Wpisy z tagiem: literatura polska
środa, 22 lutego 2012
Upiory Czarnobyla, Wojciech Wiktorowski
Marginesy, 2011 Liczba stron: 240 Akcja powieści ma miejsce pod koniec lat osiemdziesiątych. Głównym bohaterem jest reporter telewizji, który w imię przyjaźni i idealistycznego dążenia do prawdy, prowadzi prywatne śledztwo. Po wybuchu reaktora jądrowego w Czarnobylu społeczeństwo polskie nie otrzymuje rzetelnych informacji na temat zagrożeń związanych z podwyższonym promieniowaniem. Mimo tego, że dysponujemy nowoczesną jak na owe czasy stacją pomiarową, nikomu nie w smak publikowanie prawdziwych danych. Jest jednak jeden człowiek, w powieści nazywany Doktorem, który bada i dokumentuje realne skażenie. Prywatnie jest on znajomym dziennikarza. Kiedy Doktor ginie w podejrzanych okolicznościach, władze bardzo szybko zamykają śledztwo i ogłaszają, że naukowiec popełnił samobójstwo. Ani żona, ani dziennikarz nie wierzą w tę wersję. Ten ostatni próbuje zbadać prawdziwy przebieg zdarzeń oraz poznać przyczynę, dla której Doktor mógł być niewygodny dla władzy. Czy jego śmierć ma coś wspólnego z prowadzonymi przez niego badaniami po wybuchu w Czarnobylu? W dalszej części książki obserwujemy prywatną krucjatę dziennikarza. Można się łatwo przekonać o tym, że sprawa śmierci Doktora jest śliska, ponieważ po drodze ginie jeszcze kilka osób, z których każda mogła wiedzieć coś, co przybliżyłoby redaktora do prawdy. Sama intryga kryminalna jest ciekawa, tym bardziej, że powstała na kanwie prawdziwych, do tej pory niewyjaśnionych wydarzeń związanych z wybuchem reaktora w Czarnobylu. Gorzej z wykonaniem. Kilka rzeczy zupełnie mnie nie przekonuje. Nieodgadnione są dla mnie motywy reportera próbującego popełnić samobójstwo. Przez całą książkę nic nie wskazywało na to, że facet ma zrytą psychikę, aż nagle uświadomiwszy sobie bezsens swoich działań związanych z wyjaśnieniem sprawy Doktora, postanawia skończyć z sobą. Jeszcze mniej wiarygodne jest pojawienie się ekipy filmowej na spontanicznie wybranym w tym celu miejscu. A już obecność agenta rosyjskiego w roli producenta nagrania jest całkowicie absurdalna. Mam wrażenie, że pod koniec zabrakło pomysłu na zamkniecie niektórych wątków książki. Szkoda, bo 3/4 powieści czytało się całkiem dobrze. Mimo powyższych zastrzeżeń, uważam, że osoby interesujące się sprawą Czarnobyla powinny sięgnąć po tę powieść. UZUPEŁNIENIE:
wtorek, 21 lutego 2012
Vlad Dracula, Dariusz Domagalski
Bellona / Runa, 2011 Liczba stron: 352 Niezbyt dobrze odnajduję się w książkach historycznych. A przynajmniej tak do tej pory myślałam, ponieważ lektura "Vlada Draculi" sprawiła, że muszę zrewidować ten osobisty przesąd. Książkę czytało mi się wyśmienicie i żałowałam, że tak szybko się skończyła. Czas akcji przypada na lata sześćdziesiąte piętnastego wieku. Po porażce w bitwie pod Warną kraje europejskie obawiają się inwazji niewiernych. Węgierski władca wysyła mały elitarny oddział Czarnych Legionów na Wołoszczyznę pod dowództwem Janosa Lechoczky'ego. Młody, choć doświadczony rycerz, ma nawiązać kontakt w hospodarem Wołoszczyzny Vladem Draculą i ocenić działania i politykę tego władcy, o którym krążą po Europie bardzo jednostronne opinie. Przypisuje się mu okrucieństwo i konszachty z samym diabłem. Węgierski władca rozważa jednak sojusz z Draculą i wspólną walkę z tureckim najeźdźcą. Czy posyła Czarne Legiony na pewną śmierć? Jakie przyjęcie czeka ich na Wołoszczyźnie? Czy uda się Janosowi wystarczająco poznać Draculę i motywy nim kierujące? W książce aż gęsto od treści i akcji. Sceny bitew i potyczek odmalowane są z taką dokładnością i kunsztem, że niemal słychać szczęk oręża, rżenie koni, głuchy odgłos rozrąbywanych głów i okrzyki nacierających janczarów. Autor idealnie oddał nastrój i poczucie zagrożenia potęgowane nieprzychylnym krajobrazem tej niegościnnej krainy. Na największą uwagę zasługuje jednak przedstawienie postaci Draculi. Dowódca Czarnych Legionów bardzo szybko odrzuca stereotypowe myślenie o hospodarze Draculi. Obserwuje i rozmawia z nim, walczy ramię w ramię i poznaje lepiej samą Wołoszczyznę. Okazuje się, że nie można o Vladzie Draculi wypowiadać się jednostronnie - za każdym jego działaniem idzie jakiś zamysł, a okrucieństwo w stosunku do poddanych i wrogów nie jest celem samym w sobie, a sposobem na zachowanie ładu, porządku na tych ziemiach. I chociaż "oczy cierpną" kiedy czyta się opisy tortur, to żaden czytelnik po lekturze książki Domagalskiego nie waży się nazwać Draculi wampirem. Tak jak wspominałam na wstępie żałowałam, że książka dobiegła końca. A zakończenie daje również dużo do myślenia. Polecam, przede wszystkim tym, którzy uważają, że książki historyczne są nudne. Ci, którzy mają przeciwne zdanie, na pewno są już po lekturze "Vlada Draculi."
Moja ocena: 5/6
poniedziałek, 20 lutego 2012
Nielegalne związki, Grażyna Plebanek
WAB, 2010 Liczba stron: 323 Przeczytałam wszystkie książki Grażyny Plebanek. Debiutanckie "Dziewczyny z Portofino" wstrząsnęły mną i zmieszały. Pozostałe wspominam pozytywnie, co możecie sprawdzić klikając w linki załączone pod koniec tego wpisu. Chociaż widzę teraz, że z książki na książkę mam coraz mniej pochlebną opinię. Niestety, ten trend zostaje podtrzymany przez "Nielegalne związki." Ta książka mnie zaskoczyła i pozostawiła w niedowierzaniu: Czy to cały czas ta sama pisarka? To, co w poprzednich powieściach stanowiło największy atut, czyli wypełnienie postaci zawiłą psychiką oraz zaskakująca akcja, w tej powieści praktycznie nie występuje. I doprawdy nie zrzucałabym odpowiedzialności za ten stan rzeczy na fakt, że w "Nielegalnych związkach" oglądamy świat oczami mężczyzny. Mało to mężczyzn pisze z punktu widzenia kobiety? Mnóstwo, a wielu robi to w sposób zachwycający. Moim zdaniem zabrakło pomysłu na tę książkę. Co dostajemy w "Nielegalnych związkach?" Płaskie postaci. W szczególności postać głównego bohatera, który po nawiązaniu romansu i zakochaniu się w Andrei nie ma nawet przebłysku myśli o przyszłości swoich związków czy to z żoną czy z kochanką. Przez wiele miesięcy zajmują go tylko i wyłącznie esemesy od Anderi oraz wspominanie i planowanie kolejnych układów gry erotycznej. W międzyczasie czytamy o tym jak to ma źle wykonując wolny zawód i zajmując się dziećmi, bo kochanka w ostatniej chwili informuje go o gotowości spotkania w celu wiadomym i musi wtedy zmieniać plany i wszystko robić pobieżnie żeby na spotkanie zdążyć. Szkoda Wam faceta? W książce praktycznie nic się nie dzieje - obserwujemy tylko kolejne schadzki bądź złość Jonathana w dniach kiedy coś nie idzie po jego myśli. Przez połowę książki nie ma żadnych komplikacji, akcja wlecze się jak czas spędzony u cioci na imieninach. Czytelnik chciałby żeby wreszcie: a) romans się wydał, b) facet przejrzał na oczy, c) kochankowie zaczęli ze sobą rozmawiać, bo czytanie o jej ciele, jego ciele, biodrach, ustach itp. grozi zaśnięciem. Te osoby, które sięgnęły po powieść ze względu na zawartość tzw. "momentów" będą również rozczarowane. Przewidywalna, płaska, nudna. Przeczytałam ją do końca nie dlatego, że chciałam poznać zakończenie - mniej więcej w połowie książki przestały mnie interesować losy bohaterów. Przeczytałam ją, żeby z czystym sumieniem móc ją Wam odradzić. Moja ocena:: 2/6 Wcześniej pisałam (pozytywnie) o:
sobota, 18 lutego 2012
Mury Hebronu, Andrzej Stasiuk
Czarne, 2000 Liczba stron: 149 Pierwsza powieść Stasiuka. Powieść mocna, brudna, paskudna. Powieść o mężczyznach. Powieść dla mężczyzn. Powieść o życiu, którego doświadczają nieliczni, a większość z nas nie ma do niego wstępu. Powieść więzienna. "Do więzienia idzie się tylko raz. Ten pierwszy. Potem już nie ma więzienia. Wolności też nie ma. Wszystko jest równo."Na książkę składają się migawki z więziennego życia i opowieść (nawijka) grypsującego recydywisty. Poznajemy jego losy od wczesnej młodości w domu, który nigdy nie był dla niego wsparciem, przez pobyt w zakładzie poprawczym, do którego trafił na życzenie matki oraz pokrętne koleje losu, w których raz był na wozie raz pod wozem. Więzienie dla niego jest stanem świadomości, mentalnością, potrzebą życiową. Pierwszy w nim pobyt odciska na człowieku piętno, kolejne wyroki już się nie liczą, bo nawet pobyt w zakładzie karnym staje się rutyną. Wówczas nic już nie przeraża tak jak za pierwszym razem. "Liczą się tylko sztywne chłopaki. Reszta to frajerstwo, które nie wie za co siedzi, i na dodatek żałuje za grzechy i myśli o poprawie."W więzieniu, jak w każdej zamkniętej społeczności ważna jest hierarchia. Grypsujący, stanowią mniejszość, ale są grupą najsilniejszą. Reszta się dla nich nie liczy. Na resztę składają się frajerzy i cwele. "Jak zaczniesz grypsować, małolat, to jest albo wóz, albo przewóz. Musisz wiedzieć, gdzie jest twoje miejsce. Decydujesz się na to, że jesteś złodziej i bandzior, a więzienie jest twoim drugim domem i to jest cena za to, że robisz to, co ci się podoba. (...) Złodziej, co grypsuje, dokładnie wie, kto jest jego wrogiem i z kim ma walczyć, żeby przeżyć."Walka, okrucieństwo, odrażające praktyki seksualne, brutalne przesłuchania, zimne, brudne izolatki to codzienność w więzieniu. Kto się nie złamie, ten stanie się jeszcze silniejszy, bardziej bezwzględny. Jego postępowanie stanie się wyrachowane, okrutne, nieetyczne, niemoralne... Można mnożyć kolejne przymiotniki, ale po co - kogo zainteresuje tematyka sam sięgnie po książkę i sprawdzi czy jest szansa wyrwania się poza mur. A co symbolizuje tytułowy mur? W zależności od interpretacji - można go postrzegać dosłownie, jako mur więzienia, odbierający wolność, zagradzający drogę do mniej zdemoralizowanego społeczeństwa. Mur w innej interpretacji będzie umysłowym ograniczeniem skazującym ludzi na życie więzienne. Mur definiowany jako nieumiejętność wyrwania się z kręgu zła i przemocy. Autor w ostatnim rozdziale podaje jeszcze inną interpretację muru. Sprawdźcie, czy można go przekroczyć. To szokująca proza. Zupełnie nie mój świat, ale literatura jest po to, aby otwierać małe okienko w murze, za którym czai się inna rzeczywistość. Moja ocena: 4/6 Wcześniej pisałam o:
czwartek, 16 lutego 2012
Widzę śmierć, Krzysztof Kąkolewski
Zysk i S-ka, 2012 Liczba stron: 184 Jako, że ostatnio stawiam głównie na rozrywkę, zamówiłam kryminał Krzysztofa Kąkolewskiego. Samego autora dotychczas nie znałam ani z jego reportaży, ani z prozy fabularnej, zaciekawił mnie jednak opis książki "Widzę śmierć." Ziuta jest anglistką niezatrudnioną na etacie. Na skromne życie zarabia udzielaniem prywatnych lekcji. Jest znudzona swoją marną egzystencją, tym bardziej, że sama wybiera postawę wycofywania się i unikania kontaktu z innymi. Sąsiedzi zamieszkujący w tym samym bloku nie są nastawieni przyjaźnie ani do niej ani do nikogo innego. Ziuta ma jedną przyjaciółkę, młodszą od siebie byłą sublokatorkę - Mariolkę. Mariolka już z nią nie mieszka, ponieważ udało jej się poderwać bardzo bogatego biznesmena. Kiedy pewnego dnia Mariolka odwiedza Ziutę, ta żali jej się na brak pieniędzy oraz wszechogarniające znużenie. Kobiety zaczynają studiować dział ogłoszeń w gazecie, aby znaleźć dla Ziuty jakieś zatrudnienie. W oko wpada im ogłoszenie, w którym ktoś szuka świadka wypadku samochodowego ze skutkiem śmiertelnym. Mariolka namawia Ziutę do złożenia zeznań, mimo tego, że Ziuta świadkiem nie była. Obie widzą w tym szansę zarobienia pieniędzy i przerwania marazmu. Okazuje się, że ogłoszeniodawcy nie zależy na prawdomówności i sowicie płaci za złożenie zeznań. Ziuta na własne życzenie znajduje się w samym centrum porachunków mafijnych i nie może już narzekać na brak emocji. Powieść napisana jest głównie dialogiem, wszelkie opisy ograniczone są dosłownie do didaskaliów, co według mnie czyni z tej pozycji kandydatkę do wystawienia na scenie. Rozpoczynająca książkę rozmowa dwóch przyjaciółek wydała mi się bardzo sztuczna. Na szczęście później nie odczuwałam już tego dyskomfortu w trakcie lektury. Akcja nie jest bardzo skomplikowana, ale wciąga. Czytelnik ma ochotę przekonać się do czego doprowadzą Ziutę matactwa, których dopuściła się za pieniądze. Czy poniesie karę? Czy dzięki zarobionej sumie odmieni swoje życie na lepsze? Podczas czytania zastanawiałam się także nad tym, jak bardzo trzeba być zdesperowanym lub głupim żeby dopuścić się krzywoprzysięstwa. Wniosek jaki wyciągnęłam: każdy i wszystko ma swoją cenę. Jaką cenę zapłaciła Ziuta? Przekonajcie się sami! Polecam.
Moja ocena: 4/6
środa, 15 lutego 2012
Liczby Charona, Marek Krajewski
Znak, 2011 Liczba stron: 303 Idąc za ciosem przeczytałam drugą powieść z komisarzem Popielskim. Akcja "Liczb Charona" toczy się również we Lwowie, ale dziewięć lat wcześniej. Popielski został dyscyplinarnie wyrzucony z policji, ponieważ bardzo zadarł ze swoim bezpośrednim przełożonym. Od dwóch lat klepie biedę. Udziela korepetycji i wykonuje inne dorywcze prace. Po trzech latach od zwolnienia będzie mógł założyć prywatną agencję detektywistyczną. Zanim to nastąpi, przeżyje kompromitację na uniwersytecie i... zakocha się. Zwraca się do niego jego była uczennica - Renata. Prosi go o interwencję i odnalezienie pani hrabiny, u której prowadzi buchalterię. Syn hrabiny jest osobą bardzo porywczą, prowadzącą na swoich ziemiach rządy despotyczne, ponadto prześladuje dziewczynę i czyha na jej godność. Mniej więcej w tym samym czasie na poddaszu jednej z lwowskich kamienic policja odkrywa zwłoki zamordowanej staruszki trudniącej się wróżbiarstwem. Morderca podrzuca na komendę zaszyfrowaną wiadomość. Do jej rozszyfrowania przydadzą się lingwistyczne umiejętności pozostającego w niełasce Popielskiego. Lubię powieści, w których występuje szyfr. Ten jest tak skomplikowany, że nawet po dokładnym wyłożeniu reguł, trudno byłoby streścić o co w nim chodzi. Odniosłam wrażenie, że Popielski w "Liczbach Charona" nie był aż tak hardy jak w "Eryniach" i trochę bardziej panował nad swoimi reakcjami. W końcu na samym początku zebrał niezłe baty. Potwierdziło się to, czego nie chciałam do siebie dopuścić czytając pierwszą z książek: Popielski gra tak jak mu wygodnie i jest umoczony po szyję. Piękne, potoczyste przemowy, schludny wygląd zazwyczaj ratują mu tyłek. Nie do końca lubię takich policjantów, których można sobie prywatnie wynająć do zaprowadzenia sprawiedliwości, ale książkę czytałam z przejęciem, bo to dobry kryminał. Polecam!
Moja ocena: 4,5/6
wtorek, 14 lutego 2012
Erynie, Marek Krajewski
Znak, 2010 Liczba stron: 270 To, o ile mnie pamięć nie myli, to moje trzecie spotkanie z powieścią Marka Krajewskiego. Pierwszą przeczytaną książką był "Festung Breslau", jeszcze przed założeniem bloga (tak, tak, wtedy też czytałam). Potem przeczytałam książkę napisaną w duecie z Mariuszem Czubajem. Obie pozostawiły we mnie dużo pozytywnych wspomnień. Szczerze mówiąc chętnie wrócę kiedyś do serii o Breslau. "Erynie" opowiadają o przedwojennym Lwowie i nasycone są atmosferą tego miasta, specyficznym językiem jego mieszkańców, portretują różne warstwy społeczeństwa - robotników, pracowników zawodów bardziej szanowanych takich jak komiwojażerzy oraz policjantów i innych elegantów. W mieście zamieszkanym przez ludność polską i żydowską bardzo łatwo o wzajemne oskarżenia i idące za nimi reperkusje. Kiedy więc aptekarz, żyd z pochodzenia, znajduje w swoim wychodku potwornie okaleczone zwłoki polskiego dziecka, sprawa staje się priorytetem policji. Dochodzenie obejmuje Edward Popielski - zbliżający się do wieku emerytalnego swoisty "gwiazdor" lwowskiej policji. Popielski chce zamknąć sprawę szybko i jak najbardziej widowiskowo. Przede wszystkim kieruje się obawą o życie swojego małego wnuczka. Popełnia przy tym wiele błędów, które (mam nadzieję) obciążają jego sumienie. Tak, tak - nie zapałałam sympatią do głównego bohatera. Nie spodobał mi się ani jego styl życia, ani to, że otwarcie pogardzał ludźmi o niższym od swojego statusie. Nie zaimponowała mi jego skłonność do przemocy oraz dandysowskie ubrania. Dużo mogłabym mu wybaczyć gdyby naprawdę był dobrym śledczym, a on jest po prostu śledczym niekonwencjonalnym. Jego oryginalność związana jest z chorobą - epilepsją. Ostre słońce nie służy Popielskiemu, dlatego pracuje nocą - dzięki temu ma przewagę nad innymi policjantami. Tych innych praktycznie w powieści nie ma - ja wolę jeśli są ;-) Pokrytykowałam, pomarudziłam i na tym koniec. Reszta mi się podobała - szybka akcja, skomplikowane śledztwo, w którym do końca nie wiadomo o co chodzi, kto jest mordercą ani jakimi motywami się kieruje. Ciekawe przejście do współczesności zaczyna i wieńczy powieść - jest również ostatecznym rozwiązaniem wszystkich zagadek. Za chwilę zabieram się za "Liczby Charona" tego samego autora. Tutaj pisałam o ALEI SAMOBÓJCÓW Moja ocena: 4/6
sobota, 11 lutego 2012
Autobiografia na czterech łapach, Dorota Sumińska
Wydawnictwo Literackie, 2008 Liczba stron: 352 Zacznę od tego, że spodziewałam się czegoś innego po tej książce. Teraz nawet nie wiem dlaczego miałam takie oczekiwania, ale myślałam, że będę czytała głównie o zwierzętach w życiu autorki. Okazało się, że rzeczywistość jest o niebo ciekawsza, bo zwierzęta, owszem występują, ale główny punkt ciężkości położony jest na autobiografii Doroty Sumińskiej i jej rodziny. Autorka sięga do historii swojej rodziny aż do czasów końca XIX wieku i zaczyna od przedstawienia swoich pradziadków, którzy nie tylko posiadali ułańską fantazję, ale byli również miłośnikami zwierząt. Jeden z nich wielbił konie, drugi za największego przyjaciela miał psa. Miłość do zwierząt niewątpliwie została przekazana w genach rodzicom pani Doroty i skumulowała się w niej samej. Z książki wynika, że autorka nie miała za bardzo szczęścia do ludzi - jej małżeństwa zakończyły się fiaskiem, córka nie jest dla niej oparciem. Ojciec przez wiele lat nie miał z nią kontaktu, dopiero później odnaleźli się i połączyła ich wspólna pasja do zwierząt. Zwierzęta - psy, koty, kozy, świnki, wiewiórki, jeże były i są dla niej oparciem, bo w przeciwieństwie do ludzi obdarzają niewarunkową miłością i zaufaniem. Autorka nie obwinia swoich partnerów, nie szuka na kartach książki również winy w sobie, pozostawia dla siebie tę część prawdy, co uważam za bardzo słuszne posunięcie. "Plotka" mogę poczytać w sieci, a w książce nie szukam taniej sensacji. Cała książka jest bogato ilustrowana fotografiami ze zbiorów autorki. Znajdziemy na nich i ludzi i zwierzęta. Krótkie rozdziały wprowadzają porządek, dlatego też historię rodu Sumińskich czyta się wyśmienicie. Czyta się tak dobrze, że trudno książkę odłożyć przed końcem. Ja nie umiałam. W międzyczasie kilkakrotnie wybuchałam gromkim śmiechem, od czasu do czasu czytałam fragmenty na głos, bo miałam ogromną potrzebę podzielenia się co smakowitszymi opisami (głównie o zachowaniu zwierząt). Nie wnikając zupełnie w rzetelność przedstawionych faktów z prywatnego życia autorki (trudno nie być subiektywnym pisząc o sobie), uważam, że książka jest perfekcyjna i zachwycająca i zazdroszczę autorce umiejętności zwięzłego wysławiania się i poczucia humoru. Brawo!
Inne książki autorki:
Moja ocena: 6/6
środa, 08 lutego 2012
Bromba i filozofia, Maciej Wojtyszko
Wydawnictwo Jacek Santorski & Co, 2004 Liczba stron: 127 Bromba to postać znana starszym osobom. Nie stoi jednak nic na przeszkodzie aby i dzieci mogły zapoznać się z Brombą, Kajetanem Chrumpsem, Kotem Makawitym, Malwinką, Fikanderem, bibliotekarzem Pućkiem i innymi sympatycznymi postaciami książek Wojtyszki. Ten tom kierowany jest do dzieci starszych, co najmniej z późniejszych lat podstawówki. Rozmowy o filozofii niosą ze sobą taki poziom abstrakcji, że młodsze zupełnie nie wiedziałyby o co chodzi. Przemiłe stworki spotykają się aby omawiać podrzucane im przez Brombę zagadnienia z dziedziny filozofii. Zastanawiają się czym jest czas, czym jest wolność i jakie są zasady korzystania z wolności, czym jest myśl, co znaczy 'ja' i jakie powinny być warunki prowadzenia dysput filozoficznych. Książka podzielona jest na rozdziały, w których oprócz wspomnianych rozmów mamy wgląd w codzienne życie przyjaciół Bromby i jej samej. Każdy rozdział zgrabnie podsumowuje kilka punktów spisanych przez bibliotekarza Pućka. Książka jest ilustrowana i wydana bardzo starannie. Dlaczego o tym wspominam? Mamy na półce stare (bardzo stare) wydanie książki o Brombie, które swoją jakością i formatem nawet do pięt nie sięga wydaniu współczesnemu. "Bromba i filozofia" może być dobrym prezentem dla dziecka ciekawego świata. Jest też świetnym przerywnikiem dla mamy dziecka, szczególnie lubiącej takie kąski:
Moja ocena: 4,5/6
czwartek, 26 stycznia 2012
Życie po mężczyźnie, Hanna Samson
Znak, 2012 Liczba stron: 174 "Pamiętnik z czasu znikania. Literatura postmenstruacyjna. Adresowana do kobiet 55+, do których mało co na świecie jest adresowane poza kursami dla bezrobotnych i reklamą kleju do protez. Osoby poza targetem pism dla kobiet. Bezpłciowe, wykluczone, niewidzialne prządki codzienności, do których i ja coraz bardziej się zaliczam, co przyjmuję ze smutkiem i ulgą." Tak o swojej książce mówi bohaterka. Zaszywa się w swoim domu na wsi aby spisać istotne fakty swojego życia, uporządkować pewne sprawy osobiste, przemyśleć to, co przed nią i to, co za nią. Pamiętnik nie jest typowym pamiętnikiem, ponieważ autorka wielokrotnie zwraca się do czytelnika. Fikcja literacka i fakty z życia Hanny Samson zlewają się, mieszają, czego rezultatem jest postać głównej bohaterki. Kobieta pod pięćdziesiątkę w Polsce kojarzy się bardzo stereotypowo - kościółek w niedzielę i dzień powszedni, seriale, włóczkowy beret, wąskie zainteresowania nie sięgające poza obręb dzielnicy. Bohaterka tej książki jest inna - zamiast kościoła cieszy się wolnością, którą daje jej dom na wsi, mały lasek, przybiegające na podwórko dzikie zwierzęta oraz zabawy z psem. W chwilach zadumy planuje zbrodnię doskonałą. Zemstę za odebrane jej nadzieje na godną starość. Bohaterka dokonuje podsumowania swojego dzieciństwa, w którym zdominowana była przez matkę oraz dwóch małżeństw, z których żadne nie skończyło się szczęśliwie. Żałuje tego, że nigdy nie zdecydowała się na dziecko, ponieważ chciałaby mieć komu przekazać zasady według których żyje. I chociaż tematyka wydaje się być poważna, to książkę czyta się wyśmienicie. Napisana jest potocznym językiem i pełnym emocji stylem. Kolejne obrazy życia bohaterki następują po sobie w szybkim tempie, zabierając czytelnika w podróż od dzieciństwa do dorosłości oraz zaawansowanej dojrzałości, którą bohaterka wita ze smutkiem, że kończy się pewien etap jej życia, a nieuchronnie zbliża jego koniec. Odczuwa mimo to ulgę, bo do pewnych spraw nie musi już wracać, może darować sobie element rozgrywek damsko-męskich, nie napinać się zawodowo, nie udowadniać nikomu własnej wartości. Jest, tym czym była dotychczas i to się już nie zmieni. Mała książka a tyle emocji, tyle przemyśleń, tyle radości z czytania. Polecam!
Moja ocena: 4,5/6 |
Zakładki:
Wszystkie zamieszczone na blogu teksty i fotografie są chronione prawem autorskim - wykorzystywanie ich w całości lub we fragmencie bez mojej zgody jest zabronione.
2012
Czytam, bo lubię on Facebook Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
Wyzwania
Tagi
![]() Wypromuj również swoją stronę | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||