Wpisy z tagiem: podróżnicza
wtorek, 24 kwietnia 2012
Gorączka, Tomek Michniewicz
Wydawnictwo Otwarte, 2011 Liczba stron: 368 Nie miałam okazji czytać "Samsary," która rozeszła się w mgnieniu oka. Błyskawicznie wykupiono również dodruk książki. I to nie dlatego, że nie załapałam się na ten chodliwy "towar", ale dlatego, że jakoś nie czułam potrzeby czytania kolejnej książki o podróżach. Dlatego też autor dotychczas był mi nieznany. A raczej znany tylko ze słyszenia, a nie z "przeczytania." "Gorączka" stała na półce z nowościami w bibliotece. Aż taka świeżynka to nie jest, ale biblioteki rządzą się swoimi prawami. W każdym razie została niedawno włączona do księgozbioru. I jakoś zdarzyło się, że zabrałam ją do domu. Żeby przekartkować. Poczytać wyrywkowo, ewentualnie zatopić się w lekturze, gdyby okazało się, że opowieści wciągają. Poleżała kilka tygodni zanim po nią sięgnęłam. I przepadłam... dosłownie. Bo to świetna książka. W dzieciństwie zaczytywałam się książkami o poszukiwaniu skarbów. Do dziś pamiętam emocje, jakie towarzyszyły mi podczas czytania "Wyspy skarbów" Stevensona, czy kolejnych odsłon Pana Samochodzika. Teraz te emocje ożyły za sprawą książki Michniewicza, która opowiada o współczesnych poszukiwaczach i ich gorączce złota. Jego podróż po Ameryce miała kilka etapów podczas których - Las Vegas, Nowy Meksyk oraz wyspy karaibskie. Las Vegas to mekka poszukiwaczy skarbów. Poszukiwaczy wygodnych i żyjących mrzonkami o bogactwie. Michniewicz pokazuje co kryje się za blichtrem Las Vegas i jak to się dzieje, że zwycięzcami są tylko właściciele kasyn. Dalsza podróż to pustynny Nowy Meksyk. Surowy krajobraz był świadkiem gorączki złota, która opanowała hiszpańskich konkwistadorów w siedemnastym wieku. Do dziś znajdowane są skrytki z ukrytymi wśród kamieni kosztownościami. Tyko, że konkurencja jest duża i groźna. Śmiertelnie groźna. Najbardziej bajkową amerykańską opowieścią jest ta o poszukiwaniach skarbów w morzu. Niezliczona liczba hiszpańskich statków zatonęła w drodze do Hiszpanii. Każdy z nich wyładowany był po brzegi zrabowanymi kosztownościami. I rzeczywiście są tacy, którym się powiodło. Wyobrażacie sobie dno morza pokryte złotymi monetami, sztabkami złota, szmaragdami i innymi dobrami, których wartość historyczna jest znacznie większa od wartości kruszcu, z którego zostały wykonane? Afrykańskie podróże wydały mi się bardziej przygnębiające - począwszy od okropnie depresyjnego obrazu RPA, które nosi w sobie pokłady nienawiści aż po historię, która wydarzyła się w rezerwacie nosorożców. Jednakże gorączka złota to również sprawa afrykańska. Z tym, że często nie chodzi o złoto, ale inne rzeczy, które można z zyskiem spieniężyć - i niestety, często jest to kość słoniowa i rogi nosorożców. Warto podkreślić, że książka jest ilustrowana. Zdjęć jest sporo, są dobrej jakości - tzn. robione z głową, bo przedstawiają to, co autor chciał pokazać w całej okazałości. Ponadto są podpisane i zajmują odpowiednie miejsce w książce, uzupełniając tekst. Piszę o tym, bo ze zdjęciami jest różnie i często bywają dla mnie przyczyną frustracji, kiedy nie umiem dopasować zdjęcia do tekstu, bo wydawnictwo postanowiło wklejać je na chybił-trafił. Co najbardziej ujmuje w "Gorączce"? Wydaje mi się, że wachlarz emocji - od zdziwienia po zachwyt, od obrzydzenia do strachu, od irytacji po wściekłość. Z każdą kolejną odsłoną i nową podróżą zmienia się nastawienie czytelnika. Sam autor, choć oczywiście widoczny w książce, nie jest jej punktem centralnym i nie narzuca interpretacji faktów. Pokazuje różnorodność świata i jego odcienie. Pisze o faktach mało znanych, a bardzo ciekawych. W takiej sytuacji, nie pozostało mi nic innego, jak sprawdzić w których bibliotekach jest "Samsara," bo to chyba nie przypadek, że tak szybko zniknęła z księgarskich regałów.
Moja ocena: 5,5/6
czwartek, 12 kwietnia 2012
Żony polarników, Kari Herbert
Carta Blanca, 2011 Liczba stron: 356 Wydaną wcześniej książką "Córka polarnika" Kari Herbert zabiera nas w podróż sentymentalną na Grenlandię do krainy, w której spędziła dzieciństwo - pokazuje w niej jakim przemianom uległ kraj skuty lodem, co wnieśli w nią polarnicy i jak wygląda współczesne życie Innuitów. Najnowsza jej publikacja pt: "Żony polarników" koncentruje się na historii odkryć geograficznych w rejonach polarnych bieguna północnego i południowego. Główny punkt ciężkości położony jest na żony znanych polarników, ale nie da się pisać o kobietach i przemilczeć dokonania ich sławnych mężów. Dokonania Scotta, Shackletona, Peary'ego czy Franklina są znane, ale czy ich losy potoczyłyby się podobnie gdyby nie mieli wsparcia ze strony kobiet? Trudno odpowiedzieć na te pytania, warto jednak poczytać o roli małżonek w eksploracjach polarnych. Żona Peary'ego, podobnie jak wiele lat później matka Kari Herbert, dała się w rejony polarne żeby być bliżej męża. Żona Shackletona wspierała jego starania i nie utrudniała rozstania powściągając negatywne emocje i strach, dbając o dzieci i robiąc dobrą minę do złej gry, gdy w domu zaczynało brakować pieniędzy. Niejedna z nich była zdradzana przez mężów pozostających w ciągłych podróżach - zanim bowiem wyruszyli na koło podbiegunowe, polarnicy musieli zdobyć fundusze na wyprawę, co wiązało się z lobbowaniem i wykładami dla szerokich rzesz publiczności. Jedna z żon podsumowała, że na 23 lata małżeństwa spędziła z mężem zaledwie 3 lata. Książka podaje dużo ciekawych informacji o wyprawach polarnych, wyścigu z czasem, swoimi słabościami, konkurentami w drodze po zaszczyty i sławę. W porównaniu do naszych czasów, kiedy wystarczy wystąpić w najbardziej szmatławym odcinku reality show, aby zyskać rozgłos, ci ludzie wspinali się na prawdziwe wyżyny heroizmu. Niektórzy z nich posuwali się jednak za daleko, a zdobycie bieguna stawało się dla nich obsesją, na którą nie było antidotum. Najmniej podobały mi się rozdziały dotyczące matki pisarki, ponieważ spomiędzy wierszy spozierała na mnie jakaś newage'owa nawiedzona paniusia, szukająca pociechy w rozmaitych zabobonach. O Wallym Herbercie czytałam natomiast z niekłamaną przyjemnością, podziwiając jego hart ducha i pasję. Z największym zdumieniem przyjęłam informacje o żonie Johna Franklina, która przez większość swojego życia oddawała się rozlicznym podróżom (a był to wiek XIX, kiedy podróż nie była komfortowa). Ponadto w późniejszym wieku zorganizowała ekspedycje ratownicze, kiedy utracono kontakt z członkami wyprawy na koło podbiegunowe. I choć zajęło jej to wiele lat, zdołała oczyścić imię swojego męża, którego ekspedycja zakończyła się fiaskiem i śmiercią całej załogi. To dzięki żonie, Franklin uznawany jest za bohatera a nie za nieudacznika, jakim w dużej mierze był. Warto sięgnąć po tę poszerzającą horyzonty książkę o heroizmie tych, którzy odpływali, i tych, które zostawały same na polu bitwy o godność i dobre imię rodziny. Szkoda tylko, że książka zawiera niewiele fotografii. Szczerze polecam, podobnie jak: Moja ocena: 5/6
środa, 04 kwietnia 2012
Podróże małe i duże, Wojciech Mann, Krzysztof Materna
Znak, 2011 Liczba stron: 272 Znani z telewizji i radia panowie Mann i Materna odkurzyli stare teksty i w całkiem luksusowej formie ruszyli na podbój regałów księgarni. Podbój okazał się dużym sukcesem, bo twarze znane, powszechnie lubiane i darzone sympatią sprzedadzą wszystko - nawet lekko nieświeże teksty. Tak... nie mylicie się. Nie bardzo mi się podobało. Duet autorski wspomina swoje podróże po świecie, które ilustrowane są marnej jakości amatorskim zdjęciami, które z kolei dość dobrze oddają klimat lat osiemdziesiątych. Zaczynają od podróży odbytej luksusowym statkiem, na którym występowali w szeroko pojętej roli konferansjerów. Jak wszyscy podróżujący tym statkiem i oni mieli nadzieję na dokonanie lukratywnej wymiany handlowej na śródziemnomorskich rynkach. W przeciwieństwie jednak do starych wyjadaczy, panowie M i M większego sukcesu nie odnieśli. I jako nieliczni z grupy oddali się zwiedzaniu mijanych portów. Inne podróże to przede wszystkim odkrywanie pełnego barw, zamożnego zachodu oferującego przybyszom ze wschodu kolorowy zawrót głowy. To, co powstrzymało podróżników od całkowitego zachłyśnięcia się bogactwem produktów na półkach to oczywiście fundusze. Z tymi rzeczywiście na początku było krucho - ciągłe przeliczanie cen w restauracjach i w sklepach to coś, co każdy z nas, przedstawicieli starszego pokolenia, zupełnie nieźle pamięta. W przypadku duetu M & M mamy jeszcze dużo wspomnień zakrapianych trunkami, które łagodziły szok przejścia przez granice, dużo wypalonych papierosów i kilka zabawnych anegdot. Nie na tyle jednak zabawnych, abym je zapamiętała. Chociaż skończyłam lekturę 24 godziny temu jestem w stanie przytoczyć może ze dwie historyjki. Najbardziej utkwiły mi w pamięci wspomnienia Krzysztofa Materny, który z zapaleniem spojówek czy inną uciążliwą przypadłością okulistyczną udał się na wymarzony i wyśniony turniej golfowy w RPA. Życie szybko zweryfikowało jego marzenia i jak to czasem się zdarza, K. M. mógł co najwyżej obejść się smakiem niewykorzystanych okazji. Jak przyznali autorzy, książka powstała dla pieniędzy. Ja ją jednak chciałam przeczytać dla przyjemności... Dostałam książkę nijaką, mało śmieszną i sztampową - każdy kto mógł podróżować w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych mógłby opowiedzieć podobne anegdoty i pokazać wyjęte z domowego archiwum zdjęcia z uciętymi dachami fotografowanych zabytków...
Moja ocena: 3,5/6
niedziela, 11 grudnia 2011
Witamy w piekle, Dom Joly
Carta Blanca, 2011 Liczba stron: 277 Książka opatrzona jest podtytułem: "Wyprawy do miejsc odradzanych przez biura podróży". Dom Joly jest komikiem znanym z telewizji. Jego prześmiewczy program Trigger Happy TV jest bardzo popularny w Wielkiej Brytanii. Sam Joly pochodzi z Libanu, w którym się urodził i spędził pierwsze lata życia. Do tej pory w Libanie mieszka jego przyrodnie rodzeństwo, ale sam Dom, mimo egzotycznego pochodzenia i urody, jest na wskroś brytyjski. Komik postanawia zostać tanatoturystą (mrocznym turystą) i udać się w podróż do miejsc śmierci i katastrof odznaczających się szczególnie makabrycznym charakterem. Oprócz Czarnobyla, Dallas, Nowego Jorku i Kambodży jedzie również do Korei Północnej i Iranu - krajów reżimu totalitarnego. W sumie odwiedza sześć krajów. Wspomnienia i obserwacje zawarł w tej książce, a zdjęcia z podróży można obejrzeć na stronie Doma na Fejsbuku (TUTAJ i TUTAJ), aczkolwiek polecałabym najpierw przeczytać "Witamy w piekle". Dom pisze ciekawie, często ironicznie i prześmiewczo. Jednocześnie, dotyka spraw trudnych - problemu bezkarności oprawców armii Pol Pota w Kambodży, wyobcowania ludności Korei Północnej, ubóstwa tego kraju, absurdów do jakich dochodzi w tzw. strefie wykluczenia wokół Czarnobyla. Podczas każdej podróży stara się dotrzeć do miejsc odwiedzanych przez zwykłych mieszkańców. Nie jest to możliwe w Korei, gdzie grupie turystów na każdym kroku towarzyszy koreański przewodnik. Z początku wydawało mi się, że nie do końca będzie mi odpowiadał język reportażu, bałam się wtrąceń "komika" oraz niesmacznych dowcipów. Okazało się, że reportaże da się czytać i czerpać z lektury wiedzę i przyjemność. Tym bardziej, że wcześniej już poznałam literacko niektóre z opisanych przez Doma Joly miejsc. Joly zabrał mnie w fascynującą podróż w czasie do: Iranu - znanego mi: z rewelacyjnego komiksu "PERSEPOLIS" Marjane Satrapi, który opowiada o dzieciństwie w Teheranie lat osiemdziesiątych, z niezapomnianego reportażu Ryszarda Kapuścińskiego "SZACHINSZACH" oraz ciepłej opowieści o trzech irańskich siostrach na emigracji pt: "ZUPA Z GRANATÓW." Czarnobyla - znanego mi: z przejmującego albumu opatrzonego wspomnieniami fotografa Igora Kostina (CZARNOBYL. SPOWIEDŹ REPORTERA) Korei Północnej znanej mi: z komiksu "PHENIAN", w którym Guy Delisle opisuje i ilustruje swoje wrażenia z dwumiesięcznego pobytu w tym zamkniętym dla turystów kraju. Wszystkie zalinkowane powyżej lektury gorąco polecam, podobnie jak reportaż "Witamy w piekle", któremu wystawiam ocenę:
5/6
niedziela, 04 grudnia 2011
Córka polarnika, Kari Herbert
Carta Blanca, 2011 Liczba stron: 404 Od kilku miesięcy nie mogłam się zabrać do czytania tej książki: z jednej strony bardzo mnie do niej ciągnęło, z drugiej coś mnie odstraszało. Po dłuższym zastanowieniu nad przyczyną odsuwania książki na dalszy plan, wywnioskowałam, że boję się czytania o zimnie, śniegu, lodzie i znienawidzonej przeze mnie zimie. 1 grudnia wreszcie postanowiłam zmierzyć się z moimi uprzedzeniami i strachami - w końcu do Polski też za chwilę zawitają śnieg i mrozy. Kiedy zaczęłam czytać (szczelnie otulona kocem, żeby nie dopadło mnie zimno z kart powieści), natychmiast wsiąkłam w atmosferę opisywanych miejsc. Kari Herbert jest córką polarnika - jej ojciec Wally Herbert przemierzył biegun północny i przebywał na terenach podbiegunowych przez wiele lat w latach 60 ubiegłego wieku. Kiedy Kari miała 10 miesięcy zamieszkała z rodzicami w małej chatce u wybrzeży Grenlandii. Polarnicy zostali przyjęci w wiosce z otwartymi ramionami - Wally ceniony był przez Inughuitów za swoje umiejętności, a mała Kari rozpieszczana była przez sąsiadującą z nimi rodzinę. Wychowywała się wśród eskimoskich dzieci i mówiła ich językiem. Później rodzina Herbertów jeszcze kilkakrotnie przyjeżdżała na Grenlandię. Dorosła Kari postanawia odnaleźć swoją eskimoską rodzinę i spędzić z nimi wakacje. Planuje napisać książkę o ludności zamieszkującej najbardziej niesprzyjające ziemie. Podczas letniego oraz wiosennego pobytu Kari lepiej poznaje panujące zwyczaje. Widzi wpływy świata zachodu na kulturę i zachowanie Inughitów. Wszechobecny alkohol jest przyczyną wielu nieszczęść, dzieci spędzają czas przed telewizorem i nie za bardzo interesują ich tradycyjne zajęcia myśliwych, globalne ocieplenie topiące lód, odcina myśliwych od ich odwiecznych terenów łowieckich. Ludzie są pozornie szczęśliwi i zadowoleni ze swojego życia - jednakże statystyki samobójstw, także wśród młodzieży, świadczą coś odmiennego. Kari Herbert pokazuje stosunki rodzinne, gościnność rdzennych mieszkańców Grenlandii, ich codzienne troski i radości. Broni ich prawa do połowu narwali, które jest podstawą przeżycia wielu rodzin. Bierze udział w letnim obozie oraz wyprawie na opuszczoną teraz wyspę, na której mieszkała z rodzicami. Nie ukrywa faktów o przemocy, biedzie, brudzie i słabym wykształceniu mieszkańców. Chociaż Inughitów traktuje jak rodzinę, to reporterski obowiązek i pragnienie obiektywizmu bierze górę i w książce znaleźć można również wiele niepokojących faktów. Oczywiście, nawet w najmniejszym stopniu nie zostałam zachęcona do wyjazdu w tamte strony (zniechęca mnie zimno, dieta rodzimych mieszkańców, pożywiających się wielorybim tłuszczem oraz rozwleczone przed domami resztki zabitych zwierząt), to książka wzbudziła we mnie szacunek dla tych ludzi. Opisy pokazujące strategie przetrwania w ostrym klimacie i codzienne zmagania z naturą - niezachodzącym prze letnie miesiące słońcem i kilkumiesięczną zimową ciemnością, wzbudziły mój podziw. Nie mniejszym zachwytem obdarzam również myśliwych, którzy wyprawiają się na polowanie na lądzie i na wodzie. Ich swoisty instynkt łowiecki oraz zespolenie z naturą są podstawą przetrwania. I chociaż rzadko się zdarza żebym zapamiętała z lektury dane geograficzne, czy imiona bohaterów, to ta książka - reportaż otworzyła mi oczy na kulturę, której dotychczas prawie nie znałam. Cieszę się, że na księgarskich półkach jest już kolejna książka Kari Herbert, pt: Żony polarników. Siedem niezwykłych historii.
Moja ocena: 5/6
piątek, 07 października 2011
Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia, Marek Tomalik
Wydawnictwo Otwarte, 2011 Liczba stron: 320 Australia to zdecydowanie mój number one marzeń podróżniczych. Przyciąga mnie jej egzotyka, odmienność fauny i flory, niesamowite kolory oraz mentalność samych Australijczyków. Nie ciągnie mnie na ekstremalne wyprawy przez nieuczęszczane szlaki, ale chciałabym zobaczyć życie miejskie oraz niezmierzone połacie Outbacku. Marek Tomalik w Australii był wiele razy, ze swoimi żonami i dziećmi, organizował również ciężkie przeprawy do miejsc mało znanych i niedostępnych, jechał szlakiem Pawła Strzeleckiego. W książce opisuje fragmenty swoich wypraw, pokazuje ludzi zamieszkujących ten kontynent i ich wszechobecną postawę no worries. Udało mu się również zbliżyć (o ile to możliwe) to rdzennej ludności Australii - Aborygenów. Dużo opowiada o podróżowaniu w tym kraju, ekstremalnych temperaturach, częstych pożarach buszu, problemach z licznymi stadami kangurów oraz opowiada o endemicznej roślinności tego obszaru. Nie trzyma się jednak kurczowo Australii - przytacza rozmowę z polskim naukowcem, który bada pochodzenie i wykorzystywanie znalezionego na terenie polskich gór bumerangu. Książka ilustrowana jest licznymi fotografiami. Miałam z nimi jednak pewien problem - często nie ilustrują tekstu położonego bezpośrednio przy nich. Np. autor opowiada o ogromnych farmach w Australii i locie samolotem nad jedną z nich. Fotografia z tego lotu znajduje się dobre sto stron dalej. Pisze o roślinach, a na zdjęciach znajdują się jakieś inne gatunki. Nie lubię tak - najwięcej radości sprawiają mi książki, w których tekst od razu ilustrowany jest fotografią. Druga sprawa, która mi nie leżała to fakt, że zabrakło chronologii - nie wiedziałam w sumie ile razy i kiedy autor był w Australii. Może to mało istotne, ale jeśli wspomina, że bywał tam ze swoją pierwszą żoną, drugą żoną, kolegami i wspomnienia z różnych pobytów umieszcza w jednym rozdziale, to trochę mnie to wytrąca z rytmu czytania. Najchętniej powykreślałabym te osobiste dopiski wyróżniające każdą z żon, żeby nadać tekstowi spójności. Oprócz obrazów tego fascynującego kontynentu w książce znaleźć można rady dla osób wybierających się w trasę po Australii, gorzkie wspomnienia dotyczące niesnasek w zespole i w rezultacie podzielenia się grupy podróżników, mały słownik wyrażeń australijskich, informacje o wierzeniach Aborygenów, a nawet rady jak podróżować z dzieckiem. Dla mnie to trochę za dużo - wolałabym poczytać o samej Australii. Dlatego nie jestem aż tak bardzo entuzjastyczna w ocenie tej książki, choć podzielam pasję M. Tomalika.
Moja ocena: 4/6
poniedziałek, 25 lipca 2011
Mordercy w mauzoleach, Jeffrey Tayler
Carta Blanca, 2011 Liczba stron: 410 Jeffrey Tayler jest Amerykaninem od kilkunastu lat mieszkającym w Rosji. Jest również dziennikarzem i podróżnikiem. Wydaje książki ze swoich podróży po świecie. Podróż, o której mowa w tej książce, rozpoczęła się wiosną 2006 roku w Moskwie, a skończyła jesienią w Pekinie. Tayler przejechał trasę na wschód korzystając z różnych środków transportu, pociągów, taksówek, autobusów i zatrzymując się w miejscach, które z różnych powodów chciał bliżej poznać. Nie była to jego pierwsza podróż w tamte rejony, ale pierwsza tak szczegółowo udokumentowana. Tyler stara się jak najwięcej rozmawiać ze swoimi przewodnikami, osobami, które go goszczą oraz przygodnymi towarzyszami podróży. Posługuje się językiem rosyjskim, tureckim i chińskim. Interesują go poglądy mieszkańców byłych republik Związku Radzieckiego, na temat przemian w latach dziewięćdziesiątych, rządów Putina oraz spuścizny kulturowej danego regionu. Z wielu zanotowanych rozmów i obserwacji wyłania się smutny i trochę przerażający obraz mieszkańca Rosji. Prawie wszyscy tęsknią za czasami ZSRR, kiedy to państwo gwarantowało jako taki dobrobyt, a przynajmniej nie było widać rażących różnic w stanie posiadania - wszyscy mieli takie samo nic. Teraz biedni, którzy stanowią znaczną większość społeczeństwa pomstują na tych, którzy dorobili się majątków korzystając na reformach wprowadzonych przez Jelcyna. "Sowieci zaszczepili nam wszystkim przekonanie, że pensja się należy, czy się pracuje, czy nie. Jesteśmy za leniwi, żeby sie odrodzić, bo to oznacza pracę. Nikomu się nie chce pracować." To jeden z nielicznych rozsądnych i zdolnych do oceny głosów. Większość głównie narzeka, pomstuje na swój los, krytykuje Busha i chwali Putina oraz Stalina, który gdzie się nie obejrzeć uznawany jest za bohatera narodowego. "Stalin zrobił, co musiał. Żeby się zjednoczyć, Rosja potrzebuje silnego władcy." Tayler komentuje to w następujący sposób: 'W kontekście Rosji silny władca zawsze, bez wyjątku, oznacza siedzącego na tronie zabójcę, który w imię racji stanu likwiduje wszystkich ośmielających się sprzeciwiać narzuconej przez niego polityce, często bezsensownej i szkodliwej." Stąd też tytuł książki - mordercy czczeni są w mauzoleach w Moskwie, Pekinie i na terytorium Mongolii Wewnętrznej, gdzie znajduje się symboliczne mauzoleum Czyngis-chana. Wstrząsnęła mną jeszcze jedna wspólna cecha wszystkich bez wyjątku rozmówców Tylera - nienawiść na tle etnicznym. Mieszkające obok siebie narody (często sztucznie przeszczepione na dany grunt) wzajemnie sobą pogardzają. Aż dziw, że Rosją nie wstrząsają coraz to nowe wojny domowe. Jak żyć w takim kraju? Rosjanie dostosowują się do warunków, które pośrednio sami sobie stworzyli. Najlepszym sposobem na znieczulenie jest alkohol, spożywany przez wszystkich i wszędzie. Następnie - łapownictwo. W Rosji niczego się nie załatwi bez łapówki, a nawet odrobina władzy predysponuje człowieka do sięgania po pieniądze innych. I jeszcze poczucie humoru i podchodzenie do życia z humorem: "... jedyne podejście, jeśli chce się zachować zdrowie psychiczne w kraju, w którym wszelka nadzieja na reformy zgasła, ludzie bogaci to oszuści i złodzieje, ludzie ubodzy - gamonie i nieudacznicy, a oszustwo jest zinstytucjonalizowane." Jednak tak naprawdę nie ma się z czego śmiać. Mnie nie było do śmiechu. Książka dużo mnie nauczyła i wskazała problemy, o których nie miałam większego pojęcia. Polecam!
Moja ocena: 4.5/6
wtorek, 19 lipca 2011
Mój chłopiec, motor i ja, Halina Korolec-Bujakowska
WAB / Poradnia K, 2011 Liczba stron: 367 Aż ponad siedemdziesiąt lat musiało upłynąć od momentu zakończenia podróży do momentu publikacji zapisków poczynionych przez Halinę. Niestety upłynęło też dużo czasu od śmierci Haliny i Stacha. Książką mogą się jednak cieszyć niezliczone rzesze czytelników oraz rodzina Bujakowskich. A opowieść w niej zapisana jest niesamowita! Wkrótce po ślubie Halina i Stach postanowili zrobić coś niezwykłego. Wyruszyć w podróż do najdalszego zakątka Azji, do którego dostać się można lądem - do Szanghaju. Podróż miała to być niezwykła, ponieważ odbyta na motocyklu z koszykiem dla pasażera. Zaplanowali to sobie najpierw nie dzieląc się z innymi, potem wspólnie ze znajomymi zastanawiali się co należałoby zabrać ze sobą. Okazało się, że wszystkiego nie dało się przewidzieć. Zaraz po wyjeździe z Europy zaczęła się prawdziwa przygoda - żar i pył pustyni, błoto pory monsunowej, śniegi w wyższych partiach gór. Ludzie i motor stanowili jedność, bez motoru dalsza podróż nie byłaby możliwa, zatem wypychali go z błota, przenosili nad większymi przeszkodami, reperowali dętki i szprychy kilka razy dziennie, walczyli z żywiołem. A kiedy coś popsuło się na dobre, musieli czekać i pół roku na skraju dżungli na przesyłkę z brakującą częścią. Przez wiele miesięcy doskwierały im wszelkie niewygody - deszcz, chłód, głód, gdy spóźniały się przekazy pieniężne, dręczyły ich choroby (tyfus, malaria, zakażenia), chwilami małżeństwo było wykończone psychicznie. Pociechą stało się przygarnięcie małego niedźwiadka, dłuższy odpoczynek od drogi i życie w rytmie natury. Podróż z Druskiennik do Szanghaju zajęła im trzy lata... Poznali w tym czasie swoją wytrzymałość, hart ducha, siebie wzajemnie. Poznali też dobrych i złych ludzi. Tych, którzy dzielili się z nimi tym, co mieli, chronili ich w drodze, przyjmowali pod swój dach. Oraz tych, którzy bezwzględnie starali się ich wykorzystać, oszukać, okraść. Nie wyobrażam sobie tego zmęczenia, brudu, hałasu i wszędobylskiej ciekawości wieśniaków, którzy otaczali ich obozowisko podczas każdego niemal postoju, nie zostawiając zbyt wiele miejsca na intymność. To byli ludzie wielkiego ducha. Godni podziwu i bardzo sympatyczni. Szkoda, że ich życie zostało pogmatwane zaraz po zakończeniu wyprawy wraz z wybuchem drugiej wojny światowej. Genialna lektura! Dodam jeszcze, że jest bardzo pięknie wydana, zawiera reprodukcje wielu zdjęć robionych podczas wyprawy.
Moja ocena: 5,5/6
czwartek, 23 czerwca 2011
Kobieta na krańcu świata 2, Martyna Wojciechowska
National Geographic, 2011 Liczba stron: 350 Przy okazji filmowania serii programów pod tym samym tytułem powstała ta książka, która pokazuje życie kobiet w różnych zakątkach świata. Kobiety, o których pisze Martyna Wojciechowska, to mieszkanki Azji i Afryki. Książka jest bogato ilustrowana, a zdjęcia są doskonałym uzupełnieniem tekstu. Możemy poznać mieszkankę RPA - Shirley, która porzuciła pracę w salonie piękności, tylko po to. by zamieszkać z emerytowanym strażnikiem parku i jego przybraną córką. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że córka jest młodym hipopotamem o imieniu Jess. Jessica ma fanclub zrzeszający wielbicieli z całego świata, jest gwiazdą filmową, oczkiem w głowie swoich ludzkich przybranych rodziców i ... maszyną napędzającą dochodowy biznes. Członkowstwo w fanclubie, dostęp na stronę internetową, spotkanie z Jess, jej zdjęcia czy zaszczyt pojenia jej herbatą rooibos to spory wydatek. Można się zatem zastanawiać jaka była motywacja Shirley. Poznajemy mieszkanki pogranicza Tajlandii i Birmy - kobiety o najdłuższych szyjach spętanych ciężkim błyszczącym drutem, które są główną atrakcją turystyczną tego regionu. Lecimy nad Afryką samolotem pilotowanym przez filigranową kobietę na stanowisku pilota. Poznajemy życie gejsz w Japonii oraz japońską subkulturę, która zmienia dziewczyny w słodko-różowe księżniczki. Telewizji nie oglądam więc nie miałam okazji zapoznać się z programami Wojciechowskiej, cenię sobie jednak jej pisanie. Mało w nim bowiem samej autorki, a dużo ciekawych faktów, pięknych fotografii, fascynujących światów. Po lekturze takiej książki czuję się mądrzejsza o te kilka faktów, które przyswoiłam oraz podziwiam różnorodność kultur, odmienność kobiecych motywacji i priorytetów oraz siłę ducha, jaką wszystkie się charakteryzują.
Moja ocena: 5/6
środa, 08 czerwca 2011
Żar. Oddech Afryki, Dariusz Rosiak
Wydawnictwo Otwarte, 2010 Liczba stron: 341 Książka wygląda jak typowa pozycja podróżnicza - gruby kredowy papier, kolorowe fotografie, logiczny układ oraz podział na rozdziały zwodzą czytelnika. Potrzeba bardziej wnikliwego spojrzenia na "Żar" by odkryć, że pod cukierkowo słodką otoczką kryje się relacja odmienna od tego, do czego zostaliśmy przyzwyczajeni. Dariusz Rosiak jest reporterem a nie turystą. Opowiada o afrykańskich krajach z pominięciem folkloru, rzadko wspomina o krajobrazach, niedogodnościach związanych z zakwaterowaniem, transportem czy wyżywieniem. Książka zatem nie posłuży potencjalnemu turyście do planowania trasy podróży. To, co zajmuje autora dotyczy wpływu kolonizacji oraz ostatnich niespokojnych kilkudziesięciu lat na aktualną pozycję polityczno-ekonomiczną społeczeństwa różnych krajów Afryki. Dariusz Rosiak kilkakrotnie był na kontynencie afrykańskim. Przejechał wiele krajów, rozmawiał z setkami osób, czytał literaturę polską i zachodnią na temat Afryki, wyrobił sobie poglądy na przyczyny i skutki konfliktów. W każdym rozdziale przedstawia bieżące problemy danego kraju sięgając do czasów, gdy kolonizatorzy europejscy wprowadzili sztuczne podziały skutkujące wieloma problemami i zwaśnieniem poszczególnych ludów afrykańskich. Autor próbuje odpowiedzieć na pytanie na ile skuteczna jest pomoc humanitarna i pompowanie pieniędzy w kraje trzeciego świata. Stawia pytanie o to co dzieje się z pieniędzmi w Afryce i dlaczego prawie nie widać efektów pomocy. Przede wszystkim wyróżnia korupcję, złodziejstwo oraz ogólną niechęć do myślenia o przyszłości. Dzięki pomocy zachodu bogacą się przede wszystkim, ci którzy sprawują władzę. Praktyczne nie łoży się na oświatę, szpitale czy infrastrukturę. Dlaczego międzynarodowe banki udzielają wciąż krajom afrkańskim ogromnych miliardowych bezzwrotnych pożyczek? Dlaczego kraje takie jak USA, Rosja czy Chiny nie ingerują, gdy rozkradane są środki przeznaczone na odbudowę narodu? Pisząc o Kongo zniewolonym w XIX wieku przez Belgów, Rosiak zauważa: "Belgowie płacili długi Leopolda, a dziś świat bogatej Północy gotów jest utrzymywać w DRK wielotysięczną nieskuteczną armię i płacić miliardy dolarów na pomoc humanitarną, oby tylko zachować prawo do czerpania korzyści z bogactw tego kraju." Pisząc o Tanzanii podsumowuje istotę działalności politycznej ukierunkowanej jedynie na zapewnienie sobie, swoim krewnym i protegowanym dostępu do milionów dolarów płynących szerokim nurtem z zachodu: "W niemal wszystkich krajach afrykańskich wyzwolonych z kolonializmu w pewnym momencie państwo przejmowało rolę głównego pracodawcy i rozdawcy stanowisk gwarantujących swoim podopiecznym pomyślne życie. Istotą działalności politycznej w systemie jednopartyjnym stało się zajęcie jak najwyższego miejsca w hierarchii państwowego patronatu i dysponowanie przywilejami wśród funkcjonariuszy systemu - zwykle spowinowaconych z prezydentem i jego ministrami." Można by pomyśleć, że rasizm nie jest już tak wielkim problemem w Afryce. Jednak nie jest to prawdą. Rasizm kwitnie, szczególnie w RPA, gdzie ludzi wciąż dzieli się na cztery kategorie, z których każda ma inne przywileje. RPA kipi nienawiścią, pogardą spowodowaną dużym rozwarstwieniem społeczeństwa. Nienawiść czarnych do białych przejawia się w wieloraki sposób, najmniej mądry jest ten, o którym wspomina autor pisząc o Ugandzie: "Każdy, nawet największy morderca, który umie przeciwstawić się Zachodowi, jest w Afryce postacią co najmniej niejednoznaczną. Może być ostatnim bandytą, skorumpowanym łotrem albo nawet kanibalem. Jeśli przy okazji krytykuje zachodni imperializm, zasługuje na ciepłe słowa." Czy chciałabym pojechać do Afryki? Raczej nie. Zupełnie nie przemawia do mnie kultura, smaki i kolory Afryki. Nie ciągnie mnie na safari. Nie chcę oglądać ubóstwa. Im więcej czytam o tym kontynencie tym bardziej czuję, że nie byłabym tam szczęśliwa, bo pod kolorową mozaiką przygotowaną dla turystów kryje się Afryka prawdziwa - Afryka wzajemnych pretensji, ukrytych gwałtownych namiętności, ubóstwa i sankcjonowanej wszędzie rażącej niesprawiedliwości: "Dudniący bęben, pomalowane twarze, szaleńczy taniec, lew czający się w buszu - intensywność życia i śmierci ponad naszą miarę. Boimy się takiej Afryki, więc oswajamy ją: w wioskach fotografujemy scenki rodzajowe, gotowanie i zabawy dzieci, tańce i rytuały opisujemy w języku etnografów, a lwy oglądamy na safari. Bezpieczna, mdła Afryka, nasze wakacyjne marzenie." Koniecznie przeczytajcie!
Inne książki o Afryce: Nocni wędrowcy - Wojciech Jagielski Chłopięce lata - J. M. Coetzee Kamienie przodków - Aminatta Forna Comedia infantil - Henning Mankell
Moja ocena: 5/6 |
Zakładki:
Wszystkie zamieszczone na blogu teksty i fotografie są chronione prawem autorskim - wykorzystywanie ich w całości lub we fragmencie bez mojej zgody jest zabronione.
2012
Czytam, bo lubię on Facebook Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
Wyzwania
Tagi
![]() Wypromuj również swoją stronę | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||