|
środa, 16 maja 2012
Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie, Herta Muller
Czarne, 2009 Liczba stron: 112 Dotychczas czytałam tylko jedną książkę Herty Muller. Jej akcja rozgrywała się w mieście i tylko w nastroju i atmosferze przypominała tę, o której zamierzam właśnie napisać. "Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie" przenosi nas na rumuńską prowincję w czasach rozkwitu dyktatury Ceausescu. Autorka skupia się na tej części wsi, którą sama zna najlepiej - na społeczności pochodzenia niemieckiego. Ta grupa społeczna niezbyt chętnie wchodzi w interakcje z rodowitymi Rumunami, między wersami wyczytać można, że powodem może być pewna duma narodowa oraz typowe wywyższanie się nad innymi. Największym i najbardziej skrywanym marzeniem jest wyrwanie się z ponurej i trudnej do polubienia Rumunii. Na przeszkodzie stoi im biurokracja oraz zwykła ludzka zawiść. Zdobycie paszportów w totalitarnym kraju wiąże się z wieloma wyrzeczeniami, kombinacjami, poniżeniem i prawdziwym upodleniem. I chociaż wiadomo jaką cenę przyjdzie im zapłacić, rodzina głównego bohatera Windischa podejmuje liczne próby przekupienia pomniejszych urzędników oraz proboszcza parafii. Pisząc o przekupieniu nie mam na myśli tylko dóbr materialnych. Innym ważnym wątkiem powieści są stosunki panujące w opisywanej rodzinie - skrywana wrogość, pogarda wobec siebie, niewyjaśnione zaszłości z czasów sprzed małżeństwa i z okresu wojny i zesłania na wschód. Małżonkowie nie za bardzo sprawdzają się jako rodzice dorosłej już, ale bardzo jeszcze młodej dziewczyny. Ojciec tłumi w sobie podejrzliwość i ciekawość, często zastanawia się czy córka jest jeszcze dziewicą. Nie podejmują żadnych kroków aby zbliżyć się emocjonalnie do córki i traktuje ją jak przedmiot. Ładny, będący powodem do dumy, ale przedmiot. Matka natomiast jest bardzo powierzchowna i naiwna w relacjach z jedyną córką. Nie przeszkadza jej, że córka bierze na siebie ciężar przekonania niechętnych urzędników. Herta Muller pisze trudne książki. Trudne stylistycznie - złożone z krótkich scen, pomiędzy którymi brak ciągłości. Jej książki są również trudne do zaakceptowania pod względem treści i psychologii postaci. Żadna postać nie jest polukrowana, bohaterowie są pozbawieni wszystkich tajemnic - znamy ich z jak najgorszej strony, niczego nie ukrywają przed czytelnikiem, co sprawia, że są boleśnie autentyczni. Kolejnym ogniwem łączącym obie książki noblistki jest przemożny smutek, który przylepia się do czytelnika i który trudno z siebie zmyć po zakończeniu lektury. Wszystkie te cechy sprawiają, że książki Herty Muller głęboko zapadają w pamięć. Inna książka tej autorki: DZIŚ WOLAŁABYM SIEBIE NIE SPOTKAĆ Moja ocena: 5/6
poniedziałek, 14 maja 2012
Dobrze zrobić coś swojego
Zostałam zaproszona na akcji Dobrowianki pod hasłem "Dobrze zrobić coś swojego." Przewrotnie zaczęłam od cytatu z niedawno przeczytanej książki. Dlaczego przewrotnie? Bo ja przepędziłam diabła ze swojego karku i staram się znajdować czas na to, aby zrobić coś swojego. Co swojego robię? Czytam. Piszę o książkach. Rozwijam się. Poznaję osoby zakochane w słowie pisanym. Czy to mało? Jestem przecież namacalnym zaprzeczeniem dla nieśmiertelnej wymówki "Nie mam czasu na czytanie." Czytam odkąd pamiętam. Czytałam po nocach, bo moi rodzice nie kontrolowali tego, o której kładę się spać, o ile tylko wstawałam rano do szkoły. Raz czytałam więcej, raz mniej. Raz bardziej zachłannie, innym razem spokojnie. W liceum marzyłam o tym żeby zostać tłumaczem literatury. Na anglistyce mocno ochłonęłam, ale wciąż czytałam. Angielski otworzył mi drzwi do literatury, która nie doczekała się przekładu na polski. Miałam dotychczas tylko jeden okres w życiu, kiedy nie czytałam. Kryzys trwał dość długo. Dokładnie nie pamiętam czy był to rok, czy dwa lata. Przerwa przypadła na okres wczesnego dzieciństwa mojego syna. Może to i dobrze, bo nie dzieliłam wówczas swojego czasu pomiędzy dziecko a książki. A dziecko, teraz już dwunastoletnie, i tak wyrosło na wytrawnego czytelnika, połykającego książki w tempie, do którego nawet ja nie jestem w stanie się zbliżyć. Blogowanie o książkach przeczytanych wynikło z potrzeby zapisywania wrażeń. Czasami emocje towarzyszące książce są tak wielkie, że trzeba je jakoś z siebie zrzucić. Dobrze jest jeśli ma się kogoś z kim można porozmawiać. Ja nie miałam. Ale w sieci odnalazłam mnóstwo osób zafascynowanych literaturą i pragnących o niej rozmawiać. Znalazłam sobie własny sposób na życie. Sposób na relaks. Moją własną wyspę, na którą uciekam przed zgiełkiem świata. Chronię się na niej. Otaczam murem z książek. Murem ze słów. Zanurzam się w literackich historiach i daję się ponieść w miejsca, których nie poznałabym dysponując tylko jednym życiem. Dobrze mi z tym. I cieszy mnie to, że tak wiele osób odwiedza mój blog, zostawia komentarze i ... zakłada własne blogi, w których pisze o książkach. W listopadzie 2008 roku, kiedy powstawało "Czytam, bo lubię," było bardzo niewiele polskich blogów o książkach. Teraz jest ich całe zatrzęsienie. Spełniły się też moje licealne marzenia i udało mi się połączyć pasję czytania z umiejętnościami nabytymi na studiach. Teraz marzy mi się coś jeszcze. Ale o tym pst. Co Wy robicie dla siebie? Jakie macie pasje? Podzielcie się z nami. Swoje wypowiedzi zgłaszajcie do północy 20 maja klikając w obrazek poniżej i akceptując regulamin. Jedna osoba, której zgłoszenie uznam za najciekawsze, wygra bon Sodexo o wartości 200zł. Możecie zgłaszać się również za pomocą strony organizatora lub Facebookowego fanpage'u. Wśród wszystkich zgłoszeń (również z innych blogów) komisja wybierze najciekawsze zgłoszenia. Zostaną one opublikowane w specjalnie wydanej książce. Macie także szanse na udział w sesji zdjęciowej dla Vivy oraz 5000 złotych na realizację swojej pasji. Śmiało! Czekam niecierpliwie na Wasze historie.
czwartek, 10 maja 2012
Ptaszyna, Dezso Kosztolanyi
WAB, 2011 Liczba stron: 195 Wybierając tę książkę kierowałam się głównie okładką oraz serią wydawniczą. Zupełnie nie znam się na literaturze węgierskiej i nazwisko pisarza dotychczas było mi obce. I mimo wszystko był to dobry wybór, a książka nie zawiodła moich nadziei. Rodzinę Vajkay poznajemy w dniu wyjazdu ich jedynej córki, zwanej Ptaszyną, na tygodniowe wakacje u rodziny. Chociaż Ptaszyna ma już trzydzieści pięć lat jest to pierwsze jej rozstanie z rodzicami. Trudno powiedzieć komu bardziej potrzebna jest stała obecność kobiety w domu. Rodzice pomimo wieku nie są niedołężni, ale emocjonalnie wydają się być mocno związani z córką. Doskwiera im jednak staropanieństwo Ptaszyny oraz jej ... wygląd. Kobieta jest wyjątkowo szpetna. Z charakteru też nie jest najłatwiejsza - przede wszystkim jest skąpa. Ponadto lubi narzucać swoją wolę. Nie trzeba oczywiście wspominać, że przy tym jest odludkiem. Po rozstaniu na dworcu, podczas którego wylano morze łez, starsi państwo po raz pierwszy od bardzo dawna swobodnie mogą dysponować i czasem, i pieniędzmi. Na nowo odkryta wolność jest bardzo pociągająca. Tydzień bez Ptaszyny to tydzień niezwykły - obiady jedzone w restauracji i w towarzystwie dawnych znajomych nie są tylko i wyłącznie posiłkiem, ale także okazją do pogawędek. Wieczór spędzony w teatrze odkrywa przed starszymi ludźmi świat, do którego od dawna nie mieli wstępu. Wyjście z domu wbrew Ptaszynie nie wchodziło bowiem w grę, a zabranie jej ze sobą z wielu względów również przedstawiało trudności. Starsi państwo z upływem dni odczuwają pewne wyrzuty sumienia związane z postępowaniem, którego ich córk aby nie pochwaliła. Główną osią fabuły są uczucia. Te okazywane na zewnątrz i sobie nawzajem oraz uczucia wstydliwie tłumione w sobie. Bo czy przystoi szanowanemu mężczyźnie wstydzić się brzydkiej i nieciekawej córki, która nie tyle co nie wyszła za mąż, ale nie miała nawet jednego poważnego kandydata do ręki? Czy powinien chodzić obok niej z podniesioną głową i udawać, że nie słyszy złośliwych uwag pod jej adresem? A może powinien odeprzeć je po męsku i policzyć się z wesołkami? Czy starsi państwo powinni dać się tak podporządkować swojej ukochanej córce? Co na tym zyskują? Co zyskuje Ptaszyna? Czy rekompensuje sobie w ten sposób brak własnej rodziny? Lekki ton powieści i poruszone poważne problemy w tym przypadku bardzo do siebie pasują. Ironiczny styl autora oraz swoboda pisania są dodatkowymi atutami książki. Kosztolanyi przedstawia niewielkie miasteczko na Węgrzech z początków XX wieku, wraz z jego mieszkańcami, ich radościami i cotygodniowymi zwyczajami. To świetna i dająca do myślenia lektura, która rodzi wiele pytań i podaje niewiele odpowiedzi. Kto z Was lubi po zamknięciu książki przetrawiać ją jeszcze w sobie, powinien koniecznie przeczytać "Ptaszynę."
Moja ocena: 4,5/6
środa, 09 maja 2012
Czytelniczka znakomita, Alan Bennett
Media Rodzina, 2010 Czas nagrania: 3 godz. 53 min. Czyta: Anna Seniuk Wydanie książkowe, liczba stron: 112 W telegraficznym skrócie: to książka o tym, jak angielska królowa zapałała miłością do książek. Jednak książka warta jest szerszego opisu, ponieważ dostarczyła mi / nam kliku godzin rozrywki. Dzięki swoim wszędobylskim i hałaśliwym psom królowe odkrywa bibliobus zatrzymujący się raz w tygodniu w okolicy pałacu Buckingham. Z grzeczności i czując się zobowiązana wobec miłego bibliotekarza, wypożycza książkę. W bibliobusie, oprócz królowej, znajduje się tylko jeden czytelnik - Norman, który w pałacu pełni rolę podkuchennego, co sprawia, że ma niewiele czasu na czytanie. Królowa postanawia zmienić ten stan rzeczy, ponieważ uważa Normana za szalenie inteligentnego człowieka. Czytanie z grzeczności przeradza się u królowej w prawdziwą pasję. Jej nowe hobby sprawia, że wiele osób z jej otoczenia zaczyna posądzać monarchinię o demencję starczą. Sama królowa nigdy nie czuła się lepiej niż wtedy, kiedy odkryła potencjał literatury. Nowa hobby dodaje jej pewności siebie, przysparza wielu tematów do rozmów z dyplomatami i artystami. Królowa zauważa także, że jedna książka prowadzi do następnych. Za dostarczanie interesujących książek odpowiedzialny jest Norman. Cała książka jest gloryfikacją czytania. Pokazuje również, że pasję można odnaleźć także w starszym wieku i nigdy nie jest za późno na hobby. Najbardziej osobliwą kwestią są postawy innych mieszkańców pałacu wobec tego, wydawałoby się, niegroźnego hobby królowej. Opinie na ten temat w większości są negatywne - królową posądza się o zdziwaczenie i demencję. To ciepła powieść z happy / surprising endem, po którą chętnie sięgną wszystkie mole książkowe. Ja miałam audiobooka, którego polecam, bo interpretacja Anny Seniuk dodaje książce uroku.
Moja ocena: 5/6
poniedziałek, 07 maja 2012
Limeryki, Rafał Bryndal
WAB, 2008 Liczba stron: 160 Limeryki po prostu się dobrze czyta. Często zachwycają pomysłem i puentą. Nie znam nikogo, kto by nie lubił limeryków. Nic dziwnego, że i ja zechciałam zapoznać się z tymi, które wyszły spod pióra Rafała Bryndala. Nie jestem żadną fanką ani miłośniczką tego literata i bardzo słabo znam jego dokonania sceniczno-radiowo-taneczne. Jednak to nie autor, a forma przeważyła i z biblioteki wróciłam z tą niewielką książeczką. Nie zawiodłam się, bo ilość wierszyków zadowoli każdego malkontenta i chyba każdy znajdzie wśród nich taki, który go rozśmieszy. Ja oczywiście nie potrafiłam przeczytać kilku i odłożyć na później. Jak wzięłam w łapy, to przeczytałam od deski do deski, czego nie polecam, bo wtedy jak się domyślacie, wszystko się ze sobą zlewa, żeby nie powiedzieć bardziej dosadnie. Przeważa tematyka damko-męska oraz erotyczna. Raczej odradzam podsuwanie tych wierszyków dzieciom, choć okładka i ilustracje w środku mogłyby nasunąć taki pomysł. Na przynętę zacytuję: "W niby to prowincjonalnym Krośnie chińską knajpę otwarto na wiosnę. I daję słowo - aż tak stylową, że oka w rosole były skośne." I jeszcze, żeby nie być gołosłowną: "Pewna para z Trynidadu seks uprawia tylko w czasie obiadu. Perwersji dodaje fakt, że zawsze robią to tak, by na obrusie nie było śladów."
Moja ocena: 4/6
niedziela, 06 maja 2012
Zbigniew Lengren, p. red. Katarzyny Lengren
Prószyński i S-ka, 2006 Liczba stron: 160 Starsi czytelnicy tego bloga zapewne pamiętają pana Filutka, którego przygody poznawaliśmy przez wiele lat na ostatniej stronie "Przekroju." Autorem tego znanego komiksu był Zbigniew Lengren, rysownik i satyryk, którego dokonania artystycznie nie ograniczały się tylko do rysowania zabawnego profesora z parasolką i nieodłącznym pieskiem. Książka o Zbigniewie Lengrenie nie jest jego biografią. Została opatrzona tyko krótkim wstępem przez córkę rysownika ilustrowanym fotografami z rodzinnego archiwum. Pomiędzy twardymi okładkami znajdujemy zbiór satyrycznych rysunków pogrupowanych tematycznie - o Filutku, o układach damsko-męskich, o zwierzętach itp. W większości rysunki są czarno białe, jednak część prac Lengrena powstała w kolorze - są to rysunki kredką, farbami oraz kolaże. To, co najbardziej zapada w pamięć po zapoznaniu się z tym wyborem z dorobku rysownika, to życzliwość do świata. Życzliwość z nutką złośliwości. Jako osoba całkowicie pozbawiona talentu do rysowania podziwiam tych, którzy rysować potrafią, a jeszcze bardziej tych, którzy w tak zwięzłej formie jak rysunek potrafią zawrzeć całą historię. Zbigniew Lengren wyśmienicie oddaje ducha czasów PRL-u. Ponadto z przymrużeniem oka przekazuje uniwersalne prawdy o świecie, nie popadając w pompatyczność. Porusza bowiem tematy przyziemne - zawiłości pożycia małżeńskiego, urok kobiet, wenę twórczą, uprawianie sportów itp. Ogromnie mi się podobało. Dzięki różnorodności tematów i form wyrazu trudno ulec znużeniu. Potencjał satyryczny zawarty w historyjkach jest nie do przecenienia. Bardzo polecam tym, którzy profesora Filutka kojarzą oraz tym, którzy pierwszy raz słyszą o tym przesympatycznym bohaterze komiksu. Nawet Tadzik chętnie oglądał Filutkowego pieska:
Moja ocena: 5/6
sobota, 05 maja 2012
Tylko dla dziewcząt, Magdalena Samozwaniec (audiobook)
Biblioteka Akustyczna, 2012 Czas nagrania: 5 godz. 30 min. Czyta: Anna Szawiel Wydanie książkowe, liczba stron: 192 Magdalena Samozwaniec była autorką mojego szczenięcego wieku. Po zachwytach nad "Marią Magdaleną" i "Zalotnicą niebieską", które nastąpiły u mnie około 11-12 roku życia i trwały przez dobrych kilka lat, zapragnęłam poznać inne pozycje tej satyryczki i pisarki. W tamtych czasach te książki były dość trudno dostępne, ale pamiętam, że miałam nawet kilka pozycji na własność. Żadna z książek nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak dwie wymienione, ale wspominam je ciepło. Książki "Tylko dla dziewcząt" chyba nie czytałam, a jeśli tak to zupełnie nic nie pamiętałam po upływie wielu lat. Jak wielu, nie powiem. Na książkę składa się wiele rozdziałów, z których każdy stanowi jakąś odrębną historię i opowiada o innym przypadku. Nadrzędnym tematem jest miłość i polowanie na męża. Autorka w dość zabawny sposób pokazuje jak sprawy się miały na przestrzeni wieków ilustrując swoje wywody jakąś scenką rodzajową. W jednym z rozdziałów poświęconych strojeniu się młodych panien zamieściła rodzinną anegdotę z Marią Pawlikowską-Jasnorzewską w roli głównej. Bardzo podobały mi się perypetie młodych panien polujących na męża za granicą oraz próba usidlenia zamożnego panicza aby uratować zadłużony dwór. Bardzo odpowiadała mi forma audiobooka w przypadku tej książki. Krótkie rozdziały mogą być odsłuchane nawet w pewnym odstępie czasowym, ponieważ nie trzeba zachowywać ciągłości. Książka, jeśli chodzi o treść, jest lekka i przyjemna, nadaje się dla całej rodziny, więc może lecieć na głośnikach w domu, czy podczas podróży samochodem. Interpretacja lektorki również nie budzi zastrzeżeń. Polecam dla tych, którzy podobnie jak ja mają problemy ze słuchaniem książek - na początek przygody z audiobookiem w sam raz.
Moja ocena: 4/6
piątek, 04 maja 2012
Pałac kobiet, Pearl S. Buck
Muza, 2011 Liczba stron: 399 Raczej nie mam potrzeby czytania o Dalekim Wschodzie. Nie znam się na kulturze Chińczyków, Japończyków, Koreańczyków. Nigdy w swoim życiu nie przechodziłam fazy fascynacji tymi kulturami, zatem nie bardzo się na nich znam. Po książkę Pearl S. Buck sięgnęłam po to, aby poznać kolejnego literackiego noblistę. I z początku czytanie szło mi bardzo opornie. Nawet nie chodziło o to, że mi się nie chciało czytać, czy że czytałam jakoś wyjątkowo ślamazarnie. Po prostu miałam wrażenie, że opowiadana historia, ze względu na jej egzotykę i brak przełożenia na moje doświadczenia, zupełnie do mnie nie przylegała. Byłam zbyt zdystansowana do czytanej opowieści. Na szczęście z biegiem czasu i bilansem przeczytanych stron udało mi się znaleźć sobie jakieś miejsce w domu państwa Wu, o którym to mówi "Pałac kobiet." Centralną postacią książki jest pani Wu. Poznajemy ją w dniu jej czterdziestych urodzin, co zgodnie z chińską tradycją jest końcem pierwszego okresu w życiu kobiety. Do czterdziestki kobieta ma być przede wszystkim żoną i spełniać się jako matka, kochanka i gospodyni. Pani Wu wymyśliła plan uwolnienia się od tych obowiązków. Bo chociaż nigdy nie dała po sobie poznać, że bycie panią domu jej ciąży, wolałaby czas poświęcany rodzinie przeznaczyć na własny rozwój. W tym celu postanowiła wprowadzić do domu konkubinę dla swojego męża, a sama usunąć się do innej części domu, w pobliże biblioteki należącej kiedyś do jej teścia. Ta decyzja podzieli rodzinę. Jej dorośli synowie i synowe będą mieli jej za złe takie postępowanie, które w latach trzydziestych ubiegłego wieku, kiedy toczy się akcja powieści, przez bardziej postępowych Chińczyków uznawane było za niedopuszczalne. Przeciwni są również służący. Pan Wu, główny zainteresowany, przez całe życie poddawał się mądrym decyzjom żony. Także i tę decyzję przyjmuje z pokorą. Książka rozwija się w dość niespodziewanym kierunku. Momentem przełomowym w życiu pani Wu okaże się spotkanie z europejczykiem, duchownym, którego zatrudnia do uczenia jednego z młodszych synów. Wkrótce sama postanawia odbywać lekcje z bratem Andre. On uświadamia pani Wu, że starając się uszczęśliwić swoich bliskich i tak aranżując życie rodzinne aby uszczknąć czasu dla siebie, wprowadziła do pałacu chaos i unieszczęśliwiła wielu ludzi. To dojrzała i mądra powieść. Po tym jak odrzuciłam uprzedzenia i przestałam osądzać, odkryła przede mną nieznany świat. Ukazała codzienność żyjącej dostatnio szanowanej rodziny chińskiej. Dała wgląd w funkcjonowanie rodziny, rytuały oraz rutynę dnia codziennego. Ponadto, książka wskazuje czytelnikowi uniwersalność nadrzędnych zasad życiowych - nieważne pod jaką szerokością geograficzną, ważne okazują się te same wartości - miłość, wykształcenie, praca, tolerancja dla inności. Może nie do końca przekonuje mnie metamorfoza pani Wu oraz odkryta przez nią miłość, ale możecie to zapisać a konto mojego wrodzonego sceptycyzmu do tego typu zabiegów fabularnych. Mimo początkowych trudności w czytaniu oceniam książkę wysoko i nie wykluczam, że sięgnę po inne powieści tej autorki. Wam również polecam.
Moja ocena: 5/6
czwartek, 03 maja 2012
Czuję. Zawrót głowy, W. G. Sebald
Wydawnictwo W.A.B., 2010 Liczba stron: 276 Jak ja się naczekałam na tę książkę! Najpierw wypożyczyłam ją w wakacje 2010 roku. Niestety, życiowe zawirowania sprawiły, że nie miałam czasu ani głowy na czytanie Sebalda, do którego niezbędne są i głowa, i czas. Z żalem odniosłam ją do biblioteki. Potem kilkakrotnie sprawdzałam na półce, ale nigdy nie mogłam jej namierzyć. Dopiero ostatnio zapytałam panią bibliotekarkę o dostępność tej pozycji i okazało się, że cały czas była na miejscu, tylko przeniesiono ją z półki oznaczonej jako "Literatura niemiecka" na półkę z reportażami! Czytanie prozy Sebalda to uczta dla zmysłów. Przekonałam się o tym podczas lektury "Pierścieni Saturna." Nie inaczej jest z bardziej melancholijną i osobistą pozycją - "Czuję. Zawrót głowy." Książka składa się z czterech części, w których autor płynnie przechodzi od opisów losów Stendhala (Henryk Beyle) do Kafki, Casanovy i samego... Sebalda. Autor opisuje swoją wyprawę przez Austrię, Włochy i Niemcy. Śladami Franza Kafki podróżuje po północnej części Włoch. W Wenecji zastanawia się nad losami uwięzionego tam Casanovy. Swoją niewesołą podróż kończy w Niemczech - w małej miejscowości, w której się urodził i spędził lata swojego dzieciństwa. To wyprawa sentymentalna, pełna wzruszeń, w której autor pochyla się nad zaobserwowanymi drobiazgami, okruchami życia małych miejscowości mijanych na trasie. W książkach Sebalda uderzają mnie dwie rzeczy - po pierwsze, język w jakim są napisane. Niemała w tym zasługa tłumaczki, która sprawiła, że język nawet w przekładzie jest płynny i niesie czytelnika od jednego do następnego wydarzenia. I chociaż jest bogaty, to nie przytłacza. Po drugie, zachwyca mnie erudycja autora. Zawsze czytając Sebalda odkrywam swoje braki w wykształceniu i wiedzy o świecie. Ponadto zachwyca mnie ciągłe zdziwienie i zachwyt światem pulsujący ze stron książki. Autor ogarnięty jest naturalną potrzebą poznawania losów ludzi, miejsc i przedmiotów - to, co w wykonaniu większości znanych nam pisarzy mogłoby być nudne, w wykonaniu tego autora o niemieckich korzeniach, jest porywające i trafne.
Moja ocena: 5/6 Tego autora:
środa, 02 maja 2012
Głos, Arnaldur Indridason
WAB, 2011 Liczba stron: 344 Po dwóch bardzo udanych spotkaniach literackich z tym islandzkim autorem nie miałam najmniejszych wątpliwości, że chcę przeczytać kolejne części cyklu kryminalnego z Erlandurem Sveinssonem. Z każdą kolejną częścią ten bohater zaczyna zajmować w moim sercu miejsce przynależne Harremu Hole z powieści Jo Nesbo. W dużym hotelu w centrum Reykjaviku doszło do morderstwa. Ofiarą był starszy mężczyzna pracujący jako portier i wykonujący pomniejsze prace. Portier zginął od ciosów nożem w małym piwnicznym składziku, który od lat był jego domem. Jego śmierć zakłóciła przygotowania świąteczne oraz rzuciła cień na działalność hotelu, o reputację którego dba tłusty dyrektor. Jedynie Ernaldur dysponuje wolnym czasem i nie jest skrępowany powinnościami rodzinnymi. Każda kolejna zbrodnia wypełnia mu czas. Tym razem nie jest inaczej. Policjant postanawia wynająć pokój w tym samym hotelu i zamieszkać w nim na czas śledztwa. Hotel staje się głównym centrum dowodzenia. Policjantom nie brak poszlak i motywów. Miotają się w poszukiwaniach motywu - raz sądzą, że jest on związany z życiem erotycznym portiera, innym razem podejrzewają, że ma coś wspólnego z jego dzieciństwem, które było dość wyjątkowe. Zamordowany był gwiazdą dziecięcą - znanym solistą chóru dziecięcego, którego kariera skończyła się wraz z okresem dojrzewania. Do tego dochodzi jeszcze konflikt rodzinny oraz zachłanny kolekcjoner rzadkich płyt, który przybył z Anglii na poszukiwania rarytasów. Ernaldur zmaga się ze swoimi potworami. Tragedią, która przydarzyła się jego rodzinie kiedy sam był jeszcze dzieckiem oraz skutkami niefortunnej decyzji, którą przed wieloma laty podjął rozwodząc się z żoną. Ta wielowątkowa fabuła sprawia, że książka tętni życiem. Chociaż brak w niej elementów optymistycznych, to różnorodność wątków nadaje powieści pewnej głębi, nie tak częstej w przypadku kryminałów. Bardzo lubię atmosferę książek Indridasona - ponury, wymagający krajobraz oraz złożoność jego postaci, które nie ocierają się o sztampowość i banał. To jeden z najlepszych skandynawskich pisarzy obecnych na polskim rynku i powinniście go czytać jeśli nie obce są Wam klimaty skandynawskich zbrodni i namiętności. Moja ocena: 5,5/6 Inne książki tego autora: |
Zakładki:
Wszystkie zamieszczone na blogu teksty i fotografie są chronione prawem autorskim - wykorzystywanie ich w całości lub we fragmencie bez mojej zgody jest zabronione.
2012
Czytam, bo lubię on Facebook Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
Wyzwania
Tagi
![]() Wypromuj również swoją stronę | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||