Wpisy z tagiem: Afryka
poniedziałek, 04 lipca 2011
Dzisiaj narysujemy śmierć, Wojciech Tochman
Wydawnictwo Czarne, 2010 Liczba stron: 151 Oburzenie, obrzydzenie, smutek, oburzenie, smutek, smutek, obrzydzenie, smutek, smutek, smutek... Chociaż o konflikcie w Rwandzie napisano i powiedziano już wiele, to dotychczas nie miałam aż tak emocjonalnego stosunku do rzezi Tutsi. Tochman sprawił, że to, co przeczytałam, zapisało się głęboko i boleśnie w pamięci. W swoich podróżach po tym niewielkim kraju, niewiele większym od przeciętnego polskiego województwa, dotarł do ludzi i miejsc głęboko naznaczonych bólem i śmiercią. Każdy w tym kraju jest albo ofiarą, albo potencjalnym sprawcą. Każdy kogoś stracił, choć nieliczni mogli pochować swoich zmarłych. Bestialscy mordercy albo pozostawiali niepogrzebane zwłoki, tam gdzie dokonali egzekucji, albo wrzucali zmarłych do zbiorowych mogił. Prawie jedna trzecia kobiet Tutsi została brutalnie i wielokrotnie zgwałcona. Część z nich nie dożyła 2010 roku - umarły na AIDS, choroby psychiczne związane z depresją oraz z powodu utraty ochoty na życie. Takie życie... Dzieci, sieroty, którym udało się cało wyjść z rzezi, otrzymują skromne wsparcie od rządu, pozwalające im na naukę. Przewodnikiem Tochmana po Rwandzie jest właśnie student, który w wieku dziewięciu lat stał się głową rodziny dla swoich młodszych braci. Skąd ta nienawiść w narodzie, który od wieków współegzystuje na tej samej ziemi? Czy przyczyniło się do tego kolonialne prawo, dzielące Rwandyjczyków na trzy grupy plemienne? Czy agresja została wywołana przez polityków? Czy mieszały w tym palce kraje rozwinięte, widząc w wewnętrznej wojnie sposób na ograniczenie przyrostu naturalnego? Jaką rolę w konflikcie odegrał kościół katolicki? Autor nie udziela odpowiedzi na te pytania, ale stara się przybliżyć różne punkty widzenia. Przytacza wypowiedzi ofiar i katów, osadzonych teraz w więzieniach. Dociera do Polaków, naocznych świadków wydarzeń. Rozmawia z osobami postawionymi na wysokich szczeblach władzy świeckiej, psychologami, psychiatrami. A wszystko, o czym pisze napawa smutkiem i niedowierzaniem, że do takiego okrucieństwa mogło dojść pod koniec XX wieku. Jeszcze bardziej boli to, że i teraz zdarza się w Rwandzie, że ofiara żyje na jednej ulicy ze swoimi oprawcami. Politycy natomiast dążą do wymazania tych wydarzeń z pamięci ludzkiej, troszcząc się bardziej dobre imię Hutu, niż o pomoc mordowanym Tutsi. Wstrząsające, oburzające i smutne, bardzo smutne...
Moja ocena: 6/6
środa, 08 czerwca 2011
Żar. Oddech Afryki, Dariusz Rosiak
Wydawnictwo Otwarte, 2010 Liczba stron: 341 Książka wygląda jak typowa pozycja podróżnicza - gruby kredowy papier, kolorowe fotografie, logiczny układ oraz podział na rozdziały zwodzą czytelnika. Potrzeba bardziej wnikliwego spojrzenia na "Żar" by odkryć, że pod cukierkowo słodką otoczką kryje się relacja odmienna od tego, do czego zostaliśmy przyzwyczajeni. Dariusz Rosiak jest reporterem a nie turystą. Opowiada o afrykańskich krajach z pominięciem folkloru, rzadko wspomina o krajobrazach, niedogodnościach związanych z zakwaterowaniem, transportem czy wyżywieniem. Książka zatem nie posłuży potencjalnemu turyście do planowania trasy podróży. To, co zajmuje autora dotyczy wpływu kolonizacji oraz ostatnich niespokojnych kilkudziesięciu lat na aktualną pozycję polityczno-ekonomiczną społeczeństwa różnych krajów Afryki. Dariusz Rosiak kilkakrotnie był na kontynencie afrykańskim. Przejechał wiele krajów, rozmawiał z setkami osób, czytał literaturę polską i zachodnią na temat Afryki, wyrobił sobie poglądy na przyczyny i skutki konfliktów. W każdym rozdziale przedstawia bieżące problemy danego kraju sięgając do czasów, gdy kolonizatorzy europejscy wprowadzili sztuczne podziały skutkujące wieloma problemami i zwaśnieniem poszczególnych ludów afrykańskich. Autor próbuje odpowiedzieć na pytanie na ile skuteczna jest pomoc humanitarna i pompowanie pieniędzy w kraje trzeciego świata. Stawia pytanie o to co dzieje się z pieniędzmi w Afryce i dlaczego prawie nie widać efektów pomocy. Przede wszystkim wyróżnia korupcję, złodziejstwo oraz ogólną niechęć do myślenia o przyszłości. Dzięki pomocy zachodu bogacą się przede wszystkim, ci którzy sprawują władzę. Praktyczne nie łoży się na oświatę, szpitale czy infrastrukturę. Dlaczego międzynarodowe banki udzielają wciąż krajom afrkańskim ogromnych miliardowych bezzwrotnych pożyczek? Dlaczego kraje takie jak USA, Rosja czy Chiny nie ingerują, gdy rozkradane są środki przeznaczone na odbudowę narodu? Pisząc o Kongo zniewolonym w XIX wieku przez Belgów, Rosiak zauważa: "Belgowie płacili długi Leopolda, a dziś świat bogatej Północy gotów jest utrzymywać w DRK wielotysięczną nieskuteczną armię i płacić miliardy dolarów na pomoc humanitarną, oby tylko zachować prawo do czerpania korzyści z bogactw tego kraju." Pisząc o Tanzanii podsumowuje istotę działalności politycznej ukierunkowanej jedynie na zapewnienie sobie, swoim krewnym i protegowanym dostępu do milionów dolarów płynących szerokim nurtem z zachodu: "W niemal wszystkich krajach afrykańskich wyzwolonych z kolonializmu w pewnym momencie państwo przejmowało rolę głównego pracodawcy i rozdawcy stanowisk gwarantujących swoim podopiecznym pomyślne życie. Istotą działalności politycznej w systemie jednopartyjnym stało się zajęcie jak najwyższego miejsca w hierarchii państwowego patronatu i dysponowanie przywilejami wśród funkcjonariuszy systemu - zwykle spowinowaconych z prezydentem i jego ministrami." Można by pomyśleć, że rasizm nie jest już tak wielkim problemem w Afryce. Jednak nie jest to prawdą. Rasizm kwitnie, szczególnie w RPA, gdzie ludzi wciąż dzieli się na cztery kategorie, z których każda ma inne przywileje. RPA kipi nienawiścią, pogardą spowodowaną dużym rozwarstwieniem społeczeństwa. Nienawiść czarnych do białych przejawia się w wieloraki sposób, najmniej mądry jest ten, o którym wspomina autor pisząc o Ugandzie: "Każdy, nawet największy morderca, który umie przeciwstawić się Zachodowi, jest w Afryce postacią co najmniej niejednoznaczną. Może być ostatnim bandytą, skorumpowanym łotrem albo nawet kanibalem. Jeśli przy okazji krytykuje zachodni imperializm, zasługuje na ciepłe słowa." Czy chciałabym pojechać do Afryki? Raczej nie. Zupełnie nie przemawia do mnie kultura, smaki i kolory Afryki. Nie ciągnie mnie na safari. Nie chcę oglądać ubóstwa. Im więcej czytam o tym kontynencie tym bardziej czuję, że nie byłabym tam szczęśliwa, bo pod kolorową mozaiką przygotowaną dla turystów kryje się Afryka prawdziwa - Afryka wzajemnych pretensji, ukrytych gwałtownych namiętności, ubóstwa i sankcjonowanej wszędzie rażącej niesprawiedliwości: "Dudniący bęben, pomalowane twarze, szaleńczy taniec, lew czający się w buszu - intensywność życia i śmierci ponad naszą miarę. Boimy się takiej Afryki, więc oswajamy ją: w wioskach fotografujemy scenki rodzajowe, gotowanie i zabawy dzieci, tańce i rytuały opisujemy w języku etnografów, a lwy oglądamy na safari. Bezpieczna, mdła Afryka, nasze wakacyjne marzenie." Koniecznie przeczytajcie!
Inne książki o Afryce: Nocni wędrowcy - Wojciech Jagielski Chłopięce lata - J. M. Coetzee Kamienie przodków - Aminatta Forna Comedia infantil - Henning Mankell
Moja ocena: 5/6
czwartek, 17 marca 2011
Nocni wędrowcy, Wojciech Jagielski
WAB, 2009 Liczba stron: 330 Nocni wędrowcy pojawiają się w miastach z nastaniem zmroku. Idą w ciszy, wielką grupą, niosą ze sobą tobołki, które po rozłożeniu służyć im będą za posłanie. Ludzie lękliwie schodzą im z drogi, zdają się nie zauważać setek dzieci, które nocują w centrum miasta - na targowiskach, pod markizami sklepów, w wyznaczonych do tego halach. Z nastaniem świtu dzieci znikają w położonych dookoła obozach przesiedleńczych oraz wioskach. Dlaczego dorośli odsyłają swoje pociechy do miasta na noc? Ze strachu. Od lat lud Aczoli terroryzowany jest przez dziecięcych partyzantów kierowanych przez fanatycznego przywódcę. Ruch Armii Bożego Oporu pod osłoną nocy napada na wsie, by porywać dzieci w wieku 8-9 lat i młodszych nastolatków i wcielać ich w szeregi partyzantki. Dzieci albo podporządkowują się reżimowi grupy albo są zabijane. Podporządkowanie polega na całkowitym wyrzeczeniu się dotychczasowego życia. Młodzi ludzie ćwiczeni są w zabijaniu, torturowaniu, gwałtach. Młode dziewczęta oddawane są za żony komendantom partyzantów, aby rodziły im dzieci i zajmowały się domem. Dziecko w krainie Aczolich to osoba podejrzana, to być może ofiara i kat w jednym. Dzieci, którym udało się uciec z buszu poddawane są terapii w ośrodku, następnie odsyłane są do rodzin, które często wyrzekają się ich lub traktują podejrzliwie. Presja otoczenia i konfrontacja z rzeczywistością odbiegającą od dziecięcych wyobrażeń rodziny, sprawiają, że wielu z nich ponownie ucieka do buszu, który znają lepiej niż życie w rodzinie. Wojciech Jagielski sięga głębiej i pokazuje najnowszą historię Ugandy, kraju, który wstrząsany jest licznymi wojnami domowymi, który nie ma szczęścia do władców. Kilku ugandyjskich przywódców uznanych zostało za zbrodniarzy i ściganych było z ramienia Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. Uganda jest krajem, w którym nowoczesność zderza się z tradycją - rytuały plemienne są wciąż silnie zakorzenione w społeczeństwie, a ludność rozdarta jest między wiarę katolicką a wiarę w duchy przodków i siły natury. Reporter napisał mocno wstrząsającą książkę, która stawia pytania o odwieczny problem winy i kary. Czy to dzieci winne są masakrom popełnianym na ludności Ugandy, czy może winne jest społeczeństwo dopuszczające do tak wielkich wynaturzeń i kraj, w którym jedynymi argumentami politycznymi są maczeta, pałka i karabin? Czy to, że dzieci uczyniono mordercami można w jakikolwiek sposób usprawiedliwić? Jak pracować z byłymi partyzantami, którzy w obronie własnej mordowali na polecenie przywódców nie tylko obcych sobie ludzi, ale także członków rodziny oraz mieszkańców tej samej wioski? Czy takie dziecko jest bardziej ofiarą czy bardziej mordercą? Czy wystarczy powtarzanie im mantry "To nie twoja wina, nie twoja wina", by oczyścić ich sumienia? "Nocni wędrowcy" i moralne dylematy, przed którymi zostałam postawiona, długo jeszcze mnie nie opuszczą. Dodatkowo, utkwiło mi w pamięci silne przeświadczenie o trudzie pracy reportera. Na ten trud składa się nie tylko rozłąka z rodziną, niewygody podróży i przebywania w miejscach niebezpiecznych. To, o czym mówi Jagielski, to przejmująca samotność - po pobycie w jakimś opisywanym miejscu z reporterem zostają tylko historie oraz dziesiątki numerów telefonów w notesie. Reporter dotyka spraw, ale nie nadaje im biegu, nie wiąże luźnych sznurków. Zostawia sprawy by toczyły się swoim tempem. Gdy nachodzi go moment refleksji nad swoją pracą wie, że wielu ludzi czuje się zawiedzionych i wykorzystanych, ponieważ artykuł czy książka rzadko zmieniają cokolwiek. Polecam! Moja ocena: 6/6
czwartek, 03 marca 2011
Wiek żelaza, J. M. Coetzee
Znak, 2004 Liczba stron: 212 Powieść ma formę listu, który główna bohaterka, wyniszczana nieuleczalną chorobą, pisze do swojej córki od wielu lat zamieszkałej w Stanach. Jej miłość polega na nie wzywaniu córki do kraju dręczonego przemocą i ukrywaniu swojego prawdziwego stanu zdrowia. Ma mimo tego świadomość, że ostatnie zapiski, jeśli dotrą do Ameryki, zaniosą ze sobą niepokój, brud i winę Południowej Afryki i zakłócą młodej kobiecie proces odizolowania się od swojej trudnej do kochania ojczyzny. To, co kobieta przeżywa w ostatnich tygodniach swojego życia trudno nazwać powolnym odchodzeniem. Choć pogodzona ze śmiercią, pragnie towarzystwa w momencie jej nadejścia. Dlatego też otacza opieką młodszego od siebie bezdomnego mężczyznę. Relacja między tymi dwojga jest bardzo skomplikowana - mężczyzna chętnie żeruje na dobroci starszej pani dając od siebie minimum zaangażowania. Dodatkowo w Kapsztadzie wybuchają krwawe zamieszki mające na celu wyzwolenie czarnoskórych mieszkańców z apartheidu. Nawet jej własny dom zmieni się w miejsce przemocy, a ona zaangażuje się w sprawę. Stan zdrowia nie pozwoli jej na nic więcej jak rozmowy z czarnoskórą pomocą domową oraz jej bliskimi. Uwagi jakie wygłasza oraz jej przemyślenia cechuje moralne zaangażowanie i odpowiedzialność za wydarzenia, które obserwuje w okolicy. Czym zatem według głównej bohaterki jest wiek żelaza? To czas, który dla nich nastał, gdy dzieci pozbawione są dzieciństwa, gdy podnoszą rękę na innych, gdy nie ma dla nich autorytetów: "Jakimi rodzicami oni będą, skoro nauczono ich, że czas rodziców minął? Czy można sobie wyobrazić, że przywrócony zostanie autorytet rodziców , skoro zniszczono w nas samo pojęcie rodzicielstwa? Kopią i biją człowieka dlatego, że on pije. Podpalają ludzi, i śmieją się widząc jak on ginie w płomieniach. Jak będą postępować z własnymi dziećmi? Do jakiej miłości będą zdolni? (...) Dzieci z żelaza, pomyślałam." To smutna i przejmująca książka łącząca w sobie cechy powieści politycznie zaangażowanej z opowieścią o umieraniu, samotności i miłości macierzyńskiej. Pisarstwo Coetzee jest szczere do bólu, nie szczędzi drastycznych opisów, nie lituje się nad czytelnikiem. Z każdą kolejną książką tego pisarza zastanawiam się nad jego stosunkiem do własnej ojczyzny. Jak można go nazwać, jakich słów użyć, by nie rozminąć się z prawdą - wstyd, zażenowanie, przywiązanie, nienawiść? Na pewno nie wyczerpałam wszystkich opcji wyłaniających się spomiędzy wersów powieści tego autora. Oczywiście, łatwo nie odpuszczę i dalej będę drążyć tę kwestię podążając szlakiem kolejnych powieści Coetzee.
Moja ocena: 5/6 |
Zakładki:
Wszystkie zamieszczone na blogu teksty i fotografie są chronione prawem autorskim - wykorzystywanie ich w całości lub we fragmencie bez mojej zgody jest zabronione.
2012
Czytam, bo lubię on Facebook Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
Wyzwania
Tagi
![]() Wypromuj również swoją stronę | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||