O mały włos nie zetknęłabym się z twórczością włoskiego autora powieści kryminalnych z komisarzem Montalbano. Albo zetknęłabym się znacznie później, co też byłoby stratą. Najpierw przeczytałam wygraną w konkursie powieść "Wycieczka do Tindari", która to sprawiła, iż nazwisko Camilleri zostało zapamiętane, choć wcześniej nic mi nie mówiło. Od tamtej pory staram się od czasu do czasu odświeżyć swoją znajomość z komisarzem Salvo Montalbano i jego policjantami z komisariatu w Vigacie.
Tym razem zaczyna się od pecha - Montalbano jedzie na pogrzeb służbowym samochodem, jego kierowca doprowadza do stłuczki - uszkadzają samochód zaparkowany przy dojeździe do willi. Zatykają za wycieraczkę numer kontaktowy i jadą dalej, ponieważ nikt nie wychodzi z domu. Kierowany dziwnymi przeczuciami komisarz postanawia sprawdzić dlaczego właściciel auta nie zgłasza się na komisariat. W willi odkrywa zwłoki nagiej młodej kobiety. Potem wydarzenia następują szybko jedno po drugim. Sprawa zostaje odebrana posterunkowi w Vigacie, ale po kilku dniach Montalbano znowu dostaje polecienie kontynuowania śledztwa. Policjanci odkrywają coraz to nowe fakty z życia zamordowanej, a Montalbano zaprzyjaźnia się z jej przyjaciółką.
"Głos skrzypiec" to nie tylko sprawa kryminalna, to także obraz społeczeństwa włoskiej prowincji - próby zatuszowania kardynalnych błędów w śledztwie podejmowane są na wysokich stanowiskach, porachunki między mafią a kwesturą mogą doprowadzić do poważnego kryzysu, bohaterowie zjadają dużo dobrego jedzenia, na codzień oglądają piękne krajobrazy sycylijskie. Montalbano nie żyje tylko pracą - autor konsekwentnie wraca w powieściach do skomplikowanego związku Montalbano i Livii, podkreśla też znaczenie przyjaźni i zaufania wśród vigackich policjantów. Mnie zawsze najbardziej urzeka kontrast pomiędzy prawym i moralnie nieskazitelnym Montalbano a językiem, jakim się posługuje. Montalbano soczyście klnie, rozstawia swoich współpracowników po kątach, nie boi się ani mocnych słów, ani zdecydowanych działań.
Książka "Różowe strusie pióra" powstała z zapisków, listów, wspomnień, które inne osoby powierzały Hannie Krall. Chronologiczny układ książki i ułożenie wpisów pod konkretnym rokiem pomaga zorientować się lepiej w sytuacji polityczno-gospodarczej kraju, która jest istotna do zrozumienia treści niektórych wpisów.
Pierwsze wpisy pochodzą z lat sześćdziesiątych, ostatnie z 2009 roku. Autorka zaznacza, że: jest to książka o tym, co ludzie do niej pisali i mówili przez pięćdziesiąt lat". Ludzie, o których mowa to osoby anonimowe i osoby publiczne, znane, szanowane. Spis nazwisk tych osób znajduje się na końcu książki, wśród nich znajdziemy Krzysztofa Kieślowskiego, Leszka Kołakowskiego, Wojciecha Tochmana, Włodzimierza Lubańskiego i wielu innych. Jednak nie mniej ważnymi bohaterami są nieznani z nazwiska ludzie, którzy zwracali się do Hanny Krall, by ocalić od zapomnienia kolejną wojenną historię.
Okupacyjne dzieje Żydów to nie jedyny temat książki, choć oczywiście najbardziej wstrząsający. Nie mniej ważne są jednak zapiski obrazujące życie w powojennej Polsce, m.in. autorka dotarła do zapisków agentów SB, zadaniem którego była inwigilacja i przesłuchiwanie towarzyszki H.K. Wiele wpisów dotyczy prywantnych rozważań i rozmów niekonieczne związanych ze sprawami wielkiej wagi. Czasem mają one na celu odbrązowienie znanych postaci pokazując ich w anegdocie i lekkiej formie. Krall wplata również listy od córki, najpierw z kolonii letnich, następnie z Kanady dokąd wyjechała z mężem - myślę, że te fragmenty najlepiej pokazują upływ czasu.
Umijętny splot życia prywatnego, spraw ważnych dla jednostki i dla kraju, sprawnie ujęte ramy czasowe są ogromnymi atutami tej książki. Mnie jednak ujęło pochylenie się nad człowiekiem, nad jego mikroświatem i pokazanie jego małych problemów i radości. Podziwiam za umiejętność pisania prostym językiem o sprawach wielkiej wagi.
Skończyłam ją czytać kilka dni temu, ale nie mogłam zabrać się za opisanie tej książki. Nie wiem czy umiem przedstawić tę książkę w niebanalny sposób, bo cała fabuła może niektórym wydać się zbyt prosta.
Powieść "Trzy połówki jabłka" opisuje życie Teresy przedtem i teraz. To co przedtem okazuje się istotne dla zrozumnienia obecnych poczynań bohaterki. Teresa jest trzydziestoletnią matką dwojga dzieci, żoną Krzysztofa, anglistką pracującą głównie dla przyjemności. Jej codzienność może i nie jest sielankowa, ponieważ w jej małżeństwie zaczyna brakować czułości i czasu spędzanego we dwoje, ale Teresa daleka jest jednak od narzekania na taki stan rzeczy. Potrafi myśleć racjonalnie i zdaje sobie sprawę z czego wynikają jej małżeńskie problemy.
Świat Teresy staje na głowie, gdy po wielu latach od rozstania przypadkiem spotyka swoją dawną, największą, niezapomnianą miłość - Marcina. Niezapomnianą, bo Marcin wciąż i na zawsze ma swoje miejsce w sercu Teresy. Retrospekcja pokazuje dlaczego Teresa i Marcin nie są ze sobą - w ich młodzieńczym związku zabrakło szczerej rozmowy i ujawnienia prawdziwych uczuć. Okazuje się, że teraz on już ułożył sobie życie z inną kobietą i spodziewają się swojego pierwszego dziecka. Po niedługim czasie od pierwszego spotkania bohaterowie odkrywają, że Teresa wciąż jest tą najważniejszą w życiu Marcina, a dla Teresy Marcin znaczy najwięcej. Dawne tłumione uczucia odradzają się. Teresa po raz drugi stoi przed życiowym wyborem. Jaką podejmie decyzję? Jak powinna postapić? Dlaczego wszystkie możliwe decyzje będą kogoś ranić?
Akcja w książce rozwija się powoli. Dla mnie trochę za wolno, rozpraszały mnie rozdziały opisujące to, co działo się w czasach studenckich głównych bohaterów. Tym bardziej, że w większości rozdziały te nie wnoszą ważnych dla akcji treści. Ja chciałam czytać o tym co tu i teraz i o tych trudnych decyzjach, które bohaterowie musieli w końcu podjąć. Teresa była dla mnie postacią z lekka irytującą - często niezadowolona, oglądająca świat w szarych barwach, skłonna do daleko zakrojonego egoizmu. Nie do końca przekonuje mnie też zachowanie Krzysztofa - męża Teresy - facet, który ma podstawy podejrzewać, że żona go oszukuje, nie chowa się w swojej skorupce i nie przygląda się ze stoickim spokojem rozwojowi wypadków. Nie jestem w żadnym wypadku rozczarowana tą książką, jedynie próbuję wyrazić, że dała mi ona dużo do myślenia o kryzysach małżeńskich i o wpływie z pozoru mało istotnych rzeczy na losy człowieka.
Następujące książki zostały wybrane do drugiego etapu akcji Ulubiona Książka z Dzieciństwa:
CZARODZIEJSKI MŁYN Jerzego i Aliny Afanasjewów z ilustracjami Teresy Wilbik
RAZ CZTEREJ MĘDRCY Antoniego Marianowicza z ilustracjami Janusza Stannego
PROSZĘ SŁONIA Ludwika Jerzego Kerna z ilustracjami Zbigniewa Rychlickiego
APOLEJKA I JEJ OSIOŁEK Marii Kruger z ilustracjami Zdzisława Witwickiego
PCHŁA SZACHRAJKA Jana Brzechwy z ilustracjami Ireny Kuczborskiej
Można już głosować na tę książkę, która Waszym zdaniem powinna ukazać się w serii Mistrzowie Ilustracji wydawnictwa Dwie Siostry. Głosowanie trwa do 29 listopada. Aby oddać głos należy przenieść się na stronę Allegro (klikając na obrazek), a potem postępować według instrukcji.
Osman, który jest studentem, kupuje książkę, którą widział w rękach niezwykle pociągającej dziewczyny. Książka ta go fascynuje, staje się sensem jego istnienia, otwiera go na nowe życie, cokolwiek miałoby to znaczyć. Zdobywa się na odwagę i inicjuje rozmowę z dziewczyną, która ma na imię Canan. Potem jest świadkiem jak ktoś strzela do chłopaka Canan - jednak nie ma ani ciała, ani śwadków - wydawało mu się? Jednak chłopak znika, znika też sama Canan. Kierowany nagłym impulsem Osman wsiada do pierwszego lepszego autobusu i wyrusza w nieznane. Przez kilka miesięcy nieustannie jest w drodze. Co chwilę autokary, którymi podróżuje ulegają wypadkom, w których ginie wielu podróżnych. W końcu spotyka Canan, która jak myślę również podróżuje w taki sam sposób. Nic między nimi nie zachodzi chociaż chłopak jest beznadziejnie zakochany. Jeżdżą przez parę miesięcy, chyba w poszukiwaniu tego trzeciego aż dojeżdżają do prowinconalnego miasta, w którym podając się za zmarłych w katastrofie innych młodych ludzi, biorą udział w wystawie wynalazków młodych talentów z miejscowego liceum. Potem jest jakaś pijacka noc, ktoś gdzieś montuje bombę.
I klops. Nie czytam dalej. Przeczytałam ponad jedną trzecią tej powieści, ale wciąż nie wciągnęła mnie intryga, co gorsza rozumiałam coraz mniej. Odłożyłam, bo monotonny styl pisania, brak celu i motywów postępowania bohaterów pokonał mnie mimo najszczerszych chęci przeczytania tej książki.
Jasne błękitne okna - Edyta Czepiel
Wydawnictwo MUZA, 2008
Liczba stron: 368
Do jednej z kobiet wraca partner, niby kobieta go nie chce z powrotem, niby trochę się go obawia, jednak od razu ląduje z nim w łóżku oddając się całonocnym harcom i łóżkowej gimnastyce. Wspomina też o jego manii dotyczącej obuwia i stóp. Jej koleżanka, gwiazda filmowa, występuje w telewizyjnym talk show, gdzie prowadzący poniewiera ją psychicznie. Oglądająca program pierwsza kobieta od razu rozpoznaje ciążę, o której sama zainteresowana jeszcze nie wie, mdłości przypisując niezdrowemu jedzeniu.
Nie doczytałam do momentu, gdy obie się spotkają i co z tego wyniknie. Tutaj po około siedemdziesięciu stronach pokonał mnie nudny, monotonny styl narracji - wielokrotnie złożone zdania, które nic nie wyrażają, kwieciste porównania i nagłe zamyślenia bohaterek. Odłożyłam jakiś czas temu z nadzieją, że później może uda mi się jeszcze trochę przeczytać, ale po prostu nie mam ochoty wracać do tej powieści. Wróci do biblioteki niedoczytana. Bez żalu.
Ta krótka opowieść jest tak przesycona bólem i smutkiem, że po jej przeczytaniu odczułam ulgę, że to już koniec. Opowiadana przez młodą dziewczynę historia jej rodziny o pięknym nazwisku Sevilla Mendoza, toczy się wartko, ale sprowadza na czytelnika coraz to nowe ciosy.
Rodzice narratorki to zupełnie niedobrana para, aczkolwiek wszystko wskazuje na to, że się kochają. Brakuje jednak namiętności, iskry, szaleństwa. Ojciec dba o zabezpieczenie materialne rodziny, pozwala matce na rozwój artystyczny, jednak notorycznie ją zdradza, wciąż jest nieobecny, ponieważ jego misją życiową jest pomaganie innym w odległych zakątkach świata. Matka to kobieta eteryczna, przewrażliwiona, stąpająca kilka centymetrów nad ziemią. Nie umie żyć we wpółczesnym świecie, wycofuje się i zajmuje malowaniem obrazów. Swoją prawdziwą miłość odnajduje o wiele za późno. Młodszy brat narratorki jest podobny do matki - wrażliwy, uzdolniony myzycznie, wybiera żmudne ćwiczenia na instrumecie, odrzucając trudną do zaakceptowania rzeczywistość. Nabarwniejszą postacią jest młodsza siostra matki narratorki - szukająca miłości, sypiająca z wieloma mężczyznami, wielokrotnie zraniona przez facetów, silna kobieta, która potrafi lepiej niż rodzice zaopiekować się swoimi siostrzeńcami.
Wreszcie sama narratorka, nastoletnia dziewczyna zagubiona w świecie bez właściwych wzorców, świetna obserwatorka. Podobnie jak inni szuka miłości. Znajduje tylko jej namiastkę, gdy wchodzi w wyniszczający ją psychicznie i fizycznie związek z żonatym mężczyzną o skłonnościach sado-masochistycznych. Jej kolejny związek z "weterynarzem" pokazuje jej czym może być prawdziwa namiętność, czułość i oddanie. Jednak tak jak wszystko w tej książce i ta miłość kończy się nagle i pozostawia tragiczne w skutkach konsekwencje.
Czytanie tej opowieści to jak grzebanie w cudzych sekretach, poznawanie życia od tej gorszej strony. Autorka pokazuje, że w życiu nie może być łatwo. Uczucia, które wydają się być prawdziwe, które członkowie rodziny uznają za ważne, w konsekwecji ranią ich i pozostawiają po sobie pustkę. Wielokrotnie autorka dowodzi, że gdy zanurzymy się w miłości po czubek głowy, tracimy świadomość na skutek uduszenia. Nic nie jest stałe,a prawdziwa miłość przychodzi wtedy, gdy nie ma sposobu na to, by ją przyjąć i nie poranić śmietelnie innych. Narratorka nie neguje szczęścia, zdaje sobie sprawę, że można być szczęśliwym, ale aby osiągnąć ten stan trzeba przechytrzyć los. Porównuje stan w jakim znajduje się ona i jej bliscy do przebywania w okropnym brzuchu groźnego rekina. Aby się wydostać z jego paszczy trzeba poczekać i wykorzystać moment nieuwagi, gdy rekin śpi. Komu się uda wypłynąć z paszczy odnajdzie szczęście.
Tak jak wspominałam we wstępie, odczułam ulgę zamykając książkę. Cieszyłam się, że to już koniec, że już więcej nikt nie będzie cierpiał, że może jednak wszystko się ułoży, ponieważ ostatni rozdział przy odrobinie dobrej woli możnaby nazwać optymistycznym. Z drugiej strony Milena Agus pisze w sposób hipnotyzujący, pochaniający bez reszty, sprawia, że nie sposób przestać czytać dopóki nie dotrze się do końca tej historii, mimo tego, że prawie fizycznie odczuwa się ból istnienia opisany na kartach powieści.
Dużo ostatnio było o książkach, więc teraz "coś w innej beczki". Sezon koncertowy w pełym rozkwicie. Przede mną jeszcze kilka występów, za mną już sporo wrażeń. Gdzie byłam i czego słuchałam? Część pierwsza:
Pedro Moutinho, Aula UAM, 2 Poznań Live Festival - FADO, 14 października 2009
Fado z Portugalii. To pierwszy koncert fado, na jakim byłam, choć kojarzyłam tę muzykę z nastrojowymi dźwiękami gitary. Na koncert poszliśmy z ciekawości i na próbę, nie obiecując sobie ani za wiele, ani za mało. Pierwsze utwory lekko mnie zdziwiły - przede wszystkim wokal, zbyt miękki jak na moje ucho. Jednak im dalej tym lepiej - fatalne miejsca na balkonie sprawiły, iż niewiele widziałam z tego, co działo się na scenie, za to mogłam popuścić wodze fantazji. A fantazja nieomylnie zawiodła mnie do kafejki na świeżym powietrzu, gdzie siedzę przy miłej dla ucha muzyce nad szklanką jakiegoś napoju i cieszę się chłodną bryzą po upalnym dniu. I tak siedząc gdzieś na portugalskim wybrzeżu chłonęłam muzykę, która w warstwie instrumentalnej rzeczywiście zachwycała, a i do wokalu dało się przywyknąć. Niestety, wichura i zimny deszcz na zewnątrz szybko sprowadziły mnie z powrotem do Polski tuż po wyjciu z auli.
Closterkeller, Blue Note, 26 października 2009
Tym razem doskonale wiedziałam czego się spodziewać. Po pierwsze na koncertach Closterkellera jestem prawie zawsze, gdy grają je gdzieś w pobliżu miejsca, w którym aktualnie jestem. Daje to około kilkanastu obejrzanych występów. Nie żebym była jakąś ortodoksyjną (!) fanką, ale doceniam zespół i tekstowo, i muzycznie, i koncertowo. Po drugie płytę kupiliśmy tuż po jej wydaniu, więc jako tako miałam osłuchaną. Spełniły się nasze przypuszczenia - pierwsza część poznańskiego występu poświęcona była niedawno wydanej "Aurum", piosenki poleciały po kolei i nie powiem, całkiem dobrze się ich słuchało. W drugiej części poleciały starsze przeboje, w tym mój ukochany Violet. Jak był Violet, to nie mam żadnych zastrzeżeń :)
Kult, Arena, 7 listopada 2009
Kazik Staszewski ma wiele różnych wcieleń artystycznych, począwszy od Kultu, przez Kazika na Żywo aż po Buldoga. Mnie podoba się najbardziej jako Kult, bo na nim, między innymi, wychowałam się jako nastoletnia poszukiwaczka swojego muzycznego stylu i gustu. Dlatego też staram się co kilka lat zobaczyć Kult na żywo, by powspominać, by zanucić, by poskakać.
Koncert w Arenie nie odbył się bez przygód - występ trzy razy został przerwany ze względu na problemy techniczne, jednak moim zadaniem te problemy nie wpłynęły na jakość samego występu. Kult w przeciwieństwie do wielu innych zespołów nie promuje swojej nowej płyty grając ją od początku do końca. Koncert oparty jest w dużej mierze na bogatym materiale z poprzednich wielu wydawnictw płytowych. I tym razem nie zabrakło moich ukochanych piosenek z płyt "Tata Kazika", czy na nowo zaaranżowanej "Do Ani". Na bisy poleciała "Polska" w wykonaniu fana zespołu oraz Kazika w chórkach. Bawiłam się świetnie, ani przez chwilę nie odczułam znużenia, i choć koncert trwał sporo ponad dwie godziny chciałoby się by trwał jeszcze.
Skye Edwards, Eskulap, 10 listopada 2009
Była i przyszła (?) wokalistka Morcheeby wystąpiła w Poznaniu solo, no może nie tak zupełnie solo, bo przecież z trzyosobowym zespołem. Śpiewała zachwycająco, ma przepiękny głos, świetne piosenki, ciekawe aranżacje. Wyglądała prześlicznie - w bogatym czarno-czerwonym stroju, z zabawną fryzurą, długimi doklejonymi rzęsami, po prostu trudno było oderwać wzrok. Nie znam zbyt wielu piosenek z repertuaru Skye, mam tylko jedną płytę Morcheeby, ale mimo to słuchanie zagranych na koncercie utworów było niezwykle przyjemne i relaksujące. Sama artystka ma świetny kontakt z publicznością, dużo żartuje. Na bisy zagrała na gitarze i zaśpiewała trzy piosenki bez żadnego wsparcia ze strony innych muzyków, stwarzając bardzo intymną atmosferę na widowni. Szkoda tylko, że było tak niewielu słuchaczy, Eskulap wypełniony był co najwyżej w połowie.
Michal Viewegh (ur. w 1962 roku) to popularny czeski prozaik, wiele z jego powieści zostało wydanych w Polsce. "Cudowne lata pod psem" to pierwsza powieść jego autorstwa, którą miałam przyjemność przeczytać. Na pewno sięgnę po kolejne, bo bliskie mi jest poczucie humoru autora.
"Cudowne lata pod psem" to autobiograficzna powieść o dzieciństwie i dojrzewaniu w komunistycznej Czechosłowacji. Narratorem jest początkujący pisarz Kvido, który postanawia napisać powieść o swojej rodzinie. Jednocześnie przedstawia realia w jakich żyła czeska inteligencja od lat sześćdziesiątych aż do upadku komunizmu w 1989 roku.
Po tragicznych dla Czech wydarzeniach w sierpniu 1968 roku rodzice Kvido przeprowadzają się na prowincję, gdzie dostają posady nie mające wiele wspólnego z ich wykształceniem i zdolnościami. Wkrótce przeprowadza się do nich babcia oraz rodzi się Paco, młodszy brat narratora. Ojciec stanowczo odmawiając zapisania się do partii musi w końcu pójść na pewne ustępstwa, by móc zapewnić sobie i rodzinie właściwy rozwój i byt. Dla przykładu: aby awansować musi kupić psa do miejscowego naczelnika partii, zacząć grać w piłkę w trzecioligowym klubie oraz przymknąć oko na to, że Kvido przedszkolak recytuje wiersze na zebraniach partii.
Książka to opis wielu absurdów życia w państwie komunistycznym. Niewątpliwą zaletą tej powieści jest również szalona rodzinka Kvido - ojciec stolarz hobbista, popadajacy w psychozę, gdy zostaje zdegradowany, matka - ostoja normalności, wpadająca na wiele racjonalizatorskich pomysłów dla dobra swojej rodziny i babcia - zapalona podróżniczka, oszczędzająca na podróże kosztem wyżywienia rodziny, obawiająca się wszelakich związków kancerogennych.
Świetna książka, napisana z poczuciem humoru, a jednak dobitnie ukazująca krzywdy jakich doznali Czesi żyjąc pod czerwoną flagą. Autor posługuje się groteską, wplata elementy dramatyczne, chwilami jest ironiczny, nie brak też czarnego humoru. Książka bawi, a jednocześnie pobudza do zadumy. Powieść ta sprawiła, iż mam ochotę na więcej czeskiej prozy, najlepiej pióra Viewegh'a.
Wielokrotne już wspominałam, że opowiadania nie są moją ulubioną formą literacką. Jednak dla Fabera już po raz drugi zrobiłam wyjątek. Czytałam te opowiadania przez jakiś tydzień, po dwa, trzy dziennie, bo rozpiętość tematów i przeskoki z miejsca na miejsce, wciąż zmieniający się bohaterowie, uniemożliwiają mi pełen odbiór opowiadań, gdy czytam książkę za jednym podejściem.
Autor sprawnie porusza się w wielu konwencjach i tematykach. Opowiadania "Kryjówka" i "Czarno wszędzie" zawierają elementy fantastyczne - dla mnie zbyt dziwne i raczej utrudniające pełne zrozumienie treści. Trzy opowiadania zawierają drastyczne elementy - najbardziej poruszające to "Błahość czynu", w którym matka ogarnięta depresją poporodową krzywdzi swoje dziecko, jej przeżycia i czyny opisane są tak dosłownie, że przeskakiwałam tekst, by sama nie pogrążyć się w oparach depresji.
Z kolei "Wykład o kokosach" to surrealistyczny obraz podszyty ociekającym erotyzmem podanym w zakamuflowany sposób - aby tak pisać trzeba mieć świetnie opanowany warsztat pracy, ogromną wyobraźnię, panowanie nad słowem i talent.
Dwa opowiadania "Mysz' i "Przekraczając ból" to moi faworyci. Pokazują dwa oblicza człowieka i przestrzegają przed tym, by nie osądzać innych po ich wyglądzie i zainteresowaniach. Niechlujny miłośnik gier komputerowych okazuje się mieć wrażliwsze serce niż zafascynowana religią wegetarianka, a muzyk metalowy potrafi z ukochaną osobą tańczyć przy klezmerskiej muzyce w podrzędnym barze.
Podsumowując, nie żałuję czasu poświęconego tej lekturze, a z przeczytanymi czterema książkami Fabera powoli staję się ekspertem w dziedzinie faberologii;)
Znalazłam w bibliotekach dwie poszukiwane od jakiegoś czasu książki Fabera - dłuższą "Bliźnięta Fahrenheit" złożoną z kilkunastu opowiadań, których lekturę lada dzień skończę i krótszą "Ewangelię ognia", którą przeczytałam w dwa wieczory. Mimo dużego nasycenia Faberem ostatnie wieczory z lekturą uważam za udane.
"Ewangelia ognia" jest słodko-gorzką i komiczno-tragiczną opowieścią o upragnionej sławie i finansowym dostatku. Takie dobrodziejstwo spada na Theo, pracownika naukowego, po odkryciu w Iraku zwojów zawierających piątą ewangelię autorstwa Malchusa. Krótki, zaledwie trzydziestostronicowy tekst przetłumaczony przez Theo, opatrzony krótką historią dokonania znaleziska i wydany przez niszowego wydawcę odnosi ogromny sukces. Nie jest to jednak taki sukces, o jakim marzył Theo po dokonaniu przełomowego odkrycia. Obrazoburcze i wycelowane w chrześcijański świat opisy ostatnich dni Jezusa rozpalają wiele emocji, a Theo znajduje się w samym środku lawiny zdarzeń.
Faber dokonuje pastiszu powieści o tytułach "Kod..." i "Tajemnica ..." (kropki uzupełnić znanym tytułem). Theo to nie superbohater wznoszący się na wyżyny heroizmu, by walczyć o wzniosłe idee. To raczej żałosny loser, któremu los spłatał figla i dał okazję błyśnięcia przed milionami. Wizja sukcesu, spływających tantiemów, popularności, stają się dla niego celem samym w sobie. Autor nadaje wydarzeniom niezłe tempo od samego początku książki. W środkowej jej części, gdy Theo promuje swoje wydawnictwo, akcja staje się trochę monotonna, aby potem znów przyspieszyć i doprowadzić do naprawdę niespodziewanego finału.
Faber znany mi z operowania językiem w sposób wyzwalający u czytelnika wiele emocji również i w tej powieści pokazuje klasę. Niedługa powieść porusza wiele strun, choć treść podana jest z przymrużeniem oka. To wciągająca historia idealna na długie listopadowe popołudnia. Polecam!