Wpisy z tagiem: wojenna
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Cztery dni w styczniu, Jordi Sierra I Fabra
Albatros A. Kuryłowicz, 2011 Liczba stron: 320 Wydaje mi się, że czytałam gdzieś pochwalną recenzję tej książki (przyznać się, kto pisał ;-)) Mając w pamięci przychylność recenzenta, postanowiłam przekonać się czy i mnie książka przypadnie do gustu. Wypożyczyłam egzemplarz z biblioteki zupełnie nieświadoma z jakim gatunkiem literackim przyjdzie mi się zmierzyć. Po dokładnym wczytaniu się w informacje na skrzydełkach wiedziałam, że będzie wojna, zagadka kryminalna oraz Barcelona. Zacznę od tego ostatniego punktu: sama Barcelona zupełnie mnie nie podnieca (czytaj: nie jest czynnikiem zachęcającym do sięgnięcia po książkę), chociaż wiem, że są osoby, które właśnie dla tego miasta sięgną po powieść. Mnie nawet trochę przeszkadzała: w Hiszpanii nie byłam, a nawet jakbym była, to nie spamiętałabym topografii miasta. Autor bardzo szczegółowo opisuje przemierzane przez bohatera trasy, podając egzotycznie brzmiące nazwy ulic. Akcja książki odgrywa się w styczniu 1939 roku - podczas hiszpańskiej wojny domowej. Wojska piątej kolumny zbliżają się do niemal wyludnionej Barcelony. Nie funkcjonują żadne urzędy, panuje głód i zimno. Na posterunku policji pozostał tylko jeden funkcjonariusz (inspektor Mascarell) - przed ucieczką powstrzymuje go śmiertelna choroba żony. Do pracy przyszedł z rozpędu. W tych okolicznościach zastaje go kobieta, która przychodzi zgłosić zaginięcie szesnastoletniej córki. I choć Mascarell wie, że poszukiwania nie mają większego sensu, bo dziewczyna mogła podobnie jak większość mieszkańców ruszyć w stronę francuskiej granicy, to podejmuje się rozwiązania tej sprawy. Śledztwo zaprowadzi go na ślad większej afery. Sam inspektor dokona rzeczy, których w normalnych warunkach zapewne nie ważył by się zrobić. Czytelnik śledzi jego poczynania oraz ma wgląd w jego przemyślenia. Są to niezwykle ciekawe rzeczy: czy moralność czasów wojny jest odmienna od moralności czasów pokoju? Czy wszystko jest na sprzedaż? Czy w warunkach wojny domowej konformizm popłaca? Bardzo podobało mi się drugie dno tej powieści - obraz miasta i mentalności ludzkiej w czasie kryzysu. Sam wątek kryminalny również wciąga, dużo się dzieje, akcja jest dynamiczna. Najmniej podobały mi się dość przydługie polityczne rozważania o stanie kraju oraz nagromadzenie nazw geograficznych. Jednak w kontekście całej książki są to tylko niewielkie uchybienia. Warto przeczytać!
Moja ocena: 4,5/6
wtorek, 08 listopada 2011
Oskarżona Wiera Gran, Agata Tuszyńska
Wydawnictwo Literackie, 2010 Liczba stron: 453 Przeczytałam książkę o Wierze Gran i nie potrafię o niej napisać. Nie potrafię, ponieważ wszystko w tej książce jest względne. Na pewno wiadomo tylko, że Wiera Gran była Żydówką, dość znaną przedwojenną śpiewaczką, która w czasie okupacji kontynuowała występy w warszawskim getcie. I tyle. Wszystko pozostałe to domysły, półprawdy, insynuacje, zmyślenia. Brak dowodów prawdy. Wiera Gran została zniszczona - to pewne. Czy jednak była bez winy? Jest to możliwe, tak samo jak możliwe jest, że w pogłoskach tliło się ziarenko prawdy. Tuż po zakończeniu wojny oskarżono ją o to, że zadawała się z gestapowcami, pracowała dla nich i denuncjowała pozostających poza gettem Żydów. Sama Gran zgłosiła się do sądu, aby raz na zawsze wyjaśnić tę sprawę i zakończyć oszczerstwa rzucane jej w twarz. Dwa sądy uznały ją za niewinną. Plotka jednak przetrwała - gdziekolwiek pojawiła się Wiera, tam pojawiała się informacja o jej niechlubnej wojennej przeszłości. Ciągła walka z wiatrakami, udowadnianie innym swojej uczciwości, odcisnęły na niej straszne piętno. Jako staruszka Wiera Gran zmagała się z manią prześladowczą. Agata Tuszyńska podeszła do tematu bardzo rzetelnie - każdą informację starała się sprawdzić u źródeł. Szukała osób, które znały Gran w czasie wojny, szukała dokumentów i... nie znalazła niczego. Tyle samo osób na procesie zaręczało za uczciwość śpiewaczki, ile oskarżało ją o zdradę. Nie znalazł się żaden dokument potwierdzający współpracę z Niemcami, nie znalazł się i taki, w którym byłaby mowa o zaangażowaniu Gran w prowadzenie sierocińca w getcie. Po przeczytaniu około dwustu stron, chciałam odłożyć książkę, bo cały czas nic się nie wyjaśniało. Nie odłożyłam jej, ponieważ zrozumiałam, że nic się nie wyjaśni, bo ta książka nie ma na celu wskazywania winy czy niewinności Wiery Gran. Książka ma pokazać ludzi w sytuacji zagrożenia. Ma pokazać Wierę taką, jaką chciała być - kokietkę, a zarazem mocno stąpającą po ziemi kobietę, którą zniszczyli swoi, czyli Żydzi. Autorka biografii zadaje sobie oraz czytelnikowi wiele istotnych pytań - Czy mamy prawo osądzać tych, którzy przeżyli wojnę, my, którzy o wojnie dowiedzieliśmy się z książek i filmów? Jak ja/ty/wy zachowalibyśmy się w sytuacji realnego zagrożenia życia? Czy pragnienie przeżycia może być tak silne, że poświęcamy innych, aby ratować siebie? Czy bulwersujący jest fakt, że w getcie działała kawiarnia artystyczna, w której bawiono się, jedzono i pito, podczas gdy na ulicach umierali ludzie? Czy człowiek znajduje w sztuce i pięknie wentyl bezpieczeństwa, który pozwala mu na chwilę zapomnieć o strachu i kruchości życia? Dlaczego Szpilman próbował zniszczyć Wierę po wojnie? Co stało się między nimi podczas wielu miesięcy wspólnych występów w kawiarni? Czy Szpilman rzeczywiście był kryształowo uczciwym człowiekiem, jakiego znamy z "Pianisty", czy może i on splamił się krwią innych? Książka nie udziela odpowiedzi na te pytania. Ona je zadaje. Odpowiedzi szukajmy w sobie. Oprócz biografii Wiery Gran, jej wojennych i powojennych losów poza ojczyzną, Tuszyńska przedstawia proces umierania. To jeden z najbardziej poruszających opisów odchodzenia, z jakim się spotkałam. Autorka podtrzymuje kontakty w Wierą Gran przez kilka lat, jest świadkiem powolnego gaśnięcia gwiazdy. Kontrast między tym kim chciała być Wiera Gran, a tym jak odeszła jest szokujący i niezwykle smutny. Warto przeczytać!
Moja ocena: 4/6
wtorek, 25 października 2011
Biała Maria, Hanna Krall
Świat Książki, 2011 Liczba stron: 141 Hanna Krall pisze specyficznie. Nie każdy polubi krótkie rozdziały oraz zaglądanie do opisywanych historii od środka, a nie od początku. Hanna Krall tworzy impresje, unika opisów. Krąży wokół tematu winy i kary oraz losów Żydów w czasie wojny i po niej. Nie inaczej jest w "Białej Marii", książce, która choć ma małą objętość, przygniata tematyką. A ta skupia się na problemie "winy niezarzucalnej". Jak autorka interpretuje ten zwrot? Według niej "wina niezarzucalna" to zaniechanie, to coś, o co nie można bezpośrednio oskarżyć czy obwinić. A jednak jest winą, grzechem, bo gryzie sumienie, dręczy i powraca. W książce jest kilka takich przykładów, między innymi mowa o kobiecie, która nie chce zostać matką chrzestną małej żydowskiej dziewczynki, choć akt chrztu mógłby dziecku ocalić życie. Hanna Krall nawiązuje do postaci znanych: Marka Edelmana, który starał się bajkami łagodzić cierpienie śmiertelnie chorej Grażyny Kuroniowej. Pisze o Kieślowskim i jego "Podwójnym życiu Weroniki" oraz 'Dekalogu". Wspomina o prywatnym życiu wybitnego reżysera. A "Biała Maria"? To może być imię jednej z bohaterek, to również nazwa pięknego serwisu z porcelany Rosenthal oraz kamień - alabaster, z którego wykonano nagrobek. W książce Hanny Krall wszystko się łączy, wszystko ma sens, dawne winy nie zostają zapomniane. Ludzie pamiętają. Chociaż nie potrafię pisać o książkach tej autorki, to bardzo lubię je czytać. Wkraczać w intymną atmosferę, domyślać się ukrytych podtekstów, śledzić losy nieznanych mi ludzi. Dzięki specyficznemu stylowi oraz nagromadzeniu symboliki należy jej książki czytać powoli, z rozmysłem. Dać sobie czas na zrozumienie i przeżycie opisywanych historii. Tym razem i ja dopuściłam się "winy niezarzucalnej" - przeczytałam za szybko i zostawiłam sobie za mało czasu na myślenie o tej książce. Kiedyś do niej wrócę. Obiecuję! Wcześniej pisałam o książce: Moja ocena: 4,5/6
niedziela, 23 października 2011
Przestrzeń za Szkłem, Simon Mawer
Świat Książki, 2011 Liczba stron: 477 Chociaż powieści Mawer'a tłumaczone były na polski, to nigdy wcześniej żadna z nich nie wpadła w moje ręce. Jednak postanowiłam poznać "Glass Room" w momencie, kiedy przeczytałam o niej na jednym z angielskich lub amerykańskich blogów. Zaintrygowała mnie i treść, i okładka (tamto wydanie miało zbliżoną okładkę do tej, z polskiego wydania.) Nie musiałam długo czekać, bo książka szybko pojawiła się na polskim rynku wydawniczym. "Przestrzeń za Szkłem" to nazwa nowoczesnej willi w czeskim Mestie (KLIK). Autor powieści postanowił pokazać losy grupy ludzi poprzez losy budynku. I chociaż dom z przestrzenią za szkłem, czy szklanym pokojem, jest autentyczny, to jego mieszkańcy są wytworem wyobraźni pisarza. Akcja powieści rozpoczyna się w latach dwudziestych XX wieku i obejmuje siedemdziesiąt lat. Młode małżeństwo - zamożny właściciel fabryki samochodów żydowskiego pochodzenia - Viktor Landauer oraz jego żona Liesel marzą o domu, który wyróżniałby się nowoczesnym designem. Zatrudniają znanego architekta Rainera Von Abt'a, który wprowadza w życie ich wizję, tworząc dla nich dom łączący przestrzeń użytkową z walorami estetycznymi na miarę XXI wieku. Niewielu ludzi podziela zachwyt domem Landauerów, wśród nich jest najlepsza przyjaciółka Liesel - Hana. Zawirowania historyczne - dojście do władzy Hitlera i jego bezwzględna polityka wobec Żydów sprawią, że Landauerowie zostają zmuszeni do wyjazdu za granicę i pozostawienia domu pod opieką dozorcy. Przez wiele lat nie znają dalszych losów budynku, który ocalał w wojennej zawierusze, ale został przejęty najpierw przez Niemców, a następnie przez komunistyczne władze Czechosłowacji. Jednak to nie historia budynku jest najważniejsza w powieści. Ważni są ludzie zajmujący tę przestrzeń, ich pragnienia, marzenia, codzienne życie. A ci swoim zachowaniem wzbudzali we mnie mnóstwo emocji. Głównie negatywnych. Mimo tego, że autor zachowuje daleko posunięty obiektywizm w przedstawieniu postaci, mnie, osobę, która co nieco przeczytała i obejrzała na temat drugiej wojny światowej, zalewała krew. Landauerowie za sprawą Viktora i jego prób ratowania rodziny wyjechali najpierw do neutralnej Szwajcarii. To byli bardzo bogaci ludzie, których stać było na mieszkanie w najdroższych miejscach, wynajmowanie służby, pławienie się w luksusach. Ale Liesel jest głęboko nieszczęśliwa - pływając po wodach Jeziora Genewskiego narzeka, że czuje się jakby była na wakacjach, które nie mają końca. Że ma dość zawieszenia. Matko, czyżby wolała jeść brukiew, uciekać przed bandą sowietów lub zdobywać jedzenie dla dzieci oddając siebie za paczkę mleka w proszku? A może bardziej odpowiadałaby jej kwatera w Auschwitz? Ta kobieta zupełnie nie miała pojęcia czym jest wojna. Na Liesel i Hanie skupiam całą moją złość i gorycz. Potępiam je za ich postępowanie. Hanę za zainicjowanie romansu z oficerem niemieckim (co spowodowało lawinę nieszczęść, które spadły na jej rodzinę, a i tak nie nauczyło jej, że nie igra się z ogniem). Liesel za to, że nie miała charakteru - po odkryciu romansu męża z opiekunką do dzieci próbowała się zaprzyjaźnić z kochanką Viktora. Sytuacja była bardziej skomplikowana - kochanka była Żydówka, miała dziecko i wyrzucenie jej na bruk równałoby się skazaniu jej na śmierć. Ale do cholery - Liesel wolała luksus, w którym żyła i zamiatanie brudów pod dywan, niż sprzeciwienie się mężowi i wymuszenie na nim wiążących decyzji. Książka dostarczyła mi wielu emocji i wrażeń. Dlatego będę ją długo pamiętać i często wspominać. Powieść pokazała jak wiele różni postaci występujące w książce od ludzi, których ja szanuję. Pokazała jak bardzo różniły się postawy Czechów i Polaków w obliczu inwazji wojsk niemieckich. Stanowiła składny przegląd charakterów i motywacji bohaterów. W końcu, sprawiła również, że miałam ogromną potrzebę podzielenia się swoimi przemyśleniami i wyrzucenia z siebie gniewu na żeńskie bohaterki powieści. Gorąco zachęcam do lektury! Poszperałam w sieci i znalazłam okładkę wydania czeskiego, które główny akcent kładzie na budynek, a nie na ludzi:
Moja ocena: 5,5/6
środa, 05 października 2011
Misja Wallenberga, Alex Kershaw
Znak, 2011 Liczba stron: 304 Raoul Wallenberg jest postacią niezbyt znaną Polakom. Nic w tym dziwnego, swoją działalność dyplomatyczną prowadził na terenie Węgier. Dobrze jednak, że o człowieku, który ocalił tysiące istnień ludzkich zaczęto mówić głośno. Jego historia jest fascynująca i bardzo smutna. W 1944 roku na Węgry przybywa Adolf Eichmann - nazista odpowiedzialny za eksterminację Żydów. Chociaż Węgry są państwem sprzymierzonym z Niemcami nie omijają ich czystki. Machina zagłady działa szybko i skutecznie, wysiedlane są całe miasta i wsie, a pociągi towarowe wiozą pojmanych Żydów niemal wprost do pieców krematoryjnych Auschwitz. Alianci pragną pomóc jakoś węgierskim Żydom. Wpadają na pomysł, by na miejsce wysłać dyplomatę z państwa neutralnego - Szwecji. Wallenberg przybywa do Budapesztu i niemal natychmiast z pełnym zapałem i poświęceniem wymyśla skuteczne sposoby na wyrwanie jak największej liczby osób z rąk Eichmanna. Rozdaje Żydom paszporty dyplomatyczne, umieszcza ich w zakupionych specjalnie w tym celu domach zwanych domami bezpiecznymi, pojawia się na dworcu przed odjazdami pociągów do Auschwitz czy obozów pracy pod Wiedniem, zakłada sierocińce, daje miejsca pracy. Targuje się o każdego człowieka, ratuje tylu, ilu może. Jest bezkompromisowy i choć nie należy do osób odważnych uskrzydla go świadomość wagi swoich działań - walczy przecież o ludzkie życie. Po wycofaniu się Niemców z Węgier i przejęciu władzy w kraju przez wojska węgierskie kończy się dobra passa Wallenberga. Węgrzy okazali się być antysemitami, barbarzyńcami i mordercami. Nie liczą się już żadne względy dyplomatyczne, Żydzi padają ofiarą na wpół dzikich oddziałów wojska. W książce znajdziemy więcej takich paradoksów i niesprawiedliwych zakrętów losu i historii. Misja Wallenberga dobiega końca wraz z przybyciem do Budapesztu wojsk sowieckich - on sam zostaje aresztowany i wywieziony do Moskwy. Najciekawszym zabiegiem literackim ze strony autora jest pomysł przedstawienia historii kilku żydowskich rodzin - w czasie wojny oraz ich losów po wojnie. Równocześnie pokazuje jak potoczyło się życie Eichmanna oraz samego Wallenberga i jego rodziny walczącej o jakikolwiek kontakt z uwięzionym dyplomatą. Historia, która skrzyżowała drogi tych ludzi nie była dla nich zbyt łaskawa i sprawiedliwa. Ani prześladowcy, ani prześladowani nie odnieśli zwycięstwa w tej wojnie. Wszyscy przegrali. POD TYM LINKIEM można zajrzeć do książki. Moja ocena: 5/6
niedziela, 18 września 2011
Dziewczyny wojenne, Łukasz Modelski
Znak, 2011 Liczba stron: 300 Jedenaście kobiet, jedenaście historii. Jedenaście wzruszeń, a emocji bez liku. Każda z pań, która opowiada Łukaszowi Modelskiemu o swoich losach wojennych, przed wybuchem drugiej wojny światowej wkraczała dopiero w dorosłe życie - najmłodsza miała 14 lat, te najstarsze około dwudziestu. Ich przeżycia są w pewnym sensie podobne. Każda z nich działała w podziemiu, miała kontakt ze strukturami AK i cierpiała represje po wojnie. Z drugiej strony, można powiedzieć, że każda historia jest inna, wyróżnia się spośród pozostałych. Nie przytoczę nazwisk bohaterskich dziewczyn, no nie one są tu istotne - kto ciekawy sam przeczyta i pokocha tę książkę. Powiem o ich czynach, bo to one wzbudziły mój zachwyt i podziw. Przecież ja wychowałam się na literaturze powstańczo-wojennej - pod koniec podstawówki zaczytywałam się w powieściach o wojnie, których tytułów teraz już nie przytoczę. Zapamiętałam tylko czytaną trochę później znaną książkę "Kolumbowie rocznik 20". Dziewczyny wojenne były łączniczkami, sanitariuszkami, szpiegami, lotnikami, ale nie tylko. Czasem pod podłogą ukrywały Żydów lub dowództwo AK, zajmowały się podkładaniem min, rozbrajaniem ładunków, opalaniem małych żydowskich dzieci, których wygląd zdradzał, że nigdy nie przebywają na słońcu. Niektóre z nich brały udział w powstaniu warszawskim, a za swoje bohaterstwo zostały awansowane do rangi oficerskiej i odznaczone orderami. Niektóre działały w partyzantce na wschodnich rubieżach Polski - mieszkały w ziemiankach, roznosiły rozkazy, walczyły ramię w ramię z mężczyznami. Bycie dziewczyną czasem ułatwiało im działalność, ale bardziej przydawały się pewność siebie, spryt, inteligencja, umiejętność zachowania zimnej krwi w każdej sytuacji. Poniewierane przez okupantów - hitlerowców i bolszewików przeżyły przesłuchania i więzienia. Jedna z nich przetrwała kilkanaście lat w gułagu. Jednak Polska Ludowa zgotowała im znacznie gorszy los - prześladowania, więzienia, tortury, pokazowe procesy, na których wymierzano kary za pełną poświęcenia służbę wojennej Polsce w szeregach Armii Krajowej. To we mnie budzi największy wstręt i bunt. Jak mogę jeszcze jakoś zrozumieć okrucieństwo Niemców i Rosjan w czasie działań wojennych, tak za nic nie potrafię pojąć mechanizmów działania PRL. Chociaż minęło tak wiele lat od tamtych wydarzeń i żołnierze AK zostali zrehabilitowani na początku lat dziewięćdziesiątych, wciąż czuję wstyd za lata PRLu i krzywdy jakie wyrządzono bohaterom, bez których być możne nie byłoby wolnej Polski. Tym bardziej, że straconym żołnierzom i ich rodzinom rehabilitacja na niewiele się przyda. Czytajcie i wzruszajcie się. Podziwiajcie siłę ducha tych młodych dziewczyn, które nie obawiały się postawić wszystkiego na jedną kartę. Książka w tym tygodniu pojawi się w księgarniach. Nie przegapcie!
Moja ocena: 5/6
niedziela, 06 marca 2011
W oblężonym Leningradzie, Aleś Adamowicz & Danił Granin
Bellona, 2011 Liczba stron: 201 Odkąd przeczytałam rewelacyjne "Madonny Leningradu", w których sporo miejsca zajmuje wątek dotyczący życia w oblężonym mieście, chciałam dotrzeć do jakiejś książki pokazującej ten sam okres, ale z punktu widzenia historyka. Okazja nadarzyła się po dość długim czasie. Bellona niedawno wydała książkę, w której autorzy zebrali wspomnienia osób mieszkających w Leningradzie w 1941 i 1942 roku, kiedy to miasto odcięte było od reszty kraju. Historykom udało się dotrzeć do trzech dzienników prowadzonych przez leningradczyków w najtrudniejszym okresie wojny. Ludzie ci nie znali się ani nie wiedzieli o swoim istnieniu, każde z nich pragnęło zostawić ślad po sobie i po czasach, których być może nikt nie będzie po wojnie pamiętał. Gieorgij Kniaziew był wówczas dojrzałym, pięćdziesięcioletnim mężczyzną, naukowcem poruszającym się na wózku inwalidzkim. Prawie przez cały czas trwania blokady Leningradu pracował w Archiwach Państwowych i z pomocą coraz bardziej zmiejszającej się grupy ludzi dbał o zbiory, pracował naukowo i starał się dać świadectwo wydarzeniom z życia jego małej rodziny oraz znajomych. Jura Riabinkin miał 16 lat, mieszkał z mamą i sporo młodszą siostrą. Początkowo chodził do szkoły, jednak gdy głód stał się bardziej dotkliwy nauka stała się zbyt trudna dla niego. Jura opisuje codzienne życie młodego człowieka, stanie w niekończących się kolejkach, nadzieję, na ewakuację z miasta oraz warty polegające na alarmowaniu mieszkańców o upadku bomb zapalających w pobliżu budynków mieszkalnych i użyteczności publicznej. Lidia Ochapkina spisała swoje wspomnienia już po zakończeniu okupacji miasta. Pisała z potrzeby serca. Lidia, żona żołnierza, pozostała w Leningradzie z dwójką małych dzieci. Opisuje jak trudno było zapewnić im opiekę oraz zdobywać żywność. Wspomina chwile, gdy została okradziona z kartek na żywność przez współlokatorkę oraz bezradność matki, która obserwuje jak nikną jej dzieci. Fragmenty dzienników trzech głównych bohaterów uzupełnione są wspomnieniami innych ludzi, mieszkańców miasta. Obraz, jaki sie wyłania z tych opowieści, wcale nie jest rezygnacją ani poddaniem, choć tego właśnie spodziewałabym się po takiej lekturze. Przeciwnie, zapiski tych trojga ludzi tchną nadzieją na poprawę losu, na przetrwanie i wyjazd z miasta. Nadzieja ta podtrzymywała wycieńczonych ludzi przy życiu. Jednakże wielu z nich nie doczekało ani ewakuacji ani nawet nadejścia wiosny - okrutnie niskie temperatury, racjonowanie żywności i jej niedostępność zabiły setki tysięcy ludzi w zamkniętym mieście. Czytanie tych wspomnień uzupełniło mój obraz blokady Leningradu, pokazało życie w odciętym mieście z punktu widzenia jego mieszkańców. A nieliczne wyjaśnienia faktów przez historyków tylko uzmysłowiły skalę problemu.
Moja ocena: 5/6
niedziela, 30 stycznia 2011
Palące szkło, Otto Rosenberg
Universitas, 2010 Liczba stron: 121 "Palące szkło" jest zapisem wspomnień Otto Rosenberga z czasów wojny. Otto, z pochodzenia Cygan Sinti, w momencie wybuchu wojny miał około jedenastu lat i mieszkał ze swoją liczną rodziną w Berlinie. Wychowywała go babcia, uczęszczał do szkoły, pomagał w utrzymywaniu porządku, był dzieckiem uczynnym i lubianym. Gdy wszystkich Cyganów zamieszkujących okolice Berlina i samo miasto wysiedlono do dzielnicy Marzan stopniowo wolność Otta oraz jego rodaków została ograniczona, aż do całkowitego pozbawienia praw. Wkrótce też Otto musiał opuścić szkołę i poszukać zatrudnienia. Sprawy jednak przybrały jeszcze tragiczniejszy obrót, gdy ludność cygańską zaczęto wywozić do obozów koncentracyjnych. Otto trafił najpierw do obozu w Oświęcimiu. Wielokrotnie przerzucany z obozu do obozu w ostateczności tuż przed wyzwoleniem znalazł się w Bergen Belsen. Po drodze odnalazł, a następnie stracił prawie całą rodzinę. Ten starszy człowiek opowiada o obozach takich, jak sam je znał i zapamiętał - pracy, która często pozbawiona była sensu, ciągłym głodzie, śmierci otaczającej zewsząd, osobach, które zapamiętał. W zasadzie to nic nowego, bo przecież podobne wspomnienia znamy już z innych źródeł, ale jednak jest inaczej. Po raz pierwszy miałam do czynienia ze wspomnieniami Sinti. Co wyróżnia tę relację to ton w jakim jest spisana. Otto nie biadoli, nie gra na uczuciu litości. Jest prostym człowiekiem, który przeszedł dużo w życiu, ale przez całe czas potrafił odróżnić dobro od zła. I zapamiętał i tych dobrych, którzy mu pomogli w obozie i poza nim oraz tych złych, których lepiej byłoby nie spotykać. Narracja w pierwszej osobie i forma opowieści sprawiają, że odczuwa się mocniej, prawie jak rozmowę w cztery oczy. Fakty, o których wspomina Rosenberg poparte są odpowiednimi przypisami oraz źródłami zaczerpniętymi z archiwów Trzeciej Rzeszy, książkę uzupełnia też kilka rodzinnych fotografii autora. To bardzo zwięzła opowieść, a przez to zapadająca w pamięć. Trudno ją oceniać pod względem literackim, ponieważ ta opowieść to świadectwo zbrodni nazistowskich.
Moja ocena: 5/6
niedziela, 26 grudnia 2010
Czekając na Roberta Capę, Susana Fortes
Muza SA, 2010 Liczba stron: 254 Robert Capa i Gerda Taro. Ona stworzyła jego. On sprawił, że ona została fotoreporterem. Susana Fortes bazując na znanych faktach z życia tej dwójki stworzyła fabułę powieści na poły biograficznej na poły beletrystycznej. Gerda, niemiecka żydówka polskiego pochodzenia, ucieka z Niemiec do Paryża. Tam próbuje utrzymać się wykonując drobne prace biurowe. Jednocześnie wciąż czuje się jak zaszczute zwierzę, ponieważ ruchy faszystowskie we Francji okazują się być równie bezwzględne jak te w Niemczech. W Paryżu poznaje Andre, młodszego od siebie uchodźcę z Węgier, podobnie jak ona próbującego utrzymać się na powierzchni dzięki fotografiom, które wykonuje na zlecenie firm lub czasopism. Andre uczy Gerdę fotografowania, ona postanawia pomóc mu wykreować nazwisko w mediach - w ten sposób Andre zmienia się w Roberta. Wkrótce też tych dwoje zostaje parą. Przedsmakiem drugiej wojny światowej okazuje się być wojna w Hiszpanii. Robert Capa i Gerda Taro, która stara się pracować na swoje nazwisko, wyruszają fotografować sceny wojenne. Hiszpańska wojna oglądana z bliska mocno oddziałuje na zmysły fotoreporterów. Starając się wykonać jak najlepsze ujęcia zbliżają się do śmierci na wyciągnięcie ręki. Robert radzi sobie z emocjami przy pomocy alkoholu oraz ironiczno-prześmiewczej maski. Gerda wycofuje się i zamyka w sobie wszystkie złe emocje. Ta wojna to też sprawdzian uczuć Roberta i Gerdy. Szczególnie złym przeżyciem dla Capy okazuje się być moment, w którym wykonuje swoje najbardziej znane zdjęcie - z bliskiej odległości uwiecznia moment zastrzelenia żołnierza hiszpańskiego. Dla Gerdy wojna jest od początku do końca koszmarem, z którego już się nie obudzi. To książka kipiąca emocjami - od lęku i niepewności tego, co przyniesie kolejny dzień, poprzez entuzjazm zakochania i bycia razem, fascynację techniką wykonywania coraz to lepszych ujęć, po zwierzęce zmęczenie, przerażenie i brawurę w ogniu walki. Postaci głównych bohaterów są prawdziwe i żyją na kartach książki - nie raz ich zachowania wzbudzają w czytelniku silne emocje. Przyznam, że łatwiej czytałoby mi się tę książkę, gdybym sama nie zepsuła sobie literackiego doświadczenia wypytując przed lekturą o losy Gerdy Taro i Roberta Capy. A tak to tylko czekałam na finał, który wiedziałam, że nadejdzie. Zatem czytelników, którzy dotychczas nie znają losów tej sławnej pary fotoreporterów, przestrzegam przed czytaniem streszczonej biografii tych dwojga zanim sięgniecie po książkę Susany Fortes. A po lekturze na pewno będziecie przeszukiwać sieć w poszukiwaniu zdjęć Capy i Taro. Miłej lektury i wielkich emocji podczas oglądania fotografii!
Moja ocena: 4,5/6
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Tajna historia podstępu, Jean Deuve
Muza SA, 2010 Liczba stron: 322 "Tajna historia podstępu w czasie II wojny światowej" otworzyła mi oczy na rzeczy, o których dotychczas nie miałam żadnego pojęcia. Wojnę i bitwy, do których w jej trakcie dochodziło postrzegałam przez pryzmat filmów i książek o superbohaterach. Używanie podstępu i dezinformacji często jest pomijane w produkcjach fabularnych lub ich rola jest bagatelizowana. Tymczasem okazuje się, że losy drugiej wojny światowej mogłyby być zupełnie inne gdyby alianci nie wykorzystywali na tak szeroką skalę możliwości jakie daje podstęp. Podwójni agencji dostarczali Niemcom specjalnie spreparowanych informacji, w miejsca działań zaczepnych podrzucano fałszywe mapy, listy i instrukcje. Do szerzenia nieprawdziwych pogłosek mających na celu odciągnięcie uwagi Niemców od rzeczywistego celu ataku włączali się generałowie, ambasadorzy, a także prezydenci i król Anglii. Ogromne środki inwestowano w tworzenie atrap baz lądowych i wodnych - rusztowania, makiety, pompowane bądź drewniane czołgi, atrapy łodzi podwodnych i okrętów bojowych wykorzystywano na szeroką skalę po obu stronach frontu. Największą bodajże operacją mającą na celu zmylenie wroga były poszczególne etapy prowadzące do desantu w Normandii w 1944 roku. Gdyby Hitler w porę zorientował się, że działania aliantów nie są atakiem dywersyjnym, zaangażowałby znacznie silniejsze siły wojsk niemieckich, a tym samym mógłby zmienić przebieg wojny. On jednak ataku spodziewał się w zupełnie innym miejscu, tym, na które wskazywały meldunki agentów oraz działania wojsk brytyjskich. To ciekawa książka, ale napisana w sposób typowy dla dzieł historycznych - autor podaje mnóstwo suchych faktów (daty, miejsca, nazwiska, kryptonimy), których laik taki jak ja nigdy nie zapamięta oraz nie wykorzysta. Szkoda, że znacznie mniej miejsca poświęca się w książce czynnikowi ludzkiemu oraz przebiegłości dowódców odpowiedzialnych za mylenie wroga. Autor robi przegląd poszczególnych frontów: europejskich, afrykańskich, azjatyckich i opisuje jakiego typu działania zostały wdrożone przez speców od dezinformacji. Dlatego też treść jest trochę powtarzalna - wciąż wraca się do atrap czołgów, makiet, podrzucanych rozkazów oraz podwójnych agentów. Mimo tego cieszę się, że mogłam poszerzyć swoj światopogląd i dowiedzieć się o rzeczach, o których nie miałam dotychczas pojęcia.
Moja ocena: 4/6 |
Zakładki:
Wszystkie zamieszczone na blogu teksty i fotografie są chronione prawem autorskim - wykorzystywanie ich w całości lub we fragmencie bez mojej zgody jest zabronione.
2012
Czytam, bo lubię on Facebook Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
Wyzwania
Tagi
![]() Wypromuj również swoją stronę | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||