sobota, 27 września 2014
ABC z magazynem Książki

W zeszłą sobotę magazyn Książki zaprosił grupę blogerów książkowych do siedziby wydawnictwa, by zaprezentować nam nową odsłonę czasopisma. Jak było? Jakie zachowałam wspomnienia? Oto moje ABC.

Atmosfera - fantastyczna

Blogerzy - książkowi

Czasopismo - w nowej odsłonie

Dyskusje - w podgrupach

Ela - dopięła wszystko na ostatni guzik

Film - już jest! KLIK

Goźliński Paweł - przygotował prezentację

Humor - dopisywał wszystkim

Ignacy Karpowicz - dał się sfotografować bez  Sońki

Juliusz - Kurkiewicz na chwilę wyszedł z księgarni

Książki - wszechobecne

L - nic nie mogę wymyślić ;)

Łukasz - Grzymisławski mówił niewiele, ale miał kolorowe skarpetki

Mariusz - Szczygieł uwodził czytelnika

Nowe twarze - znane blogi

Oklaski - były, a jakże

Poznań - miał silną reprezentację

Radość - z tego, że mole książkowe zjechały z całej Polski

Ścianka - oblegana (patrz foto)

Tokarczuk - na okładce

Uwodzenie - patrz pod M

Warszawa - ulubiona

Znajomości - potwierdzone w realu

Na zdjęciu Paulina, Ignacy Karpowicz i ja

10:59, agnieszka_kalus , Żyję
Link Komentarze (11) »
czwartek, 04 marca 2010
New Model Army - 20.02.2010

 

Trochę zwlekałam z tym wpisem licząc na to, że jeszcze jakiś inny koncert obskoczę. Nic jednak się nie kroi w najbliższym czasie, a pamięć o występie New Model Army się zaciera. Zespół ten poznałam wiele lat temu i w zasadzie moja znajomość piosenek NMA opiera się na dwóch płytach "Thunder & Consolation" oraz koncertowego albumu "Raw Melody Men."

Na tym koncercie musiałam być, bo apetyt na NMA zaostrzył mi się jakieś 2-3 lata temu, kiedy do Poznania zawitał sam Justin Sullivan i zagrał taki pół akustyczny koncert, który bardzo, ale to bardzo mi się podobał.

Tym razem było jeszcze lepiej. Bardzo rockowo, bardzo gitarowo, ostro i energetycznie. Sala wypełniona do ostatniego miejsca, co wprawiło mnie w zdumienie. Czegoś takiego się nie spodziewałam. Justin jakiś taki młodszy niż mi się wtedy wydawało (botoks? lifting? odnowa biologiczna?). Na pewno był w dobrej formie. Wszyscy muzycy wydawali się być napompowani energią, która wprost eksplodowała ze sceny. Zagrali trochę z nowej płyty, trochę ze starych, które ja znam. Pięknie poleciało "Vagabonds", "White Coats" i "The Charge". Na bisy zaśpiewali m.in. "Green and Gray". Z nowszych utworów w pamięć najbardziej zapadły nam "Today is a Good Day" oraz "High" poprzedzony przemową Justina o tym, by w życiu pamiętać o właściwej perspektywie. Dość optymistycznie jak na taki postpunkowy zespół...

W każdym razie było pięknie...

Tagi: koncerty
18:35, dededan , Żyję
Link Komentarze (1) »
piątek, 12 lutego 2010
Depesza o Depeszach

Tym razem będzie również bez recenzji książkowych. Przyczyną moich opóźnień w czytaniu i pisaniu jest tempo życia oraz koncert Depeche Mode. Sam koncert boski, ale to już wiadomo z doniesień w sieci, prasie i TV. I moja najulubieńsza piosenka była ;-) Jestem jak najbardziej ustatysfakcjonowana, wciąż podekscytowana, mam uczucie niedosytu, które objawia się tym, że wciąż słuchałabym DM.

Ja chciałam poruszyć inny temat: dlaczego zawsze na duże koncerty muszę jeździć przez pół kraju?! Aby uczestniczyć w dwugodzinnym koncercie straciłam z osiem - dziewięć godzin na samą drogę... Na szczęście było warto.

Pozdrawiam wszystkich, którym dane było bawić się z DM na koncertach oraz tych, którzy nie pojechali do Łodzi na występy tego zespołu, choć serce im się wyrywało...

Tagi: koncerty
14:08, dededan , Żyję
Link Komentarze (8) »
niedziela, 24 stycznia 2010
Pozdrowienia z Machico

Miasto jest urocze, czego dowód na załączonych zdjęciach.

Tagi: wycieczki
12:33, dededan , Żyję
Link Komentarze (8) »
środa, 23 grudnia 2009
Życzenia świąteczne

Wszystkim odwiedzającym tego bloga życzę wesołych i spokojnych świąt oraz znalezienia upragnionych książek pod choinką.

wtorek, 22 grudnia 2009
Koncertowa jesień, część 3 i ostatnia

Jesień obrodziła koncertami w Poznaniu. Na zamknięcie sezonu jesienno-koncertowego byłam na dwóch świetnych widowiskach, o których muszę wspomnieć.

T.Love, 8 grudnia 2009, Eskulap

Oczywiście T.Love widziałam już wielokrotnie. O ile dobrze pamiętam, a mam prawo nie pamiętać, bo minęlo kilkanaście lat, koncert T.Love był pierwszym z setek koncertów, na których byłam wspólnie z moim mężem - wtedy jeszcze nie mężem. Ale do tego w Poznaniu podeszłam bez zbędnego sentymentalizmu, pamiętając o tym, że kiedyś na Juwenaliach T.Love trochę mnie znudzili swoim graniem.

I szok! Koncert w Eskulapie to był prawdziwy odjazd. To jest zespół, który ma piosenki i na dodatek gra je na koncertach (w przeciwieństwie do Myslovitz, który piosenki ma, ale na koncertach podnieca się instrumentalnie i elektronicznie). Muniek i jego zespół wymiatali tak, że nogi same chciały tańczyć, nieważne czy stara czy nowa piosenka. A tych starych było co niemiara, chwilami normalnie przenosiłam się jakieś kilkanaście lat wstecz, do czasów, gdy odkrywałam muzykę, której do tej pory lubię słuchać. Wyjątkowy, świetnie zagrany koncert. Dziękuję panie Muńku :)

A dzień później...

Anna Maria Jopek, 9 grudnia 2009, Blue Note

Nie w Blue Note, ale w dużej auli u dentystów na ul. Przybyszewskiego, zagrała Anna Maria Jopek. Był to koncert z serii Lisbon Stories, w którym wzięli udział zagraniczni goście, znajomi muzycy pary Jopek & Kydryński. Było trochę nastrojowo, ale przede wszystkim rytmicznie, radośnie, egzotycznie. Ze strony polskiej Annę Marię Jopek wspierali wspaniali muzycy, a wśród nich niezrównany Henryk Miśkiewicz. Z zagranicy byli przede wszystkim Portugalczycy - Beto Betuk grający na instrumentach perkusyjnych, Ernesto Leite oraz Yami, który porwał do tańca i śpiewu prawie całą zgromadzoną w sali publiczność.

Nie spodziewałam się takiego żywiołu i energii, bo Anna Maria Jopek kojarzyła mi się z nastrojowymi piosenkami śpiewanymi istnie anielskim głosem. Mój pierwszy raz na jej koncercie będzie niezapomniany. I już wiem, że będą następne razy. Widowisko i zabawa przednia. Znalazłam ładny fotoreportaż pod tym LINKIEM.

Zima mam nadzieję nie będzie gorsza pod względem wrażeń muzyczno-artystycznych. Szczerze mówiąc niecierpliwie czekam na luty, by wreszcie zrealizować dawno kupione bilety na Depeche Mode.

Tagi: koncerty
08:49, dededan , Żyję
Link Komentarze (3) »
sobota, 19 grudnia 2009
Berlin Weihnachts - kicz. Fotorelacja

Kicz, ale uroczy. Inaczej bym tam nie jeździła w taką pogodę.

Przy okazji widać dlaczego nie ma nowych recenzji. Nie miałam czasu na lekturę, a potem, gdy już miałam czas to byłam zbyt zmęczona by czytać.

Teraz czytam "Wichurę w Hawanie" i odczuwam ogromny dysonans między temperaturą i pogodą, które widzę i doświadczam, a temperaturą, o której mowa w książce. Na tej pozycji Padury zakończę wyzwanie peryferyjne, chociaż w planach jeszcze był "Stambuł" Pamuka. Nie uda mi się go przeczytać w czasie, bo przez gapiostwo źle sobie to wszystko zaplanowałam - sądziłam, że wyzwanie zakończy się 31 grudnia i zostawiałam sobie "Stambuł" na święta. Okazało się, że źle spamiętałam daty i 21 grudnia powinnam zakończyć czytanie. Pamuka zatem przeczytam już poza wyzwaniem peryferyjnym.

Tagi: wycieczki
18:26, dededan , Żyję
Link Komentarze (10) »
piątek, 27 listopada 2009
Koncertowa jesień, część 2

Indios Bravos, Eskulap, 12 listopada 2009


Ten dzień był dość pechowy muzycznie. Przede wszystkim poszłam na koncert nieprzygotowana. To znaczy nie posłuchałam sobie wcześniej czego mogę się spodziewać. Coś mi się kojarzyło z reggae, którego nie lubię i ze słowami mojej siostry, że warto. Niestety, mamy z siorą dość rozbieżne gusta muzyczne. Indios Bravos mnie nie porwało - tekstów za bardzo nie rozumiałam ze względu na średniej jakości nagłośnienie, muzycznie też nie odleciałam. W sumie to grają bardziej rockowo niż się spodziewałam - to na plus. Publiczność reagowała fantastycznie, oni się przygotowali, znali teksty i melodie, a ja tam nie pasowałam.

Dick 4 Dick, Gaba Kulka, Czesław Śpiewa - Eskulap, 15 listopada 2009

 

Na Dick 4 Dick trochę się spóźniliśmy, weszliśmy już po rozpoczęciu występu i grali wówczas Hollywood - chyba swój największy przebój. Potem też nie było źle - bardzo energetycznie, trochę psychodelicznie, gorąco (chłopaki na scenie pościągali koszulki). Zaintrygowali mnie i to było bardzo dobre rozpoczęcie tego wieczoru.

Gabę widziałam ponad rok temu jako początkującą wykonawczynię. Grała z zespołem w Browarze. Zapamiętałam ją jako dość grzeczną dziewczynkę z melancholino-piosenkowo-poetyckim repertuarem. Po roku Gaba zaskoczyła mnie swoją metamorfozą muzyczną i stylistyczną. Zespół muzyków tak jakby się skurczył, chłopaki ubrali się bardziej rockowo i tak też grali. Gaba ma fajne pomysły aranżacyjne i śliczny głos. Kiedy w duecie z wokalistą Dick4Dick zaśpiewała "Na pierwszy znak" Ordonówny - cała publiczność wstrzymała oddech. Tym razem Gaba wydała się być niegrzeczną dziewczynką, pewną siebie na scenie, chwilami drapieżną i doskonale przygotowaną do występu. Mnie się bardzo podobało.

Czesław Śpiewa to przed koncertem była dla mnie prawdziwa enigma - raz tylko w TV widziałam go wykonującego jakąś piosenkę na festiwalu (chyba w Opolu, ale mogę się mylić). No i myślałam sobie, że on trochę drętwy jest - jakiś taki starszawy, gra ludowe (!?) piosenki i w ogóle. No i prawie padłam z zachwytu i przypływu endorfin jak ten Czesław wyszedł śpiewać. Toż to wulkan energii! Ma przecudny międzynarodowy zespół grający na wszystkim, co wydaje dźwięk. Od Karen grającej na instrumentach dętych (głównie) nie można oczu oderwać - istne szaleństwo. Czesław Śpiewa grał długo, pulsująco, tanecznie. A gdy zaczynał mówić między utworami to też było cudnie. Podobał mi się cały, aczkolwiek uważam, że nie da się tej muzyki słuchać w domu nad kubkiem herbaty czy nawet kuflem piwa. Czesław może śpiewać dla mnie tylko na koncercie.

Myslovitz, Eskulap, 18 listopada 2009

Na Myslovitz byłam wiele razy - co najmniej raz w plenerze i ze cztery razy w klubach czy innych zamkniętych halach. Za każdym razem mówiłam, że więcej nie pójdę, po czym zapominałam o danym sobie słowie i po upływie roku z okładem grzecznie ponownie maszerowałam na kolejny występ. Tak samo było tym razem. Ciekawa byłam co też zespół pokaże po tak długiej przerwie.

Zaczęli od długiego instrumentalnego kawałka, po którym poleciały piosenki, których ja nie znałam (nie mam wszystkich płyt i nie jestem fanką tego zespołu). Potem po kolei zagrali kilka znanych mi piosenek, ale nie doczekałam się tych trzech, na które najbardziej czekałam (Peggy Brown, Kraków, Good Day My Angel). A potem wszystko padło - poleciały nieznane mi utwory, w tym potwornie długi, okropnie nudny kawałek instrumentalny, jakby wyjęty prosto z próby. Tym czymś zespół mnie pokonał - znowu sobie przyrzekłam więcej nie iść na ich koncert. A już na pewno nigdy więcej na Myslovitz nie pójdę do ciasnego, dusznego Eskulapa.

Tagi: koncerty
22:58, dededan , Żyję
Link Komentarze (4) »
czwartek, 26 listopada 2009
Rock & Blog

Tak, tak, na ciastku to naprawdę ja :) Taki sobie gadżet kupiliśmy żeby mieć podpisane pierniki na święta. W międzyczasie upiekliśmy ciastka próbne, by zobaczyć czy literki działają. Z okazji roku bloga powstało ciasteczko, bo na tort, czy choćby ciasto blog jeszcze sobie nie zasłużył.

Dziękuję, że czytacie i komentujecie. Pozdrawiam :)

piątek, 13 listopada 2009
Koncertowa jesień, część 1

Dużo ostatnio było o książkach, więc teraz "coś w innej beczki". Sezon koncertowy w pełym rozkwicie. Przede mną jeszcze kilka występów, za mną już sporo wrażeń. Gdzie byłam i czego słuchałam? Część pierwsza:

Pedro Moutinho, Aula UAM, 2 Poznań Live Festival - FADO, 14 października 2009

 

Fado z Portugalii. To pierwszy koncert fado, na jakim byłam, choć kojarzyłam tę muzykę z nastrojowymi dźwiękami gitary. Na koncert poszliśmy z ciekawości i na próbę, nie obiecując sobie ani za wiele, ani za mało. Pierwsze utwory lekko mnie zdziwiły - przede wszystkim wokal, zbyt miękki jak na moje ucho. Jednak im dalej tym lepiej - fatalne miejsca na balkonie sprawiły, iż niewiele widziałam z tego, co działo się na scenie, za to mogłam popuścić wodze fantazji. A fantazja nieomylnie zawiodła mnie do kafejki na świeżym powietrzu, gdzie siedzę przy miłej dla ucha muzyce nad szklanką jakiegoś napoju i cieszę się chłodną bryzą po upalnym dniu. I tak siedząc gdzieś na portugalskim wybrzeżu chłonęłam muzykę, która w warstwie instrumentalnej rzeczywiście zachwycała, a i do wokalu dało się przywyknąć. Niestety, wichura i zimny deszcz na zewnątrz szybko sprowadziły mnie z powrotem do Polski tuż po wyjciu z auli.

Closterkeller, Blue Note, 26 października 2009

 

Tym razem doskonale wiedziałam czego się spodziewać. Po pierwsze na koncertach Closterkellera jestem prawie zawsze, gdy grają je gdzieś w pobliżu miejsca, w którym aktualnie jestem. Daje to około kilkanastu obejrzanych występów. Nie żebym była jakąś ortodoksyjną (!) fanką, ale doceniam zespół i tekstowo, i muzycznie, i koncertowo. Po drugie płytę kupiliśmy tuż po jej wydaniu, więc jako tako miałam osłuchaną. Spełniły się nasze przypuszczenia - pierwsza część poznańskiego występu poświęcona była niedawno wydanej "Aurum", piosenki poleciały po kolei i nie powiem, całkiem dobrze się ich słuchało. W drugiej części poleciały starsze przeboje, w tym mój ukochany Violet. Jak był Violet, to nie mam żadnych zastrzeżeń :)

Kult, Arena, 7 listopada 2009


Kazik Staszewski ma wiele różnych wcieleń artystycznych, począwszy od Kultu, przez Kazika na Żywo aż po Buldoga. Mnie podoba się najbardziej jako Kult, bo na nim, między innymi, wychowałam się jako nastoletnia poszukiwaczka swojego muzycznego stylu i gustu. Dlatego też staram się co kilka lat zobaczyć Kult na żywo, by powspominać, by zanucić, by poskakać.

Koncert w Arenie nie odbył się bez przygód - występ trzy razy został przerwany ze względu na problemy techniczne, jednak moim zadaniem te problemy nie wpłynęły na jakość samego występu. Kult w przeciwieństwie do wielu innych zespołów nie promuje swojej nowej płyty grając ją od początku do końca. Koncert oparty jest w dużej mierze na bogatym materiale z poprzednich wielu wydawnictw płytowych. I tym razem nie zabrakło moich ukochanych piosenek z płyt "Tata Kazika", czy na nowo zaaranżowanej "Do Ani". Na bisy poleciała "Polska" w wykonaniu fana zespołu oraz Kazika w chórkach. Bawiłam się świetnie, ani przez chwilę nie odczułam znużenia, i choć koncert trwał sporo ponad dwie godziny chciałoby się by trwał jeszcze.

Skye Edwards, Eskulap, 10 listopada 2009

Była i przyszła (?) wokalistka Morcheeby wystąpiła w Poznaniu solo, no może nie tak zupełnie solo, bo przecież z trzyosobowym zespołem. Śpiewała zachwycająco, ma przepiękny głos, świetne piosenki, ciekawe aranżacje. Wyglądała prześlicznie - w bogatym czarno-czerwonym stroju, z zabawną fryzurą, długimi doklejonymi rzęsami, po prostu trudno było oderwać wzrok. Nie znam zbyt wielu piosenek z repertuaru Skye, mam tylko jedną płytę Morcheeby, ale mimo to słuchanie zagranych na koncercie utworów było niezwykle przyjemne i relaksujące. Sama artystka ma świetny kontakt z publicznością, dużo żartuje. Na bisy zagrała na gitarze i zaśpiewała trzy piosenki bez żadnego wsparcia ze strony innych muzyków, stwarzając bardzo intymną atmosferę na widowni. Szkoda tylko, że było tak niewielu słuchaczy, Eskulap wypełniony był co najwyżej w połowie.

Tagi: koncerty
14:53, dededan , Żyję
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2
Tagi
zBLOGowani.pl
Czytam, bo lubię

Wypromuj również swoją stronę Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...