczące wyróżnienie? Owszem, powieść skłoniła mnie do powyższych refleksji, lecz nie sądzę, by mogła stanowić kamień milowy dla czytelników.
Moja ocena: 4/6
niedziela, 07 lutego 2010
Paryski splin, Charles Baudelaire
Słowo Obraz Terytoria, 2008 Liczba stron: 277 O Baudelairze mówi się w szkole, a potem "przerabia" jeden lub dwa wiersze z tomu "Kwiaty zła". Przynajmniej w mojej wiele lat temu tak było. Do "Paryskiego splinu" się nie zagląda, a szkoda. Mnie przyciągnęły dwie rzeczy, pierwsza jest oczywista - pragnęłam odnaleźć "Oczy biednych", by porównać z piosenką, druga - to nietypowy format i piękne wydanie książki. Trzecia niezwykła rzecz wyszła na jaw już w trakcie czytania - ogromny wkład intelektualny tłumacza książki, który opatrzył ją arcyciekawymi przypisami, o których więcej powiem za chwilę. Sam tytuł zbioru poematów pisanych prozą jest przewrotny - czy Paryż kojarzy nam się ze splinem (melancholią, smutkiem)? Raczej postrzegamy to miasto jako miejsce uciechy, rozrywki, zachwytu nad pięknem architektury. Splin to Londyn - ukryty za mgłą, polewany deszczem. A jednek Baudelaire dociera w swoich tekstach do ciemnej strony miasta i jego mieszkańców. W sposób groteskowy i za pomocą pastiszu pokazuje zło, które siedzi w ludziach - czasem głeboko ukryte, a czasem leżące tuż pod powierzchnią. Jak sam pisze w liście do matki pragnie połączyć "grozę z groteską i czułość z nienawiścią". Moim zdaniem ten zamysł udał się autorowi w stu procentach. Zbiór składa się z pięćdziesięciu poematów (autor planował napisać wiele więcej), każdy z nich o długości nie większej niż 1-4 stron. Poematy koncentrują się na jednym wydarzeniu lub osobie i osadzone są głęboko w czasach, w któych powstały, czyli w połowie XIX wieku. Tłumacz, Ryszard Engelking, wiele uczynił, by ułatwić odbiór tekstów współczesnemu polskiemu czytelnikowi. Książka zaopatrzona jest w obszerne przypisy, w których tłumacz nie tylko definiuje pewne zjawiska, przede wszystkim sięga do innych źródeł i za pomocą odpowiednich cytatów z innych autorów przybliża miejsca i wydarzenia, którym Baudelaire z racji krótkiej formy nie poświęcił wiele miejsca. Dodatkowo, tłumacz wyposażył książkę w ilustracje z oryginalnych drzeworytów pochodzących z XIX wieku, a znajdujących się w jego prywatnej kolekcji. Całość, dzięki staraniom pana Ryszarda Engelkinga oraz nietypowej szacie graficznej, jest uroczą lekturą łączącą poezję języka z prozą życia w tamtych czasach.
Moja ocena: 5/6
piątek, 01 stycznia 2010
Nieznane przygody Mikołajka, Renne Goscinny, Jean-Jacques Sempe
Wydawnictwo Znak, 2009 Liczba stron: 192 Kilka nieznanych opowiadań o Mikołajku, jego kumplach, rodzicach i sąsiedzie tylko rozbudziło mój apetyt na więcej. W prezentowanym tomie opowiadań Mikołajek jak zwykle tłucze się z kolegami, daje się ponieść swojej bujnej wyobraźni, przeżywa rzeczywistość z rzadko spotykaną intensywnością. Opowiadania Goscinnego oprócz dawki humoru i optymizmu mają niewątpliwie funkcję kształcąca, która nie zawiera się w formie morału lecz w osadzeniu fabuły opowiadań w epoce odległej współczesnym dzieciom. Sądząc po wieku Mikołajka szacowanego na 50 lat, opowiadania pochodzą z wczesnych lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Współczesne dziecko ma okazję porównać zabawy i świat Mikołajka z otaczajacą go rzeczywistością. A wtedy tylko Kleofas miał w domu telewizor, kolejka czy balonik zajmowały uwagę dziecka na długie godziny. Wyprawa do teatru była tak wielkim wydarzeniem, że absorbowała całą uwagę dziecka. "Mikołajki" to książki, które czytają wszystkie pokolenia i wszystkie czerpią w z nich tyle samo radości. Tom "Nieznane przygody Mikołajka" zwodzi swoją objętością - bardzo grube strony, ilustracje, układ graficzny oraz notki biograficzne autorów sprawiają, że wydaje się, że czytania i przyjemności płynącej z lektury starczy na dłużej. Okazuje się jednak, że tekstu nie ma zbyt wiele i pozostajemy w stanie niedosytu.
Moja ocena: 5,5/6 |
Zakładki:
Wszystkie zamieszczone na blogu teksty i fotografie są chronione prawem autorskim - wykorzystywanie ich w całości lub we fragmencie bez mojej zgody jest zabronione.
2012
Czytam, bo lubię on Facebook Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
Wyzwania
Tagi
![]() Wypromuj również swoją stronę | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||