środa, 06 maja 2015
Kolonia, Tana French

Albatros, 2015

Liczba stron: 592

Czytałam debiutancką powieść Tany French "Zdążyć przed zmrokiem" - zrobiła na mnie ogromne wrażenie niekonwencjonalnym podejściem do tematu. Chociaż z upływem czasu zatarły mi się w pamięci szczegóły fabuły, wciąż pamiętam nastrój i napięcie, jakie mi towarzyszyło podczas lektury. "Kolonia" jest czwartą powieścią w dorobku autorki, a w moich oczach potwierdzeniem jej mistrzowskiej klasy.

W oddalonej o ponad godzinę drogi od Dublina w niewielkiej, nadmorskiej miejscowości Broken Harbour dochodzi do przerażającej zbrodni. Na niedokończonym osiedlu domków jednorodzinnych z rąk nieznanego sprawcy ginie prawie cała rodzina - ojciec i dwoje małych dzieci, a ich matka w stanie ciężkim trafia do szpitala. Sprawa jest priorytetowa, więc rozwiązywać ją będzie jeden z najbardziej doświadczonych policjantów - Mick Kennedy. Jego partnerem zostaje nowicjusz w wydziale. Wygląda na to, że ten duet dobrze się sprawdza, bo w niedługim czasie dokonuje aresztowania podejrzanego. Przesłuchania jednak niewiele wnoszą, a sprawa nie posuwa się do przodu. Co gorsza, pojawiają się wątpliwości co do przebiegu zbrodni oraz roli podejrzanego.

W książce dominuje niepokojący, klaustrofobiczny nastrój. Po pierwsze, śledczy mają bardzo wąskie grono podejrzanych, więc typują spośród kilku, wydawałby się sympatycznych postaci. Po drugie, próbują się dowiedzieć, co skłoniło mieszkańców wymuskanego lokum do zamontowania kamer, założenia pułapki na strychu i zrobienia licznych dziur w ścianach nowego domu. Po trzecie, autorka zdecydowała się na powiązanie śledczego z miejscem popełnienia zbrodni - jako dziecko Mike spędzał wakacje w tej miejscowości, ale nad jego wspomnieniami dominuje jedno, szczególnie tragiczne wydarzenie.

Charakterystyka postaci to iście koronkowa robota. W Mike'u - z początku uporządkowanym, pewnym siebie, dbającym o każdy szczegół policjancie z biegiem czasu zachodzi zmiana. Sprawa tajemniczych śmierci w połączeniu z osobistymi kłopotami doprowadza do zachwiania solidnej fasady profesjonalizmu, jaką budował sobie przez lata. Mam zastrzeżenia jedynie do postaci młodszej siostry Micka, Diny. To kobieta piękna, młoda i cierpiąca na silne zaburzenia psychiczne. Dina domaga się, żąda i wymusza na bracie, by poświęcał jej całą swoją uwagę, zaniedbywał obowiązki, wylogowywał się ze swojego życia. On czuje się zobowiązany opiekować siostrą. Nie dociera do niego, że Dina potrzebuje opieki innego rodzaju - terapii, leków, odosobnienia.

Reasumując, jest to bardzo dobry, mroczny kryminał. Nie ma w nim sensacyjnych fragmentów - pościgów samochodowych, akcji z użyciem broni palnej, a jednak trudno się od niego oderwać. A jeszcze trudniej pozbyć się go z głowy. Zaskakujące, nieco dołujące skrzyżowanie kryminału i powieści psychologicznej. POLECAM!

18:59, agnieszka_kalus , Czytam
Link Komentarze (1) »
wtorek, 05 maja 2015
Życie to jednak strata jest. Andrzej Stasiuk w rozmowach z Dorotą Wodecką

Agora & Czarne, 2015

Liczba stron: 176

Dorota Wodecka jeździła przez pół kraju do położonego w Bieszczadach domu Andrzeja Stasiuka, karmiła z nim barany i niepokoiła się siedząc jako pasażerka w pędzącym samochodzie, prowadzonym przez swojego rozmówcę. Wszystko po to, by porozmawiać ze Stasiukiem o życiu. Czy było warto?

Ich rozmowy krążą wokół kilku tematów często obecnych w prozie Stasiuka - istoty polskości, religii i kościoła, złudnych uroków popkultury, podróży, przemijania i umierania. To, co przede wszystkim rzuca się w oczy, to fakt, iż Stasiuk nie poddaje się modom, nie stara się nikomu przypodobać, z nikim nie trzyma sztamy. Najlepiej czuje się w towarzystwie swojej żony, z dala od miejsc, gdzie toczy się życie rozrywkowe i polityczne. Nie interesuje go popkultura. Drażni to, że ludzie dają się wpasować w wymyślone ramy - stroju, wyglądu, zachowania. On sam stara się kreować swoją rzeczywistość po swojemu. Choć się modli, nie jest zwolennikiem kościoła katolickiego i otwarcie go krytykuje. Chociaż jest właścicielem dużego wydawnictwa książkowego specjalizującego się w reportażach, sam ich nie czyta, bo uważa, że w literaturze emocje autora są ważniejsze od obiektywnej prawdy. Chociaż uwielbia podróżować, zwykle jedzie pod prąd, na wschód, w którym szuka powrotu do krainy dzieciństwa i młodości.

Temat przemijania i śmierci obecny jest w jego książkach, więc naturalną koleją rzeczy wielokrotnie powraca w rozmowach z Dorotą Wodecką. Tym razem nie skupia się tylko na odchodzeniu bliskich i przyjaciół. Sporo miejsca poświęca również masowej eksterminacji narodów podczas drugiej wojny światowej. Ten wojenny wątek skłania go do refleksji, iż "mamy większy kłopot z Żydami niż z Niemcami. Tych podziwiamy, mimo że nas zdeptali, zniszczyli, wymordowali. Podziwiamy ich za to, kim są, a Żydami pogardzamy. Musi stać za tym jakiś ogromny kompleks."

Takie bezkompromisowe i krytyczne wypowiedzi o Polakach sprawiają, że Andrzej Stasiuk jest postacią wyrazistą, ma wrogów i zwolenników. Ma również wielkie grono czytelników czekających na kolejne książki, w których przefiltrowuje widoki, miejsca i spotkania z ludźmi przez własną wrażliwość. Jego proza jest refleksyjna i daleka od reportażu czy relacji z podróży. Mówi: "Cały czas jestem w pracy, niezależnie, czy w podróży, czy w domu. I na szpulę w mózgu nieustająco nawija mi się pejzaż, ludzie, zdania, wrażenia. Staram się, by to, co widzę i słyszę wchodziło głębiej. Żeby przeszywało na wylot." To, co rejestruje, to, o czym myśli, jest potem treścią jego książek. W tej, w której rozmawia z Dorotą Wodecką, powracają znane motywy, pojawiają się opinie, przykłady, zdania, które już gdzieś widzieliśmy. Chociaż chwilami  książka "Życie to jednak strata jest" może zdawać się wtórna w stosunku do prozy Stasiuka, to jest potwierdzeniem jego autentyczności.

Tagi: wywiady
21:24, agnieszka_kalus , Czytam
Link Komentarze (2) »
niedziela, 03 maja 2015
Psy gończe, Jorn Lier Horst

Smak Słowa, 2015

Liczba stron: 387

Gdy czytam takie książki jak "Psy gończe" czy "Jaskiniowiec", zastanawiam się jak to możliwe, że po tylu setkach, a może nawet tysiącach kryminałów, które przeczytałam w życiu, potrafię totalnie wsiąknąć w książkę i czytać jakby od tego zależało moje życie. Cieszę się, że wciąż są tacy autorzy, którzy potrafią mnie zaskoczyć i zaintrygować. Wśród nich mocną pozycję wyrabia sobie norweski pisarz, twórca serii kryminalnej z Williamem Wistingiem, Jorn Lier Horst.

William Wisting jest szanowanym policjantem, uwielbia swoją pracę, ufa swoim współpracownikom. Z wiekiem ma coraz większe doświadczenie, coraz lepsze metody śledcze i wiedzę. Pewnego deszczowego dnia jak grom z jasnego nieba spada na niego wiadomość, że zatrzymany przez niego przestępca, który odsiedział wyrok za porwanie i zamordowanie młodej kobiety, oskarża go o spreparowanie dowodów w śledztwie. Sprawa zostaje rozdmuchana przez media, a Wisting zawieszony do wyjaśnienia. W tym czasie postanawia ponownie przyjrzeć się dokumentom sprzed lat i pragnąc wytypować który z kolegów posunął się do popełnienia przestępstwa podczas dochodzenia. W tym samym czasie córka Wistinga prowadzi śledztwo dziennikarskie - ktoś zabija na ulicy starszego, samotnego mężczyznę. Obie sprawy, ta stara i ta najświeższa, zaczynają się niepokojąco zazębiać.

Tytuł książki nie jest oderwany od treści i choć brzmi niezbyt kryminalnie, to w tekście znajdziemy kilka odniesień do psów gończych. Metafora jest jasna - śledczy niczym psy gończe próbują dopaść winnego, a gdy ktoś podejrzany wpadnie w ich ręce, robią wszystko, by dopasować go do zbrodni, uwypuklając te dowody i poszlaki, które świadczą o winie, a ignorując te, które jej zaprzeczają. Czy słusznie? Każdy musi sam na to odpowiedzieć.

Znacie ten krążący po Internecie mem: "Jeszcze jeden rozdział i idę spać"? Tak się czyta powieści Horsta. Krótkie rozdziały, częste zmiany kierunku, w którym podążają wątki oraz wciągająca fabuła sprawiają, że trudno odłożyć książkę. Ja w końcu odłożyłam, przespałam się parę godzin i rano dokończyłam, nie wychodząc z łóżka. Po tym wyznaniu nie muszę chyba jakoś szczególnie Wam zachwalać książki. Dodam tylko, że zakończenie mnie nie rozczarowało, bo choć coś tam udaje się odgadnąć, to autor ma w zanadrzu jeszcze inne niespodzianki, które serwuje w ostatnich rozdziałach.

sobota, 02 maja 2015
Pani Bovary, Gustave Flaubert


Zastanawiałam się, czy pisać o "Pani Bovary", bo mogę minąć się z obowiązującą w szkołach interpretacją i pójdzie w świat, że jestem nieogarnięta i nie rozumiem, co czytam. Z drugiej strony już tyle razy dowiedziałam się od internetowych specjalistów od wszystkiego jaka to ze mnie idiotka i nieuk, że kolejny nie zrobi mi większej różnicy ;)

Pewnie będziecie zaskoczeni tym, że dopiero teraz poznałam tę powieść. Dla wielu z Was to lektura z liceum. Za moich czasów licealnych nie kazano nam jej czytać, chociaż byłam w klasie humanistycznej. Teraz jako nauczyciel obserwuję zmagania moich uczniów z różnymi lekturami i czasem rozmawiam z nimi o wrażeniach z przeczytanych pod przymusem książek. "Panią Bovary" czytają chętnie, nie narzekają na język ani przydługie opisy. To była dla mnie doskonała rekomendacja - chciałam wiedzieć, dlaczego ta książka (jako jedna z niewielu lektur) jest tak pozytywnie odbierana przez młodzież.

Emma, wychowywana w klasztorze córka średniozamożnego gospodarza, wychodzi za mąż za pana Bovary, lekarza z miasta. Marzy o życiu, jakie zna z kiepskich romansów, którymi zaczytywała się w czasach szkolnych. Chce być nieustannie adorowana, stroić się, chodzić na bale, przyjęcia, do teatru, zapraszać gości do siebie i obracać się w wytwornym towarzystwie. Nie umie realistycznie ocenić swojej pozycji społecznej, szasta pieniędzmi, przez co jej mąż musi więcej czasu spędzać w pracy. Trochę z nudów, trochę z chęci zakosztowania losów powieściowych heroin, pani Bovary zostaje kochanką. Znowu czuje dreszczyk emocji, znowu jest w centrum uwagi.

To się może podobać nastolatkom! Historia pani Bovary jest bardzo łatwa do rozszyfrowania i przełożenia na współczesne warunki. Opowieść o "puszczalskiej", która przy pierwszej okazji przyprawia mężowi rogi, przypomina nieco historie opisywane przez pudelki i inne brukowce. Koronki, atłasy, buciki i drogie podarunki dla kochanka brane na kredyt i pod zastaw, to z kolei spełnienie marzeń lekkomyślnych panienek, które gdyby mogły, również szastałyby pieniędzmi w centrach handlowych i butikach, nie zważając na konsekwencje. Marzenie o bywaniu w miejscach, gdzie bawi się elita i przynależność do niej, to nic innego jak mrzonki o zostaniu celebrytką, pozowaniu do zdjęć z kimś znanym i błyszczeniu na ściance z okazji otwarcia sklepu ze stanikami.

Nie było we mnie współczucia dla pani Bovary. Obserwowałam jej coraz to głupsze poczynania i zastanawiałam, czy ona nigdy nie uczy się na błędach. Z ironią myślałam o tym, że tak właśnie kończą te, które myślą, że życie wygląda jak fabuła głupich romansów. Z satysfakcją obserwowałam jej upadek. Dałam się wciągnąć w tę historię, więc i ja poddałam się sile powieści Flauberta, angażując się w nią emocjonalnie. To książka, która chyba nigdy się nie zestarzeje, bo ludzie zawsze będą mieli wewnętrzne pragnienie bycia kimś ważniejszym, bogatszym i bardziej podziwianym. Jedni potrafią za nim podążać nie pogrążając się przy tym, inni je tłumią, a jeszcze inni, podobnie jak Emma Bovary, lecą za nimi jak ćma do ognia i ponoszą równie tragiczne konsekwencje.

piątek, 01 maja 2015
Zew lodu, Simone Moro

Agora, 2015

Liczba stron: 210 + fotografie

Simone Moro to jeden z najbardziej znanych himalaistów, prawdziwy niepokonany, który wie, że czasem trzeba się wycofać, by wygrać.

"Zew lodu" to wyjątkowa opowieść o zimowych wspinaczkach na najwyższe szczyty na ziemi, która powstała podczas jednej z takich ekstremalnych wypraw, w bazie pod Nanga Parbat. Simone Moro nie ukrywa, że szczegóły wielu wejść i zejść umykają z jego pamięci po latach, zlewają się w jedną całość, więc trudno mu odtworzyć wydarzenia godzina po godzinie. W związku z tym, nie opisywał całej swojej kariery himalaisty, lecz skupił się na tym, co obecnie jest dla niego najważniejsze - zdobywanie najwyższych szczytów w porze zimowej.

Cechą mistrzów jest to, że potrafią mówić o swoich porażkach bez zażenowania. Moro pisze: "Umiejętność rezygnacji nie jest cechą nieudaczników, tylko mistrzów - zarówno w Alpach, jak i w Himalajach, na ulicach czy w dyskotekach. Scenariusz mojego życia piszę sam, nie może on być kopią ani powtórzeniem życia innych osób." W górach konsekwencje niewycofania się we właściwym momencie są zazwyczaj tragiczne i dosięgają śmiałków prawie od razu. Moro wielokrotnie był świadkiem śmierci w górach, sam cudem wyszedł cało z lawiny na Annapurnie, w której zginęli członkowie jego wyprawy, w tym jego najbliższy przyjaciel Anatolij Bukriejew.

Simone Moro w swojej książce pozwala sobie na krytykę środowiska alpinistycznego. Pisze, że złośliwość jest nieodłączną jego cechą, jest "szeroko rozpowszechniona i częstsza niż w innych sportach i zawodach." W krytykę himalaistów włączają się również ci, którzy nie ruszają się z domów. W Internecie krążą krzywdzące opinie o tym, że nowoczesne technologie pomagają wspinaczom w zdobywaniu szczytów, tęskni się za pionierskimi, heroicznymi czasami, gdy człowiek był sam na sam z naturą. Moro twierdzi inaczej, czuć jego irytację, zniesmaczenie tym, o czym czyta na forach czy blogach osób, które wysokie góry znają tylko z telewizji. Na hejterskie zaczepki dotyczące m.in. korzystania z telefonów satelitarnych, odpowiada: "Wiem, że nieuniknioną ceną za rozgłos jest krytyka, ale zawsze się łudziłem, że będzie wyrażana w sposób dojrzały, obiektywny i logiczny. Tymczasem tak się nie dzieje i osoby te wolą tracić cenne minuty, godziny, a nawet całe dni swojego życia na pisanie totalnych bzdur, często podyktowanych czystą zazdrością i zawiścią. (...) Zupełnie jakby te plastikowe gadżety na baterie łagodziły mróz i czyniły wszelkie niebezpieczeństwa wirtualnymi."

Tego typu książki o przekraczaniu swoich ograniczeń, pokonywaniu niezliczonych niebezpieczeństw, odpowiedzialności za drugiego człowieka w najbardziej ekstremalnych warunkach, jakie można sobie wyobrazić, działają na czytelnika jak dawka adrenaliny. Dają motywację do działania, podbudowują wiarę w człowieka, ukazują jego wielkość oraz niedoskonałość. Książka "Zew lodu" z jednej strony, pokazuje człowieka mającego wielki szacunek do gór; z drugiej, himalaistę, który chce te góry pokonać, stanąć na ich wierzchołku i przez krótki moment poczuć się zwycięzcą, a przecież musi jeszcze zejść z góry, a to bywa trudniejsze niż wejście na wierzchołek.

19:52, agnieszka_kalus , Czytam
Link Komentarze (1) »
czwartek, 30 kwietnia 2015
Magda, Meike Ziervogel

Marginesy, 2015

Liczba stron: 144

"Magda" jest powieścią, nie biografią, ale opiera się na prawdziwych wydarzeniach z życia Magdy Goebbels, zwanej "matką narodu niemieckiego". Przedstawia ją wielopłaszczyznowo, pokazuje różne etapy jej życia oraz wydarzenia i ludzi, którzy mieli wpływ na to, jaką kobietą się stała. Autorka oddaje głos matce Magdy, która nigdy nie rozumiała swojej córki, oraz najstarszej córce Goebbelsów w ostatnich dniach przed kapitulacją Berlina.

Powieść nie usprawiedliwia zbrodni, której przed śmiercią dopuściła się ta oddana nazistka, lecz jest próbą zrozumienia, co skłoniło matkę do podania trucizny swoim dzieciom. Jak w wielu opowieściach z tragicznym końcem, istotne zdają się być pierwsze lata życia i doświadczenia z dzieciństwa tytułowej bohaterki. W przypadku Magdy Goebbels trudno mówić o sielskim dzieciństwie, bowiem charakteryzuje je psychiczne i fizyczne oddalenie od bliskich, przemoc i chłód klasztoru, w którym pobierała naukę. Lata młodości pogłębiają przepaść między członkami rodziny, a Magda stara się wziąć życie we własne ręce i wybić ponad otaczającą ją przeciętność. Gdy naziści dochodzą do władzy, zyskuje swoją szansę. Przez kilkanaście lat jest na szczycie.

Postać Magdy w książce Meike Ziervogel ze strony na stronę staje się coraz bardziej oddalona od prawdziwego życia. Jest skupiona na służeniu Hitlerowi, rodzeniu i wychowywaniu dzieci i wcale nie jest dobrą matką. Choć jej dzieci są zadbane, dobrze ubranie i niczego im nie brakuje, matka trzyma je na dystans, a w ich relacjach czuć chłód. W ostatnich dniach spędzonych w bunkrze pod Berlinem narasta napięcie, coś złego wisi w powietrzu, zło i przemoc wypełzają z kątów. Przerażające jest to, co Magda Goebbels robi zanim podaje dzieciom truciznę. Najpierw wkłada dużo wysiłku w sprzątanie - zamiata i szoruje podłogi, ustawia wazonik z kwiatkami na stole, bo pragnie, by nikt nie powiedział o niej złego słowa. Chce być zapamiętana jako świetna gospodyni. Ale my pamiętamy ją przede wszystkim z tego, co zrobiła zaraz potem.

Jeśli nie obawiacie się, że autorka pozostawiła po sobie zbyt mocny ślad i nacechowała książkę swoimi przemyśleniami, czytajcie. Uważam, że warto spróbować rozgryźć, co mogło siedzieć w głowie dzieciobójczyni, przez lata gloryfikowanej i stawianej za przykład matkom w Niemczech. To lektura wymagająca, ważna i smutna.

wtorek, 28 kwietnia 2015
Analfabetka, która potrafiła liczyć, Jonas Jonasson

W.A.B., 2015

Liczba stron: 416

Jonas Jonasson znany jest z tego, że gdy wymyśla fabułę powieści, krępuje go tylko jego wyobraźnia, a tę ma nad wyraz bujną. "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" był doskonałym przykładem tego, dokąd fantazja zawiodła autora i jego bohatera. "Analfabetka" jest potwierdzeniem umiejętności komplikowania losów książkowych bohaterów.

Nombeko Mayeki jest mieszkanką Soweto - biednej i niebezpiecznej dzielnicy Johannesburga. Dziewczynka jest analfabetką jak większość mieszkańców Soweto, lecz ma niezwykły talent do liczb. Dodaje, odejmuje, mnoży, dzieli bez pomocy kalkulatora, dzięki czemu jest prawą ręką kierownika wydziału toalet publicznych, który sam nie radzi sobie z matematyką. Nombeko udaje się nakłonić kogoś, by udzielał jej lekcji czytania., a gdy opanowuje tę umiejętność, świat staje dla niej otworem. Na krótko, bo dziewczyna ma niewyobrażalnego pecha. Po wielu perypetiach dociera wreszcie do Szwecji wraz z wielotonową bombą atomową, którą pragnie przekazać w dobre ręce - królowi lub premierowi. Czeka ją jeszcze wiele zabawnych i strasznych przygód, wiodących do najbardziej zakręconego finału, jaki można sobie wyobrazić.

"Analfabetka, która potrafiła liczyć" jest książką humorystyczno-przygodową, w której może zdarzyć się dosłownie wszystko i trzeba się nastawić na dość bezkrytyczne czytanie, żeby docenić walory rozrywkowe tej powieści. Ale to nie wszystko. Jeśli ktoś woli poważniejsze tematy, książka ma też drugie dno - porusza kwestie związane z międzynarodową polityką, wyścigiem zbrojeń, prawami człowieka i fanatyzmem, który jest niebezpieczny w każdej postaci. Powieść wyszydza tych, którzy zajmują eksponowane, ważne stanowiska, na które zostali wybrani nie dzięki wiedzy i umiejętnościom, lecz z powodów niezwiązanych z kompetencjami. Pokazuje, że wiele w życiu zależy od przypadku, choć warto losowi pomagać.

Powieści nie trzeba polecać tym, którzy znają "Stulatka" czy to w wersji książkowej, czy z ekranizacji. Jeśli dotychczas nie znaliście twórczości Jonasa Jonassona "Analfabetka" może być dla Was dużym zaskoczeniem. Są dwie opcje - albo pozwolicie zabrać się w literacką podróż bez ograniczeń prędkości, ciesząc się wszystkim tym, co autor postawi na Waszej drodze, albo odrzucicie jego propozycję już po kilkunastu stronach, określając ją jako niedorzeczną i naciąganą.

niedziela, 26 kwietnia 2015
Burdubasta albo skapcaniały osioł, czyl łacina dla snobów, Stanisław Tekieli

Poradnia K, 2015

Liczba stron: 72

Język łaciński z roku na rok staje się coraz bardziej martwym językiem. Praktycznie zniknął już z programów nauczania szkół średnich, więc mało kto rozumie łacińskie sentencje i wtrącenia w treści dzieł literackich. Ci, którzy silą się na upiększanie swoich wypowiedzi za pomocą łacińskich słówek, czasem zyskują odwrotny efekt - przekręcając słowa i myląc końcówki.

Stanisław Tekieli postanowił zrobić coś dobrego dla łaciny oraz dla jej potencjalnych użytkowników i napisał książkę, w której przybliża 139 sentencji i powiedzeń łacińskich. Czyni to w sposób jak najbardziej zrozumiały, lekki, łatwy i nade wszystko przyjemny. W treści pisanej prozą przybliża kontekst kulturowy, odnosząc się i do starożytności i do późniejszych epok, które upodobały sobie łacinę. W części pisanej wierszem w sposób zabawny ilustruje użycie sentencji, bawi się językiem. Zwraca uwagę na pułapki związane z użyciem zwrotów łacińskich, w nawiasie podaje wymowę, dla tych, którzy chcieliby zabłysnąć w towarzystwie.

Jaki jest stopień trudności zawartych w książce sentencji i wyrażeń? Zróżnicowany. Są tu tak oczywiste i znane chyba każdemu jak: Veni, vidi, vici czy Memento mori, te nieco trudniejsze, lecz rozumiane przez wielu: tabula rasa, czy nihil novi sub sole oraz rzadko obecnie używane, takie jak tytułowy burdabasta. To zabawne słowo oznacza starego, zdychającego osła w sensie dosłownym, natomiast prześmiewczo nazywano tak podstarzałego gladiatora. Autor sięga również po terminy używane dawniej i obecnie w prawie, np: A mensa et toro (odseparowanie od łoża i stołu), o którym pisze taki zgrabny czterowiersz:

"Odgrodziła mnie małżonka a mensa et toro,

powiedziała, że pożycie nasze sprawą chorą.

Sprowadziła jako świadków trzech swoich kochanków,

szczęściem w porę odgrodziłem ją od konta w banku."

"Burdubasta" to pouczająca, zabawna, ładnie ilustrowana książka, którą z zainteresowaniem przeczyta każdy, który lubi wiedzieć więcej bez względu na wiek i wykształcenie. POLECAM!

Tagi: satyryczna
14:09, agnieszka_kalus , Czytam
Link Komentarze (4) »
środa, 22 kwietnia 2015
Historia kotów, Madeline Swan

Znak Horyzont, 2015

Liczba stron: 320

Aż trudno uwierzyć, że koty były popularne także przed epoką Internetu. Oczywiście, pisząc to puszczam do Was oko, chociaż, nie ukrywam, że odnoszę wrażenie, iż popularność kotów wciąż rośnie, a zdjęcia i filmy z puchatymi indywidualistami biją rekordy oglądalności. Madeline Swan podjęła próbę prześledzenia związków ludzi z kotami na przestrzeni wieków, pragnąc pokazać na jakie przywileje mogły liczyć te zwierzęta w niektórych epokach i z jakim okrucieństwem były tępione, gdy zmieniała się moda i światopogląd.

"Historia kotów" przedstawia wydarzenia chronologicznie i zaczyna się w starożytności, kiedy koty były czczone przez Egipcjan, którzy następnie mumifikowali martwe zwierzęta i umieszczali je w grobowcach władców. Koty nie były ulubieńcami Greków i Rzymian - postrzegano je jako szkodniki polujące na piękne ptaki. Średniowieczni i renesansowi Europejczycy mieli dość ambiwalentny stosunek do kota - z jednej strony cenili go za to, że pozwalał uwolnić się od plagi myszy, z drugiej, przypisywali mu złe moce i zaczęli kojarzyć kota z czarownicami i pogańskimi praktykami. Szczególnie znienawidzone były koty z czarnym futerkiem.

W kolejnych epokach zwierzęta te zyskiwały znanych orędowników - pisarzy, polityków, artystów oraz równie wpływowych przeciwników. Zostały utrwalone na obrazach, w listach, powieściach, wierszach i na fotografiach. Niektóre zdjęcia zostały reprodukowane w książce - m.im. to z kotem na ramieniu lotnika, czy maleńkim kotkiem karmionym przez żołnierza siedzącego w okopie. Robią ogromne wrażenie dzięki połączeniu siły człowieka w mundurze i delikatności małego, kruchego zwierzątka.

Niestety nie jest to książka, która zapisze się na długo w pamięci. Bywa schematyczna, nieco nudna, dość pobieżna. Na rozruszanie przydałoby jej się kilka ciekawych anegdot z kotami w roli głównej. Jako miłośniczka kotów bez kota czuję się z jednej strony dopieszczona - super okładka, sporo zdjęć z kotami w środku, a z drugiej, jestem nieco rozczarowana - spodziewałam się bardziej wnikliwej opowieści o burzliwych związkach dwóch gatunków ssaków.

14:09, agnieszka_kalus , Czytam
Link Komentarze (7) »
wtorek, 21 kwietnia 2015
Preparator, Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Od Deski Do Deski, 2015

Liczba stron: 230

Najsławniejsza powieść dokumentalna "Z zimną krwią" Trumana Capote jest drobiazgowym opisem przestępstwa oraz zdarzeń, które do niego doprowadziły. "Preparator" Huberta Klimko-Dobrzanieckiego jest przykładem na to, że można napisać wstrząsającą powieść dokumentalną, nie skupiając się na drastycznych opisach, bo tzw. zwykłe życie niesie ze sobą wystarczającą dawkę zła i okrucieństwa, żeby wstrząsnąć czytelnikiem.

Bohaterem książki jest mężczyzna pracujący w kostnicy jako preparator zwłok, który został oskarżony o kazirodztwo, profanację zwłok oraz podwójne morderstwo. Postać książkowa wzorowana jest na autentycznej. Podczas gdy sądowe akta sprawy liczyły ponad tysiąc stron, Klimko-Dobrzaniecki opowiada tę historię na niewiele ponad dwustu, kumulując na nich ogrom złych emocji. Oddaje głos oskarżonemu - kolejne rozdziały wypełnia monolog, w którym preparator opowiada swoje życie, czyniąc liczne dygresje o stanie współczesnego świata.

W tej historii ważnych jest kilka spraw. Na pierwszy plan wysuwa się wpływ relacji w domu rodzinnym na psychikę człowieka, postrzeganie samego siebie i wiarę we własne możliwości. Snujący opowieść mężczyzna był dzieckiem odpychanym przez apodyktyczną matkę, która myślała o nim jak o tym gorszym, nieudanym potomku i wciąż porównywała go do spełniającej jej oczekiwania córki. W wyniku tego bohater książki przez całe dorosłe życie postrzega siebie jako mańkuta, jąkałę i nieudacznika. Dominująca postać wiecznie niezadowolonej matki jest dla niego punktem odniesienia i pewnego rodzaju wyrocznią. Podporządkowany jej ojciec we wspomnieniach syna staje się kimś ważniejszym niż kiedykolwiek był za swojego życia.

W ważnym punkcie stawia się również religię oraz pierwszą miłość i pierwszy zawód miłosny. Preparator w swoich dywagacjach nad stanem moralności podkreśla wyższość nauczania świadków Jehowy nad religią chrześcijańską. Ale chociaż sam jest jednym ze świadków, żyje w dość dużym oddaleniu od zboru. Zasady nagina tak jak mu wygodnie. Jest mężem i ojcem, ale każdą kobietę porównuje do swojej pierwszej kochanki, idealizując ją w marzeniach i wyobrażając sobie, że jego życie u jej boku byłoby o wiele lepsze.

Między wierszami czytamy, że odpowiedzialność za popełnione przestępstwa nie spoczywa tylko i wyłącznie na ich sprawcy, który jest tylko wykonawcą, niewyrachowanym narzędziem w rękach losu, produktem współczesnego społeczeństwa. "Preparator" sugeruje, że w tym konkretnym przypadku, wina rozkłada się na wiele czynników i ludzi. Między innymi: stygmatyzujący zawód, trudne dzieciństwo w toksycznej rodzinie, oderwanie od rzeczywistości wynikające z życiowych doświadczeń oraz bliskość ludzi wyrachowanych, wikłających bohatera w sytuacje bez wyjścia.

Doskonała powieść, stroniąca od drastycznych opisów, a jednak wywołująca całą gamę emocji w czytelniku. Bardzo współczesna, aktualna i potrzebna.

19:59, agnieszka_kalus , Czytam
Link Dodaj komentarz »
Tagi
zBLOGowani.pl
Czytam, bo lubię

Wypromuj również swoją stronę Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...