Wpisy z tagiem: the cure

niedziela, 08 stycznia 2012
The Cure w Wybawicielu

Zaledwie wzmianka i to jeszcze w niezbyt pochlebnym kontekście, ale jest...

"Harry, nie odpowiadając, rozsunął zamek błyskawiczny czarnej maski, którą mężczyzna miał na twarzy, i odchylił klapkę. Uszminkowane na czerwono wargi i umalowane oczy przywiodły mu na myśl Roberta Smitha, wokalistę The Cure."

"Wybawiciel" Jo Nesbo str. 253

Przyszło mi dziś do głowy, że tych wzmianek w literaturze jest naprawdę sporo - czy to związanych z wyglądem, czy z muzyką zespołu. Wszak sam Robert Smith jest człowiekiem oczytanym. Ciekawe jak podobają mu się literackie nawiązania do samego siebie?

czwartek, 08 grudnia 2011
Robert Smith i Witamy w piekle

Znowu udało mi się wytropić coś o The Cure w czytanej książce. To takie moje nieszkodliwe hobby.

Odniesienia do The Cure pojawiają się w najmniej spodziewanych miejscach. Książka "Witamy w piekle", której autorem jest Dom Joly opowiada o miejscach odradzanych przez biura podróży. Dom postanawia odwiedzić miejsca znane z tego, że były miejscem morderstwa, zbrodni przeciw ludzkości lub ogromnej katastrofy. Recenzja książki pojawi się wkrótce, teraz chcę przytoczyć anegdotę, której bohaterem jest lider The Cure.

Najpierw jednak krótkie wprowadzenie. Dom Joly jest znanym brytyjskim komikiem, gospodarzem różnych prześmiewczych programów. Można go porównać do "naszego" Szymona Majewskiego.

Polecam lekturę tego dość długiego fragmentu:

"Chwilę później wszyscy trafiliśmy do maleńkiego hotelowego baru, w którym przy świecach piliśmy piwo i słuchaliśmy The Cure z iPoda jednego z Irlandczyków.

Czy to nie dziwnie - słuchać The Cure w samym środku Korei Północnej podczas zaciemnienia? Czemu nie, Robertowi Smithowi na pewno by się to spodobało. W młodości, jako wielbiciel wszystkiego co gotyckie, byłem wielkim fanem The Cure. Kiedy moje programy telewizyjne odniosły sukces, udało mi się poznać Smitha. Gdy go spotkałem po raz pierwszy, poprosiłem go o gościnny występ w fałszywym filmie dokumentalnym o moim życiu. Chciałem żeby zagrał drużbę w scenie ślubu w urzędzie stanu cywilnego w Maryleborne. Później spotkaliśmy się w biurze produkcyjnym i wywarł na mnie ogromne wrażenie. Zaproponował mi podwiezienie na plan zdjęciowy swoim wypasionym samochodem z szoferem. Byłem tak zaaferowany rozmową z nim, że kiedy dotarliśmy na miejsce, zupełnie bezmyślnie otworzyłem drzwi od strony jezdni i urwała je przejeżdżająca właśnie ciężarówka. Szofer przeżył załamanie nerwowe, a Robert Smith zaczął się zastanawiać czy nie znalazł się czasem w ukrytej kamerze." (str. 221)

środa, 31 sierpnia 2011
Charlotte Sometimes, Penelope Farmer

Red Fox Classics, 2002

Liczba stron: 199

Książka swoją premierę miała jeszcze przed moim urodzeniem. Ukazała się na rynku brytyjskim w 1969 roku jako trzecia część przygód sióstr Emmy i Charlotty. Stała się jednak najbardziej znana i najczęściej wznawiana. Popularności między innymi przysporzył jej fakt, iż stała się inspiracją dla Roberta Smitha, lidera The Cure. Echa książki widoczne są w (co najmniej) trzech piosenkach The Cure, w tym jednej pod tym samym tytułem co książka. Ja oczywiście sięgnęłam po nią po to, by dowiedzieć się dlaczego powieść wywarła tak wielkie wrażenie na R.S.

Charlotte zostaje wysłana do szkoły z internatem. Nie ma tam jeszcze żadnej koleżanki, więc czuje się trochę wyobcowana. Pierwszej nocy układa się do łóżka na wybranym przez siebie łóżku przy oknie i zapada w sen. Następnego dnia budzi się w tym samym łóżku, jednak nie ma obok niej pozostałych zakwaterowanych w pokoju koleżanek. Zamiast nich w jedynym stojącym łóżku śpi młodsza od niej dziewczynka. Emily, tak ma na imię, nazywa Charlottę imieniem Clare i twierdzi, że jest jej siostrą. Okazuje się, że Charlotte przeniosła się w czasie o około 40 lat wstecz. Stara się jak najlepiej odgrywać swoją rolę i unikać konfrontacji z innymi dziewczynkami i surowymi nauczycielkami, ale z nikim nie dzieli się swoim strachem. Po dniu spędzonym w przeszłości, nocą znowu przenosi się do współczesności. Charlotte i Clare co drugi dzień spędzają w nie swoich czasach i mimo tego, że nigdy się nie widziały, zaczyna łączyć je mocna więź.

Autorka portretuje czasy pierwszej wojny światowej, które odciskają się silnie na życiu dziewcząt w szkole. Większość z nich bezpośrednio poznała czym jest wojna, ponieważ ich ojcowie wyruszyli walczyć we Francji. Penelope Framer wskazuje też na różnice między tym, co jest dozwolone pod koniec lat pięćdziesiątych, a tym, co mogły robić dziewczynki w odległych czasach początku wieku. Ogromne wrażenie zrobił na mnie rozdział, w którym autorka opisuje jak miasto świętowało zakończenie wojny - mimo radości i entuzjazmu, przebrzmiewa w nim groza, ponieważ wypełniony jest hipnotyzującymi obrazami, od których kręci się w głowie. Miałam możliwość porównania tego wydarzenia z relacją Virginii Woolf, która odniosła się do niego w swoich dziennikach.

Opowieść jest rewelacyjna! Choć autorka posługuje się subtelnym językiem, to gra na uczuciach i emocjach tak, jak jej się podoba. Bez dłużyzn, bez przynudzania, bez moralizatorstwa i niekończących się opisów, tworzy historię jaką każda dziewczynka i wielu chłopców chciałoby usłyszeć. Gdy otwierałam książkę przenosiłam się z Charlotte w miejsca, które oglądała, bo tak dla niej, jak i dla mnie wszystko było nowe. Życie życiem innej dziewczynki i przeżywanie jej radości i smutków, obserwowanie czasów nie tak odległych, ale bardziej surowych i smutnych, stało się pewnego rodzaju inicjacją dla Charlotte. Czytający, czy słuchający tej opowieści kilkuletni R.S. pozostał pod jej wrażeniem i raz po raz odtwarzał maszerujących doboszy w strojach z epoki pierwszej wojny, czy też smutek Charlotte, która pod koniec książki odkrywa całą prawdę o Clare i jej młodszej siostrze.

Polecam gorąco ze świadomością, że uda się ją przeczytać tylko nielicznym. Szkoda, straszna szkoda...

 

Moja ocena: 6/6

sobota, 26 lutego 2011
The Cure w sofixach

W książce Jakuba Porady "Chłopaki w sofixach" znalazłam kilka nawiązań do The Cure, które z wielką radością odnotowuję. Jak się zastanowić to rzeczywiście trudno byłoby napisać książkę o dorastaniu w latach osiemdziesiątych w Polsce bez najmniejszej wzmianki o tej grupie.

I tak zatem na 87 stronie mamy taki opis:

"Tylko dziewczyny "z plastyka" mogły się bezkarnie ubierać na czarno i stroszyć włosy na Roberta Smitha z The Cure. Odcinały się od lasek z normalnych liceów, paradujących w naciągniętych getrach niczym Kasia Figura w Kingsajzie."

Potem jeszcze, po nastaniu trochę innych czasów, autor ponownie nawiązuje do The Cure opisując zmagania kolegi ze swoimi miernymi talentami muzycznymi.

"Zawsze powtarzał ten sam błąd, lecz nie zdobył się na inwencję, by odnaleźć przyczynę zagwozdki. Podobnie było z drugim utworem z repertuaru The Cure, Friday I'm in Love. Rozbiegówka szła OK, potem następowało wprowadzenie, pierwsza zwrotka i tam już czaiło się niebezpieczeństwo. Na sekundę przed refrenem następował akord, którego Rogal nie potrafił opanować, jakby przeskakiwała płyta. To samo działo się pod koniec drugiej zwrotki i w repryzie."

niedziela, 24 października 2010
Just like heaven (The Cure) w Blankets

"Blankets. Pod śnieżną kołderką" to komiks o dojrzewaniu i pierwszej miłości. I wcale, ale to wcale nie jest naiwny, slodki i pretensjonalny. Co więcej, Raina, jedna z postaci, śpiewa piosenkę The Cure leżąc w łóżku ze swoim chłopakiem, tuż przed jego powrotem do domu, oddalonego o kilkaset  kilometrów. Odnotowane. Zapamiętane.

środa, 21 lipca 2010
Pictures of you i Samotność liczb pierwszych

" W samochodzie opuścili szyby okien. Alice prowadziła trzymając obie ręce na kierownicy i podśpiewywała sobie Pictures of you, naśladując dźwięk słów, których nie znała. Mattia czuł, jak jego mięśnie stopniowo rozluźniają się, dopasowują do kształtu siedzenia. Miał wrażenie jakby samochód zostawiał za sobą ciemny, lepki ślad utworzony z jego przeszłości i lęków. Czuł się coraz lżejszy, jakby był opróżniającym się słoikiem. Zamknął oczy i przez kilka sekund unosił się na głosie Alice w powietrzu, które opływało mu twarz."

Paolo Giordano słucha i pisze. Ja słucham i czytam :)


sobota, 10 lipca 2010
The Cure w Błękitnokrwistych

Strona 93. "Błękitnokrwiści. Objawienie".

Rozmowa między Schuyler i Jackiem:

"-Co czytasz?

-Camusa - powiedział, podając jej egzemplarz Obcego. - Znasz to?

-Nie, ale lubię piosenkę The Cure. Wiesz, zainspirowaną tą książką.

-Nie słyszałem - potrząsnął głową.

-Jest chyba na ich pierwszym albumie, Three Imaginary Boys. Robert Smith też mnóstwo czyta. Pewnie tak jak ty uwielbia egzystencjalizm - droczyła się."

No, no...

czwartek, 18 lutego 2010
The Cure w horrorze

Potwierdziły się słowa Roberta Cichowlasa, o tym, że Kazimierz Kyrcz Jr jest fanem The Cure. Pierwsza wzmianka obrazująca zainteresowania muzyczne autora znajduje się już na 197 stronie:

"Nawet zgubiony w ciemności możesz to zrobić dobrze - za pośrednictwem odtwarzacza CD przekonywał wokalista The Cure. - Albo czekaj na śmiertelny cios.

Dzięki tym tekstom ból nie znikał, jednak stawał się odrobinę znośniejszy."

Tylko, że mnie się widzi, iż te słowa nie pochodzą z jednej piosenki, tylko z trzech ;-)

A potem jeszcze w opowiadaniu "Brzydula" (str. 389) pojawia się Just Like Heaven:

"Przebijali się przez Hetmańską, słuchając stacji nadającej rocka z lat osiemdziesiątych. Za soba mieli już Final Countdown i Why can't this be love, a teraz właśnie leciało Just Like Heaven".

To niech leci... :)

Muszę powiedzieć, że czuję się usatysfakcjonowana, bo od dawna nie znajdowałam żadnych wzmianek o zespole, a zanim zaczęłam je notować w blogu, natykałam się w książkach co kawałek o cure'owe inspiracje. Może zła passa została przełamana?

Discover the playlist just like heaven with The Cure
sobota, 06 lutego 2010
How beautiful you are - Oczy biednych

Znajdź różnicę ;-)

How beautiful you are - R. Smith

Oczy biednych - C. Baudelaire (tłum. Ryszard Engelking)

You want to know why i hate you?
Well i'll try and explain...
You remember that day in Paris
When we wandered through the rain
And promised to each other
That we'd always think the same
And dreamed that dream
To be two souls as one
And stopped just as the sun set
And waited for the night
Outside a glittering building
Of glittering glass and burning light...
And in the road before us
Stood a weary greyish man
Who held a child upon his back
A small boy by the hand
The three of them were dressed in rags
And thinner than the air
And all six eyes stared fixedly on you

The father's eyes said "beautiful!
How beautiful you are!"
The boy's eyes said
"how beautiful!
She shimmers like a star!"
The child’s eyes uttered nothing
But a mute and utter joy
And filled my heart with shame for us
At the way we are

I turned to look at you
To read my thoughts upon your face
And gazed so deep into your eyes
So beautiful and strange
Until you spoke
And showed me understanding is a dream
"i hate these people staring
Make them go away from me!"

The fathers eyes said "beautiful!
How beautiful you are!"
The boys eyes said
"how beautiful! she glitters like a star!"
The child's eyes uttered joy
And stilled my heart with sadness
For the way we are
And this is why i hate you
And how i understand
That no-one ever knows or loves another

Or loves another

 

A więc chcesz się dowiedzieć, czemu cię dziś nienawidzę! Pewne łatwiej mi będzie to wyjaśnić, niż tobie zrozumieć. (…)

Spędziliśmy ze sobą cały długi dzień, który mnie wydał się krótki. Obiecaliśmy sobie solennie, że każda nasza myśl będzie wspólna, moja-twoją, a twoja-moją, i że nasze dwie dusze złączą się odtąd w jedną. (…)

Wieczorem trochę zmęczona, postanowiłaś usiąść przed nową kawiarnią (…). Kawiarnia błyszczała. Nawet gaz płonął zapałem debiutanta (…)

Na wprost nas, na jezdni, utkwił jakiś poczciwiec, mniej więcej czterdziestoletni, ze zmęczoną twarzą i siwiejącą brodą; jedną ręką obejmował małego chłopca, na drugiej zaś trzymał dziecko, ze słabe, by iść. (…) Wszyscy w łachmanach. Te trzy twarze miały w sobie niezwykłą powagę, a tych sześcioro oczu wpatrzonych w nową kawiarnię kontemplowało ją z zachwytem równie wielkim, choć w zależności od wieku różnie zabarwionym.

Oczy ojca mówiły: „Jak tam pięknie! Jak tam pięknie!” (…) Oczy chłopca: „Jak tam pięknie! Ale do tego domu mogą wejść tylko ludzie, którzy nie są tacy jak my”. – Jeśli chodzi o oczy dziecka, to były zbyt oczarowane, aby wyrażać cokolwiek poza najgłębszą, bezmyślną radością.

Piosenki mówią, że rozkosz uszlachetnia duszę i zmiękcza serce. Piosenka miała rację tego wieczora – w moim przypadku. Nie tylko byłem wzruszony tą rodziną oczu, ale czułem się trochę zawstydzony szklankami i karafkami za dużymi na nasze pragnienia. Odwróciłem wzrok ku tobie, kochanie, by w twoim spojrzeniu wyczytać moją myśl; topiłem oczy w twych oczach (…), kiedy nagle się odezwałaś: „Ci ludzie są nie do zniesienia. Te ich oczy jak młyńskie kamienie. Czy nie zechciałbyś poprosić właściciela, żeby ich stąd usunął?’

Tak trudno zrozumieć się nawzajem, mój drogi aniele, a i tak nieudzielna jest myśl, nawet jeśli dwoje ludzi się kocha.

Tym razem znalazłam tekst, który zainspirował Roberta Smitha do napisania piosenki "How beautiful you are". Szczerze mówiąc książkę Baudelaira pt: "Paryski splin" wypożyczyłam między innymi z nadzieją na przeczytanie tekstu w pierwotnej wersjii. Nie spodziewałam się jednak aż tak bliskiego podobieństwa. Nie jest to żadne odkrycie, którego dokonałam, ale ciekawostka, którą odnotowuję, na wypadek gdyby ktoś szukał Smithowych inspiracji.

środa, 05 sierpnia 2009
The Cure w literaturze - Mam łóżko z racuchów (J. Moriarty)

Dodaję nową kategorię w blogu zmuszona okolicznościami. Otóż co chwilę znajduję w czytanych książkach odniesienia do The Cure. Ogromnie mnie cieszy fakt, że tak wielu ludziom ten zespół nie jest obojętny i trafia nawet do powieści. Zawsze dzielę się swoimi odkryciami z mężem i zmuszam go do przeczytania wybranej strony żeby też miał się czym cieszyć. Niestety, po zamknięciu książki zapominam o tym miłym akcencie. Nie jestem w stanie odtworzyć gdzie jeszcze widziałam The Cure - może oprócz książki Iana Rankina "Wiszący ogród", która cała jest odniesieniem do piosenki o tym tytule.

Jaclyn Moriarty "Mam łóżko z racuchów" WAB str. 299

"Okazało się, że poproszono go z jakiegoś powodu, by porównał dwie różne wersje piosenki pod tytułem Love Cats. Jedną wersję oryginalną, wykonywał zespół The Cure. Drugą, nowszą, facet o pseudonimie Tricky. Mieszanina tajemniczych słów i nazw! Fancy poczuła zdenerwowanie i podniecenie.

- Jak sądzisz, która wersja jest bardziej udana? - spytał. - Która jest bardziej dynamiczna? Która piękniejsza? Która sprawia, że masz ochotę tańczyć? Którą uważasz za bardziej zmysłową? (...)"

 

Teraz mam pewność, że nie zapomnę, że Jaclyn Moriarty umieściła Love Cats w swojej powieści, a przy okazji znalazłam okazję by pochwalić się zdjęciem The Cure z koncertu w Katowicach oraz Kinią.

 
1 , 2
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
Zakładki:
Spis moli
Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
Wyzwania
Czytam, bo lubię

Wypromuj również swoją stronę