piątek, 13 grudnia 2013
42 rozmowy Piotra Kaczkowskiego. Jedna szczególna.

Prószyński i S-ka, 2004

Liczba stron: 383

Ilekroć czytałam zapis telefonicznego wywiadu Piotra Kaczkowskiego z Robertem Smithem, do którego doszło w 2001, moją wyobraźnię najbardziej rozpalał fragment wstępu do wywiadu. Autor przyznaje, że dwa razy wcześniej miał okazję zamienić kilka słów z liderem The Cure. Okoliczności jednej z rozmów były następujące:

"Powiedziałem, że miałem już okazję go poznać i że podpisywał mi uratowaną z oceanu okładkę "Kiss me, Kiss me, Kiss me"."

Jakże chciałam zobaczyć tę okładkę z przeszłością, płytę, która przepłynęła setki mil morskich, będąc towarzyszką dziennikarza podczas jednej z wypraw. W końcu ją zobaczyłam, ale o tym za chwilę...

Sam wywiad jest niezwykle ciekawy. Robert wspomina swoje pierwsze muzyczne fascynacje, zespoły, które poznał dzięki starszemu rodzeństwu oraz pierwsze lekcje gry na gitarze. Jest przy tym niezwykle samokrytyczny i zabawny. Mówi dlaczego lubił Hendrixa (nie dlatego, że był wirtuozem gitary) i dlaczego nie lubił Santany (bo słuchał go zarozumiały koleś ze szkoły).

W dalszej części opowiada o polskich koncertach (wówczas tylko dwóch - w Katowicach i Łodzi). Przyznaje, że aby przyjechać do Katowic zespół musiał dopłacić, ponieważ ze sprzedaży płyt nie czerpał wówczas żadnych zysków w Polsce. Z entuzjazmem wyraża się o klimacie polskich miast oraz oświadcza, że nie ominie już Polski podczas europejskiego tournee, jako że z grania tutaj czerpie dużo energii i satysfakcji.

Koncerty The Cure zachwycają mnie zawsze tym, że trwają naprawdę długo. Niewielu wykonawców gra sety po 2,5 godziny. Wedle słów Roberta, długość i jakość koncertów jest dla niego ważna, ponieważ zależy mu na tym, by dać publiczności tyle, ile sam chciałby otrzymać będąc po drugiej stronie. Wspaniale!

W książce Piotra Kaczkowskiego jest wiele innych ciekawych wywiadów. Zachęcam Was do ich lektury, bo choć mogłoby się wydawać, że są już nieaktualne, to dają nam pogląd na to, jak zmieniali się artyści i co było dla nich ważne 10 lat temu.

Zdaję sobie sprawę, że pisanie o The Cure teraz, gdy od lat nie mieliśmy okazji usłyszeć żadnego nowego nagrania ani zobaczyć zespołu na żywo w Polsce, mija się trochę z celem, ale jest to dobry sposób na powrót do stałej rubryki The Cure w literaturze (tak, mam jeszcze kilka fragmentów o The Cure z zapasie). Przy okazji mogę się pochwalić tym, że dzięki uprzejmości Piotra Kaczkowskiego zobaczyłam tę pamiętną okładkę płyty Kiss me, Kiss me, Kiss me - DZIĘKUJĘ!

Proszę, oto i ona! Okładka, o której mowa we wstępie do rozmowy z Robertem Smithem:

sobota, 13 lipca 2013
The Cure - Kochanowo i okolice

Nie mogło być inaczej.

Nie ma chyba książki opowiadającej o muzyce i rozwoju zainteresowań muzycznych nastolatka na przełomie lat 80 i 90, w której nie wspomniano by The Cure. Czytając "Kochanowo i okolice" Przemka Jurka wiedziałam, że to tylko kwestia czasu. Powieść opowiada bowiem o tym jak kształtowały się gusta muzyczne dzieciaków urodzonych w połowie lat 70. Wymieniane są programy telewizyjne, które były dla nas okienkiem na świat i pokazywały teledyski. Autor pisze o liście Trójki, nagrywaniu z radia, staniu w kolejce po potwornie drogi magnetofon Kasprzak. Główny bohater dostaje gramofon i przez długi czas słucha jednej tylko płyty (innych nie miał). Płyty winylowe zagranicznych wykonawców były praktycznie nieosiągalne. Takie jak widać na moim zdjęciu przyjeżdżały do Polski w bagażu uczynnego krewnego. Można je było także kupić na giełdzie za równowartość całej pensji.

Wracając do książki. Jest początek lat 90. Grupa przyjaciół odkrywa nowe muzyczne światy. The Cure jest tylko przelotnym zauroczeniem jednego z chłopaków:

"Wiesiek stał się naszym guru. Co niedzielę jeździliśmy do Kłodzka na giełdę i wracaliśmy z nowymi zdobyczami. Makar kompletował dyskografie punkowych klasyków. Jaromir brał wszystko, co Wiesiek określił mianem New Romantic, Koczis odkrył The Cure, a ja kolejnych bogów elektronicznej klawiatury - Vangelisa, Kitaro i Tangerine Dream." str. 293

Zainteresowanie zespołem trwało niedługo, bo już na stronie 308 czytamy:

"Koczis po okresie fascynacji ponurą muzyką The Cure, niespodziewanie wpadł po uszy w Black Sabbath. Byliśmy zaszokowani, ale Koczis potrafił to zupełnie racjonalnie uzasadnić.

- W muzyce interesuje mnie przede wszystkim smutek - powiedział - A Black Sabbath jest smutne jak jasna cholera."

Warto zajrzeć do książki, nie tylko dla The Cure:

czwartek, 25 kwietnia 2013
Robert Smith. The Cure, Richard Carman

Anakonda, 2013

Liczba stron: 242

Twórczość zespołu The Cure  jest ze mną od tak dawna, że po prostu stała się częścią mojego życia, bo kto raz został "kjurem" pozostaje nim do końca. Co więcej, jest to moje własne odkrycie - nikt mi nie puścił żadnych nagrań zespołu, żaden znajomy z czasów nastoletnich nie słuchał The Cure. Po prostu wpadła mi w ucho piosenka, zafascynował wygląd lidera. Piosenką tą był Love Song, a ja miałam 15 lat. Jasne, że grupa ma fanów, którzy kibicują im od lat siedemdziesiątych, ale zapewne niewielu wśród nich mieszkańców Polski, którzy w PRL nie mieli dostępu do nowości muzycznych. Ale ciekawi mnie czy czyta to ktoś, kto podobnie jak ja, poznał swojego męża/ żonę za sprawą wspólnej fascynacji The Cure? Dzięki temu mogę śmiało powiedzieć, że ta grupa wpłynęła na moje życie.

Nietrudno się domyślić, że biografia Roberta Smitha nie była dla mnie niczym odkrywczym. Podczas lektury kojarzyłam każdego z przewijających się przez zespół muzyków, płyty, poszczególne utwory i wiele fragmentów biografii lidera. A mimo to nie uważam, że straciłam czas na czytanie. W sytuacji, kiedy od lat nie ukazały się żadne nowe nagrania, zespół koncentruje rzadko i daleko, cieszyłam się, że mogę znowu przez kilka godzin pobyć "kjurówną", chociażby siedząc na własnym fotelu.

Przyznam również, że w pewnym momencie zostałam zaskoczona. Nie pamiętałam, nie kojarzyłam, nie wiedziałam, a może wyrzuciłam z pamięci fakt, że zespół, w którym równolegle udzielał się Robert Smith - The Banshees znany z ekscentrycznej wokalistki Siouxie - był swego czasu bardziej popularny niż The Cure. W związku z czym bycie muzykiem w tej formacji, przynosiło Robertowi zaszczyt. A ja dałabym sobie rękę uciąć, że to on zaszczycił ich swoim udziałem w nagraniach i trasach koncertowych. Moja pamięć zapewne została wypaczona przez moją niską opinię o The Banshees.

Autor biografii, sam będący fanem The Cure i rówieśnikiem Roberta Smitha opierał się na informacjach znajdowanych w prasie i innych biografiach zespołu. Dlatego też zabrakło informacji pozazespołowych i bardziej osobistych. Smith jest osobą stroniącą od kolorowych magazynów i talk show'ów. Jego stan rodzinny jest ustabilizowany i niezmienny od czasów, kiedy miał kilkanaście lat. W showbiznesie istnieje tylko za sprawą swoich dokonań artystycznych. Zapewne niechętnie współpracuje z biografami. A ja mimo tego miałabym ochotę przeczytać więcej jego wypowiedzi, niż wypowiedzi krytyków muzycznych o jego płytach.

Warto wspomnieć, że autor biografii wielokrotnie wspomina o zamiłowaniu Smitha do literatury. Wiele tekstów piosenek powstało za sprawą inspiracji literackich, część z nich już znałam, niektóre były dla mnie nowe. (Tak, chcę przeczytać te książki). Ponadto podkreśla wielokrotnie, że Smith jest jednym z najlepszych tekściarzy, a siła piosenek opiera się w dużym stopniu na tekstach. Zgadzam się z tym w stu procentach.

W treść książki wkradły się jakieś drobne przeinaczenia, mało miejsca poświęcono działaniom pozamuzycznym, jak na przykład procesowi z Lolem Tolhurstem, ale ogólnie dobrze mi zrobiło przeczytanie książki o Robercie i jego zespole. Przeżyłam powrót do przeszłości. Przypomniałam sobie dawno niesłuchane płyty, wspomniałam odległe lata, pełne niecierpliwości oczekiwanie na premiery kolejnych płyt, wzruszenia na koncertach, emocje związane ze słuchaniem piosenek i poznawaniem tekstów. Warto przeczytać, nawet jeśli do tej pory nie znaliście za dobrze The Cure i ocenialiście zespół po image'u muzyków. Pod makijażem i rozczochranymi włosami kryją się skromni ale kreatywni ludzie, którym warto przyjrzeć się bliżej.

czwartek, 21 marca 2013
The Cure w Sztuce uprawiania róż z kolcami

"Sztuka uprawiania róż z kolcami" Margaret Dilloway. Wydawnictwo M. Strona 60.

Jak to najczęściej bywa, cytat nawiązuje do wyglądu Roberta Smitha.

Nauczycielka biologii zostaje na prośbę dyrektora wywołana z lekcji.

"Ktoś siedzi w fotelu przy biurku dyrektora. To na pewno nie rodzic. To jakieś dziecko, nastolatka o długich czarnych włosach i stanowczo za grubej warstwie makijażu. Z tymi oczami umalowanymi na czarno wygląda jak szop pracz. Ma na sobie pomarańczową koszulkę polo z różowym koniem z przodu; kołnierzyk postawiony jak w latach osiemdziesiątych. Do tego poszarpane czarne dżinsy, agrafki, różowe martensy i czarny płaszcz. Wygląda jak wokalista The Cure wystylizowany przez Ralpha Laurena. Przez chwilę przypomina mi panią Lansing, która kryje się pod maską, nie chcąc pokazać, kim jest naprawdę.

-Kto to jest? O co chodzi?"

Recenzja książki wkrótce - jeszcze ją czytam :)

niedziela, 08 stycznia 2012
The Cure w Wybawicielu

Zaledwie wzmianka i to jeszcze w niezbyt pochlebnym kontekście, ale jest...

"Harry, nie odpowiadając, rozsunął zamek błyskawiczny czarnej maski, którą mężczyzna miał na twarzy, i odchylił klapkę. Uszminkowane na czerwono wargi i umalowane oczy przywiodły mu na myśl Roberta Smitha, wokalistę The Cure."

"Wybawiciel" Jo Nesbo str. 253

Przyszło mi dziś do głowy, że tych wzmianek w literaturze jest naprawdę sporo - czy to związanych z wyglądem, czy z muzyką zespołu. Wszak sam Robert Smith jest człowiekiem oczytanym. Ciekawe jak podobają mu się literackie nawiązania do samego siebie?

czwartek, 08 grudnia 2011
Robert Smith i Witamy w piekle

Znowu udało mi się wytropić coś o The Cure w czytanej książce. To takie moje nieszkodliwe hobby.

Odniesienia do The Cure pojawiają się w najmniej spodziewanych miejscach. Książka "Witamy w piekle", której autorem jest Dom Joly opowiada o miejscach odradzanych przez biura podróży. Dom postanawia odwiedzić miejsca znane z tego, że były miejscem morderstwa, zbrodni przeciw ludzkości lub ogromnej katastrofy. Recenzja książki pojawi się wkrótce, teraz chcę przytoczyć anegdotę, której bohaterem jest lider The Cure.

Najpierw jednak krótkie wprowadzenie. Dom Joly jest znanym brytyjskim komikiem, gospodarzem różnych prześmiewczych programów. Można go porównać do "naszego" Szymona Majewskiego.

Polecam lekturę tego dość długiego fragmentu:

"Chwilę później wszyscy trafiliśmy do maleńkiego hotelowego baru, w którym przy świecach piliśmy piwo i słuchaliśmy The Cure z iPoda jednego z Irlandczyków.

Czy to nie dziwnie - słuchać The Cure w samym środku Korei Północnej podczas zaciemnienia? Czemu nie, Robertowi Smithowi na pewno by się to spodobało. W młodości, jako wielbiciel wszystkiego co gotyckie, byłem wielkim fanem The Cure. Kiedy moje programy telewizyjne odniosły sukces, udało mi się poznać Smitha. Gdy go spotkałem po raz pierwszy, poprosiłem go o gościnny występ w fałszywym filmie dokumentalnym o moim życiu. Chciałem żeby zagrał drużbę w scenie ślubu w urzędzie stanu cywilnego w Maryleborne. Później spotkaliśmy się w biurze produkcyjnym i wywarł na mnie ogromne wrażenie. Zaproponował mi podwiezienie na plan zdjęciowy swoim wypasionym samochodem z szoferem. Byłem tak zaaferowany rozmową z nim, że kiedy dotarliśmy na miejsce, zupełnie bezmyślnie otworzyłem drzwi od strony jezdni i urwała je przejeżdżająca właśnie ciężarówka. Szofer przeżył załamanie nerwowe, a Robert Smith zaczął się zastanawiać czy nie znalazł się czasem w ukrytej kamerze." (str. 221)

środa, 31 sierpnia 2011
Charlotte Sometimes, Penelope Farmer

Red Fox Classics, 2002

Liczba stron: 199

Książka swoją premierę miała jeszcze przed moim urodzeniem. Ukazała się na rynku brytyjskim w 1969 roku jako trzecia część przygód sióstr Emmy i Charlotty. Stała się jednak najbardziej znana i najczęściej wznawiana. Popularności między innymi przysporzył jej fakt, iż stała się inspiracją dla Roberta Smitha, lidera The Cure. Echa książki widoczne są w (co najmniej) trzech piosenkach The Cure, w tym jednej pod tym samym tytułem co książka. Ja oczywiście sięgnęłam po nią po to, by dowiedzieć się dlaczego powieść wywarła tak wielkie wrażenie na R.S.

Charlotte zostaje wysłana do szkoły z internatem. Nie ma tam jeszcze żadnej koleżanki, więc czuje się trochę wyobcowana. Pierwszej nocy układa się do łóżka na wybranym przez siebie łóżku przy oknie i zapada w sen. Następnego dnia budzi się w tym samym łóżku, jednak nie ma obok niej pozostałych zakwaterowanych w pokoju koleżanek. Zamiast nich w jedynym stojącym łóżku śpi młodsza od niej dziewczynka. Emily, tak ma na imię, nazywa Charlottę imieniem Clare i twierdzi, że jest jej siostrą. Okazuje się, że Charlotte przeniosła się w czasie o około 40 lat wstecz. Stara się jak najlepiej odgrywać swoją rolę i unikać konfrontacji z innymi dziewczynkami i surowymi nauczycielkami, ale z nikim nie dzieli się swoim strachem. Po dniu spędzonym w przeszłości, nocą znowu przenosi się do współczesności. Charlotte i Clare co drugi dzień spędzają w nie swoich czasach i mimo tego, że nigdy się nie widziały, zaczyna łączyć je mocna więź.

Autorka portretuje czasy pierwszej wojny światowej, które odciskają się silnie na życiu dziewcząt w szkole. Większość z nich bezpośrednio poznała czym jest wojna, ponieważ ich ojcowie wyruszyli walczyć we Francji. Penelope Framer wskazuje też na różnice między tym, co jest dozwolone pod koniec lat pięćdziesiątych, a tym, co mogły robić dziewczynki w odległych czasach początku wieku. Ogromne wrażenie zrobił na mnie rozdział, w którym autorka opisuje jak miasto świętowało zakończenie wojny - mimo radości i entuzjazmu, przebrzmiewa w nim groza, ponieważ wypełniony jest hipnotyzującymi obrazami, od których kręci się w głowie. Miałam możliwość porównania tego wydarzenia z relacją Virginii Woolf, która odniosła się do niego w swoich dziennikach.

Opowieść jest rewelacyjna! Choć autorka posługuje się subtelnym językiem, to gra na uczuciach i emocjach tak, jak jej się podoba. Bez dłużyzn, bez przynudzania, bez moralizatorstwa i niekończących się opisów, tworzy historię jaką każda dziewczynka i wielu chłopców chciałoby usłyszeć. Gdy otwierałam książkę przenosiłam się z Charlotte w miejsca, które oglądała, bo tak dla niej, jak i dla mnie wszystko było nowe. Życie życiem innej dziewczynki i przeżywanie jej radości i smutków, obserwowanie czasów nie tak odległych, ale bardziej surowych i smutnych, stało się pewnego rodzaju inicjacją dla Charlotte. Czytający, czy słuchający tej opowieści kilkuletni R.S. pozostał pod jej wrażeniem i raz po raz odtwarzał maszerujących doboszy w strojach z epoki pierwszej wojny, czy też smutek Charlotte, która pod koniec książki odkrywa całą prawdę o Clare i jej młodszej siostrze.

Polecam gorąco ze świadomością, że uda się ją przeczytać tylko nielicznym. Szkoda, straszna szkoda...

 

Moja ocena: 6/6

sobota, 26 lutego 2011
The Cure w sofixach

W książce Jakuba Porady "Chłopaki w sofixach" znalazłam kilka nawiązań do The Cure, które z wielką radością odnotowuję. Jak się zastanowić to rzeczywiście trudno byłoby napisać książkę o dorastaniu w latach osiemdziesiątych w Polsce bez najmniejszej wzmianki o tej grupie.

I tak zatem na 87 stronie mamy taki opis:

"Tylko dziewczyny "z plastyka" mogły się bezkarnie ubierać na czarno i stroszyć włosy na Roberta Smitha z The Cure. Odcinały się od lasek z normalnych liceów, paradujących w naciągniętych getrach niczym Kasia Figura w Kingsajzie."

Potem jeszcze, po nastaniu trochę innych czasów, autor ponownie nawiązuje do The Cure opisując zmagania kolegi ze swoimi miernymi talentami muzycznymi.

"Zawsze powtarzał ten sam błąd, lecz nie zdobył się na inwencję, by odnaleźć przyczynę zagwozdki. Podobnie było z drugim utworem z repertuaru The Cure, Friday I'm in Love. Rozbiegówka szła OK, potem następowało wprowadzenie, pierwsza zwrotka i tam już czaiło się niebezpieczeństwo. Na sekundę przed refrenem następował akord, którego Rogal nie potrafił opanować, jakby przeskakiwała płyta. To samo działo się pod koniec drugiej zwrotki i w repryzie."

niedziela, 24 października 2010
Just like heaven (The Cure) w Blankets

"Blankets. Pod śnieżną kołderką" to komiks o dojrzewaniu i pierwszej miłości. I wcale, ale to wcale nie jest naiwny, slodki i pretensjonalny. Co więcej, Raina, jedna z postaci, śpiewa piosenkę The Cure leżąc w łóżku ze swoim chłopakiem, tuż przed jego powrotem do domu, oddalonego o kilkaset  kilometrów. Odnotowane. Zapamiętane.

środa, 21 lipca 2010
Pictures of you i Samotność liczb pierwszych

" W samochodzie opuścili szyby okien. Alice prowadziła trzymając obie ręce na kierownicy i podśpiewywała sobie Pictures of you, naśladując dźwięk słów, których nie znała. Mattia czuł, jak jego mięśnie stopniowo rozluźniają się, dopasowują do kształtu siedzenia. Miał wrażenie jakby samochód zostawiał za sobą ciemny, lepki ślad utworzony z jego przeszłości i lęków. Czuł się coraz lżejszy, jakby był opróżniającym się słoikiem. Zamknął oczy i przez kilka sekund unosił się na głosie Alice w powietrzu, które opływało mu twarz."

Paolo Giordano słucha i pisze. Ja słucham i czytam :)


 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl
Czytam, bo lubię

Wypromuj również swoją stronę Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...