|
poniedziałek, 08 lutego 2010
Zdrada, Karen Alvtegen
Świat Książki, 2006 Liczba stron: 224 Książka Karen Alvtegen, współczesnej szwedzkiej pisarki specjalizującej się w thrillerach psychologicznych wpadła w moje ręce przypadkiem. Ani osoba pisarki, ani sam tytuł nic mi nie mówiły, ale postanowiłam zabrać książkę ze sobą, by kontynuować moje poznawanie literatury skandynawskiej. Spodziewałam się trochę innego przebiegu akcji - stawiałam na morderstwo i poszukiwanie sprawcy. Fabuła jednak przedstawia się zgoła odmiennie i mniej sensacyjnie, choć znacznie bardziej mnie poruszyła, niż mogłaby to zrobić typowa powieść kryminalna. Kiedy Eva dowiaduje się, ze mąż ją zdradza i że 'nie ma takiej rzeczy, którą chciałby z nią robić", postanawia wziąć sprawy w swojej ręce. Jest kobietą energiczną, aktywną zawodowo, jak dotąd z powodzeniem łączyła pracę z opieką nad synem i prowadzeniem domu. Chwilowa starta gruntu pod nogami utwierdza ją w przekonaniu, że powinna w jakiś sposób zemścić się na niewiernym mężu, odzyskać równowagę i panowanie nad swoim życiem. Pierwszy krok tej zemsty prowadzi ją do baru, w którym poznaje znacznie młodszego Jonasa, z którym ląduje w łóżku. Przelotna znajomość doprowadza do tragedii i takiej eskalacji wydarzeń, którą trudno sobie wyobrazić. A od tego momentu nic w książce nie dzieje się, tak jakbyśmy oczekiwali. Poruszony w powieści motyw winy i kary uderzającej na oślep i rozdającej dookoła dotkliwe razy, dość mocno oddziaływał na mnie podczas lektury. Narastające napięcie oraz napiętrzenie sygnałów wskazujacych na niepomyślny obrót zdarzeń kilkakrotnie sprawiły, że ratowalam się od depresyjnych myśli za pomoca innej lektury. Gdy dobrnęłam do końca książki w żołądku miałam wielki kamień, który ustąpił dopiero po jakimś czasie, a moje poczucie sprawiedliwości wyrywało się i krzyczało. Nie wiem czy lubię takie thrillery, które otaczają mnie ciasną pajęczyną ponurych myśli.
Moja ocena: 4,5/6
niedziela, 07 lutego 2010
Paryski splin, Charles Baudelaire
Słowo Obraz Terytoria, 2008 Liczba stron: 277 O Baudelairze mówi się w szkole, a potem "przerabia" jeden lub dwa wiersze z tomu "Kwiaty zła". Przynajmniej w mojej wiele lat temu tak było. Do "Paryskiego splinu" się nie zagląda, a szkoda. Mnie przyciągnęły dwie rzeczy, pierwsza jest oczywista - pragnęłam odnaleźć "Oczy biednych", by porównać z piosenką, druga - to nietypowy format i piękne wydanie książki. Trzecia niezwykła rzecz wyszła na jaw już w trakcie czytania - ogromny wkład intelektualny tłumacza książki, który opatrzył ją arcyciekawymi przypisami, o których więcej powiem za chwilę. Sam tytuł zbioru poematów pisanych prozą jest przewrotny - czy Paryż kojarzy nam się ze splinem (melancholią, smutkiem)? Raczej postrzegamy to miasto jako miejsce uciechy, rozrywki, zachwytu nad pięknem architektury. Splin to Londyn - ukryty za mgłą, polewany deszczem. A jednek Baudelaire dociera w swoich tekstach do ciemnej strony miasta i jego mieszkańców. W sposób groteskowy i za pomocą pastiszu pokazuje zło, które siedzi w ludziach - czasem głeboko ukryte, a czasem leżące tuż pod powierzchnią. Jak sam pisze w liście do matki pragnie połączyć "grozę z groteską i czułość z nienawiścią". Moim zdaniem ten zamysł udał się autorowi w stu procentach. Zbiór składa się z pięćdziesięciu poematów (autor planował napisać wiele więcej), każdy z nich o długości nie większej niż 1-4 stron. Poematy koncentrują się na jednym wydarzeniu lub osobie i osadzone są głęboko w czasach, w któych powstały, czyli w połowie XIX wieku. Tłumacz, Ryszard Engelking, wiele uczynił, by ułatwić odbiór tekstów współczesnemu polskiemu czytelnikowi. Książka zaopatrzona jest w obszerne przypisy, w których tłumacz nie tylko definiuje pewne zjawiska, przede wszystkim sięga do innych źródeł i za pomocą odpowiednich cytatów z innych autorów przybliża miejsca i wydarzenia, którym Baudelaire z racji krótkiej formy nie poświęcił wiele miejsca. Dodatkowo, tłumacz wyposażył książkę w ilustracje z oryginalnych drzeworytów pochodzących z XIX wieku, a znajdujących się w jego prywatnej kolekcji. Całość, dzięki staraniom pana Ryszarda Engelkinga oraz nietypowej szacie graficznej, jest uroczą lekturą łączącą poezję języka z prozą życia w tamtych czasach.
Moja ocena: 5/6
sobota, 06 lutego 2010
How beautiful you are - Oczy biednych
Znajdź różnicę ;-)
Tym razem znalazłam tekst, który zainspirował Roberta Smitha do napisania piosenki "How beautiful you are". Szczerze mówiąc książkę Baudelaira pt: "Paryski splin" wypożyczyłam między innymi z nadzieją na przeczytanie tekstu w pierwotnej wersjii. Nie spodziewałam się jednak aż tak bliskiego podobieństwa. Nie jest to żadne odkrycie, którego dokonałam, ale ciekawostka, którą odnotowuję, na wypadek gdyby ktoś szukał Smithowych inspiracji. Discover the playlist how beautiful with The Cure
piątek, 05 lutego 2010
Dom na Kresach, Philip Marsden
Wydawnictwo W.A.B. 2008 Liczba stron: 300 Philip Marsden sam jest jednym z bohaterów tej książki. Jest bohaterem drugoplanowym oraz narratorem powieści o losach rodziny swojej znacznie starszej przyjaciółki i pisarki Zofii Ilińskiej*, z którą odbywa podróż na Kresy. Zofia wyemigrowała z matką i rodzeństwem do Anglii jako nastolatka. Niesprzyjające czasy i zawierucha wojenna zmusiły tę rodzinę do pospiesznego opuszczenia dworu w Mantuszkach na Kresach, obecnie w Białorusi. Po upadku dawnego porządku i otwarciu granic w latach dziewięćdziesiątych Zofia wyrusza w towarzystwie Filipa w swe rodzinne strony, by po pięćdziesięciu latach odszukać to, co pozostało po rodzinach O'Breifne'ów i Brońskich. Sentymentalna podróż do zniszczonego przez wojenne losy oraz powojenne zaniedbania kraju przywołuje wspomnienia, których głównym źródłem są pamiętniki i zapiski Heleny - matki Zofii. Głęboko ostadzone w historii Polski losy rodziny rzadko wydają się sielankowe. Ciągła tułaczka i ucieczka podczas pierwszej wojny światowej, nieudane małżeństwo rodziców Heleny, konserwatywne i nieżyciowe poglądy jej matki oraz ciężkie lata, gdy rodzina musiała żyć znacznie poniżej poziomu, do którego była przyzwyczajona, nauczyły Helenę, by cieszyć się tym, co ma. A po desperackim wyjściu za mąż w celu uwolnienia się od matki, Helena ma w Mantuszkach harmonię przyrody, życie w rytmie pór roku, satysfakcjonujące ją zajęcia gospodarcze oraz niezawodnego męża. Wgląd w historię Polski oraz powieść o kobietach zmagających się z kolejami losu to lektura smutna choć pokrzepiająca. Pokazuje siłę człowieka w obliczu niesprzyjających okoliczności, umiejętność budowania wszystkiego od początku, desperację przetrwania. Mantuszki w pełni rozkwitu są pokazane na zasadzie kontrastu z białoruską bylejakością i tymczasowością. Świat, choć nie do poznania, wciąż prze naprzód. "Wpatrywała się w mroczną czeluść ojcowskiego grobu. - Wszystko wywrócone, Filipie, cały ten okropny świat przewrócony do góry nogami. Przychodzimy do grobu, a on na powierzchni ziemi, a kiedy idziemy do domu - widzmy, że zapadł się pod ziemię. Wszystko do góry nogami... Z początku nie mogłam przekonać się do narracji w książce - opowieść snuta przez Marsdena wydawała się być opowiadana z dużym dystansem, sztywnym i kulejącym językiem. Od mniej więcej połowy książki mniej mnie raził język, a dałam porwać się historii dzielnej i mądrej kobiety, która nie dała sobie wmówić, że inteligencja potrzebna jest tylko mężczyźnie, a u kobiety jest tylko przeszkodą. * Zofia Ilińska jest postacią autentyczną. Tutaj i tutaj można przeczytać jej wiersze.
Moja ocena: 4,5/6
czwartek, 04 lutego 2010
Trumna numer 5, Gert Godeng
Elipsa Sp. z o.o. 2008 Liczba stron: 188 Po rozczarowaniu jakie przeżyłam czytając poprzednią część pt. "Palec Kasandry", ta powieść była jak powiew świeżego powietrza dla strudzonego czytelnika. Co prawda zmienia się główny bohater, ale po niedorzecznościach, które wyczyniał i których doświadczał Fredric Drum, zmiana ta wyszła książce na dobre. Bohaterem "Trumny numer 5" jest funkcjonariusz policji Skarphedin Olsen, którego przodkiem był znany z poprzednich części miłośnik wina, restaurator, historyk z zamiłowania i detektyw z konieczności - Fredric Drum. Olsen właśnie otrząsnął się z żałoby po utracie swoich najbliższych. Dostaje pierwszą sprawę po przerwie w wykonywaniu obowiązków służbowych i leczeniu u psychiatry. Dochodzenie dotyczy zabójstwa popełnionego na młodym mężczyźnie, którego zwłoki odnaleziono bez głowy, za to w otoczeniu niezwykłych przedmiotów. Sprawa ta otrzymuje najwyższą klauzulę tajności tzw. TRUMNĘ, a śledztwo prowadzone jest przy zachowaniu ostrożności i bez informowania mediów. Gdy jednak Olsen odnajduje powiązania zamordowanego z policją, wysoko postawieni zwierzchnicy próbują zatuszować całą sprawę i odsuwają jego zespół od śledztwa. Od tego momentu Olsen działa na własną rękę, a okazuje się, że ktoś najwidoczniej wydał juz na niego wyrok śmierci. Gra toczy się więc o najwyższą stawkę. "Trumna" okazała się lekturą znacznie bardziej zajmującą i emocjonującą niż poprzednie części. Odróżnia ja od pozostałych dość mocne osadzenie w realiach współczesnej Norwegii - poruszany jest problem mniejszości narodowych i grup neonazistowskich. Dla sympatyków bohatera poprzednich części mam informację, że w tym tomie pojawia się również Drum - z tym, że jest to postać drugoplanowa.
Moja ocena: 4,5/6
środa, 03 lutego 2010
A is for Alibi, Sue Grafton
Pan Books, 1990 Liczba stron: 345 Pierwsza część alfabetycznej serii pióra Sue Grafton sprostała moim wymaganiom stawianym lekturom wakacyjnym. Dobrze skonstruowana i zapętlona intryga kryminalna, dość sympatyczna detektyw, szybko rozwijająca się akcja pozwoliły mi zażyć pełnego relaksu. Kinsey Millhone jest prywatnym detektwem, mieszka w Kalifornii. To niezależna kobieta po trzydziestce, bezdzietna rozwódka, lubiąca swoją samotność i pracę. Dostaje zlecenie od Nikki Fife zwolnionej z więzienia po odbyciu ośmioletniej kary za zamordowanie swojego niewiernego męża. Laurence Fife był prawnikiem, znanym przede wszystkim ze swoich łóżkowych podbojów, którymi narażał się nie tylko swojej aktualnej żonie, ale także zdradzanym mężom i porzucanym kochankom. Nikki twierdzi, że jest niewinna i pragnie dowiedzieć się kto zamordował jej męża, a ją pozbawił wolności na tak wiele lat. Sprawa, już od początku jest trudna ze względu na okres czasu jaki minął od popełnienia zbrodni. Niespodziewanie jednak Kinsey prowokuje lawinę zdarzeń, które doprowadzą do kolejnych tragicznych w skutkach wydarzeń. Komuś usilnie zależy na pogrzebaniu prawdy. W sensie dosłownym. Mnie się podobało i żałuję, że polscy wydawcy nie publikują książek Grafton w układzie alfabetycznym i po kolei. O ile się nie mylę, ta część nie ukazała się po polsku. W USA autorka wydała ostatnio książkę zaczynającą się na literę U, więc gdybym chciała prześledzić wszystkie dokonania Millhone miałabym czytania na parę tygodni. Na razie zaopatrzyłam się w "B is for Burglar".
Moja ocena: 4,5/6
poniedziałek, 01 lutego 2010
Palec Kasandry, Gert Godeng
Elipsa Sp. z o.o., 2008 Liczba stron: 186 Piąty tom serii „Krew i wino” czekał wiele miesięcy na moją uwagę. Poprzednie cztery tomy były dość zróżnicowane jeśli chodzi o treść i moją ostateczną ocenę. „Palec Kasandry” w odróżnieniu od pozostałych tomów rozgrywa się na terenie Norwegii w rodzimych stronach Fredrica Druma. Przyjaciel Druma, Hallgrim Hellgren zostaje zamordowany przy pomocy posążka przedstawiającego Matkę Ziemię. W tym samym czasie, w jego domu w niezrozumiały sposób pojawia się kilkutonowy posąg, zazwyczaj stojący w muzeum oddalonym o wiele kilometrów. Drum pragnie pomóc w śledztwie, ale ze względu na zasadzki oraz niebezpieczeństwa czyhające na niego w wielu miejscach, musi znaleźć odosobnione miejsce. Jego ukrycie jednak na niewiele się zdaje, a rozwiązanie zagadki morderstwa nie przychodzi bez poświęceń. Okropnie zagmatwana treść, połączenie punków oddających cześć dziwnym bóstwom z teoriami zahaczającymi o szarlatanerię oraz sztuczki magiczne, plus pseudonaukowe wywody o fizyce i prawach natury zepsuły mi przyjemność czytania. W zasadzie chyba bym się poddała, gdyby nie fakt, że w kolejce czeka na mnie kilka kolejnych tomów serii. Książkę doczytałam, a przewrotne zakończenie, w którym autor zagrał czytelnikowi na nosie sprawiło, że opadła mi szczęka i pozostała w takim stanie do czasu, gdy poukładałam sobie w głowie kolejne fragmenty układanki. Nie będę zachęcać do lektury, bo sama nie wiem czy warto, jeśli jednak już zaczniecie czytać „Palec Kasandry” koniecznie doczytajcie do końca, bo warto zobaczyć jakie salto wywinął autor i jak zamącił w głowach sympatykom Fredrica Druma.
Moja ocena: 3,5/6
niedziela, 31 stycznia 2010
Sekret hiszpańskiej pensjonarki, Eduardo Mendoza
Wydawnictwo Znak, 2009 Liczba stron: 156 W tej powieści przenosimy się trochę w przeszłość – pensjonariusz szpitala dla psychicznie chorych, który z wcześniejszej części znany jest czytelnikom jako fryzjer damski, otrzymuje propozycję nie do odrzucenia. W zamian za pomoc w śledztwie otrzyma szansę na zwolnienie ze szpitala. Z propozycją zwraca się do niego komisarz Flores oraz siostra zakonna. Sprawa dotyczy zniknięcia pensjonarki z internatu prowadzonego przez siostry zakonne. Fryzjer, bo tak go będę nazywała, jako że jego imię jest nieznane, podchodzi do zadania bardzo rzetelnie i wpada w poważne problemy, którymi jednakże nie przejmuje się zbytnio. Przeciwnie, prze do przodu ze świadomością, iż jest to wyjątkowa szansa na pobycie na wolności, a może i otrzymanie zwolnienia warunkowego ze szpitala. Podobnie jak w poprzedniej części, sprawa, którą rozwiązuje fryzjer jest skomplikowana i wariacka. Mniej tutaj satyry na społeczeństwo, a więcej brawurowych akcji i zagadek. Trochę zawiodłam się zakończeniem i rozwiązaniem zagadki, które według mnie nastąpiło zbyt pośpiesznie i zbyt wcześnie. Mimo to zaręczam, że wyśmienita zabawa jest gwarantowana. A ja tak przywiązałam się do przygód szalonego „lumpa”, że najchętniej od razu przeczytałabym „Oliwkowy labirynt”. Z tym muszę jednak poczekać, bo został w domu.
Moja ocena: 5/6
piątek, 29 stycznia 2010
Przygoda fryzjera damskiego, Eduardo Mendoza
Wydawnictwo Znak, 2009 Liczba stron: 285 Dotychczas znałam Eduardo Mendozę w poważniejszym wydaniu – dawno temu czytałam „Sprawę Savolty” i niedawno „Mauricio, czyli wybory”. Komediowa „Przygoda fryzjera damskiego” utwierdziła mnie w przekonaniu, że Mendoza ma wszechstronny talent. Tytułowy fryzjer damski to eks-pensjonariusz szpitala dla psychicznie chorych, do którego dostał się po wielu wyrokach skazujących za drobne przestępstwa. Po wyjściu ze szpitala, dostaje pracę u swojego szwagra – zostaje pomocnikiem w odrażającym zakładzie fryzjerskim dla klientów najniższej kategorii. Nieregularne i skromne dochody pozwalają mu wieść życie na poziomie, do którego przywykł – od pospolitego menela różni go chyba tylko to, że sumiennie podchodzi do swoich obowiązków zawodowych, trzyma się z daleka od niejasnych interesów i ma dach nad głową. Ta pozorna harmonia zostaje zachwiana gdy wbrew swojej woli zostaje wplątany w bardzo skomplikowaną sprawę, która początkowo wydaje się fryzjerowi bardzo łatwa. Ma wykraść z biura nieznanej sobie firmy teczkę. Wszystko jest przygotowane do skoku i cała akcja przebiega gładko. Życie fryzjera komplikuje się następnego dnia, gdy z gazety dowiaduje się o nagłej śmierci właściciela firmy, którą okradł. Aby uniknąć skazania za czyn, którego nie popełnił musi znaleźć prawdziwego mordercę. Brawurowo napisana powieść, podczas której nie raz miałam wrażenie, że siedzę na widowni w teatrze i oglądam świetną komedię pomyłek. Niektóre sceny książki można bez większych zmian przenieść prosto na scenę. W warstwie języka powieść również zaskakuje – tytułowy fryzjer ma gadane – mimo tego, że jest prostym człowiekiem, by nie powiedzieć prostakiem jego wywody na każdy temat przyprawiały mnie jeśli nie o głośny śmiech, to co najmniej o szeroki uśmiech na twarzy. Zagmatwana akcja i postacie malowane grubą kreską to kolejne zalety powieści. Co jednak najbardziej uderza podczas lektury to fakt, że autor dokonuje satyry na współczesną Hiszpanię – wyśmiewa polityków, pokazuje bezsens kampanii wyborczych, dokonuje miażdżącej krytyki przekupnej i głupawej policji, nie zostawia w spokoju świata biznesu. Fryzjer damski wychowany przez ulicę, niezbyt czysty, niezbyt lubiany, a jednak przenikliwy, dowcipny i prostolinijny przewyższa swoim intelektem i uczciwością wszystkie prominentne postaci powieści. To trzeba przeczytać!
Moja ocena: 5/6
czwartek, 28 stycznia 2010
Tu znajdziesz odpowiedzi :)
Santana. Domek zwany palheiros 1. Jak sobie radzisz z czytaniem książek i czasopism? Co ma u Ciebie priorytet? Czy czytanie czasopism wpływa na przerwę w czytaniu książek? A może nie czytasz czasopism? Jeśli jednak tak, to jakie? Obecnie rzadko sięgam po czasopisma. Znacznie więcej przyjemności czerpię z czytania książek. Po tym jak zawiodłam się na „Bluszczu” zaglądam głównie do „Zwierciadła”, czytuję też magazyny tak zwane branżowe „Psychologię w szkole” i „Teachera”. Inne kolorowe po prostu kartkuję, oglądam obrazki i sprawdzam jakie nowości kosmetyczne pojawiły się na rynku :) 2. Jak Twoja rodzina/znajomi traktują Twoje czytelnicze hobby? Masz w otoczeniu innych moli książkowych? Mąż bywa zirytowany, gdy zbyt długo nie wyściubiam nosa zza książki. Jednak trzeba przyznać, że był dumny jak po wielu miesiącach pisania bloga pokazałam mu moją stronę. Zyskałam sobie najwierniejszego czytelnika. Dzięki moim opisom książek jest na bieżąco z literaturą bez konieczności czytania. Pretensji o kupowanie książek nie ma. Mój syn ma 10 lat i ma zainteresowania naukowe – astronomia, minerały, meteorologia itp. Czyta dużo na ten temat. Ostatnio ku mojej radości zaczął czytać powieści przygodowe – serię Nienackiego o Panu Samochodziku i inne detektywistyczno-przygodowe dla dzieci. Myślę, że rośnie kolejny mól książkowy, bo każde pieniądze jest w stanie wydać na interesujące go pozycje. Ze strony dziecka wyczuwam pełną akceptację mojego hobby – jak matka czyta, to się nie czepia… 3. Jaki tytuł nosiła Twoja pierwsza samodzielnie przeczytana książka? Nie mam pojęcia. Zaczęłam czytać samodzielnie mniej więcej w wieku 5 lat. Pamiętam, że miałam mnóstwo książeczek z serii „Poczytaj mi mamo”, więc być może była to jedna z nich. Przez całe dzieciństwo uwielbiałam natomiast samodzielnie zakupioną dwutomową „Antologię wierszy dla dzieci”. Pamiętam za to pierwszą książeczkę wypożyczoną z biblioteki miejskiej – za namową pani bibliotekarki wzięłam do domu „Na jagody” – byłam bardzo zawiedziona treścią i marną objętością książki. Na drugi dzień pożyczyłam coś lepszego – tytułu nie pamiętam.
Dziękuję Annie z blogu Przeczytałam książkę za zaproszenie do zabawy. Najprawdopodobniej będę najsłabszym ogniwem tej zabawy, ponieważ nie zadam kolejnych pytań i nie wyznaczę następnych osób do wzięcia uwagi w zabawie. Spowodowane to jest tylko i wyłącznie tym, że nie jestem ostatnio na bieżąco z Waszymi wpisami i nie wiem kto już się bawił, kto jeszcze nie i jakie pytania już padły. Obiecuję wkrótce nadrobić zaległości w czytaniu wpisów z Waszych blogów. |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Aktualnie czytam
Kontakt:
Ulubione miejsca
W 2008
W 2009
W 2010
Wyzwania
Tagi
|